

Opis
Za dnia Emilia Hart jest nikim-Isabella Asher, niewzruszona sekretarka lodowatego prezesa Adriana Marlowe'a. Z urodzenia jest tajemnicza spadkobierczynia Hart Industries, ukrywajaca sie w wiezy wroga, by zdobyc wladze na wlasnych warunkach. Gdy wyciek nagiego zdjecia kompromituje ja w trakcie spotkania, a telefon ze szpitala burzy jej opanowanie, Emilia wraca, by stawic czola jeszcze gorszemu atakowi: obie rodziny zamierzaja przypieczetowac gigantyczna fuzje przez jej malzenstwo z Adrianem. Na gali ogloszenie staje sie publiczne. Zapedzeni w kozi rog, Emilia i Adrian zawieraja rozejm: szesciomiesieczne fikcyjne zareczyny, by przechytrzyc rodziny, unieszkodliwic wrogow i przejac kontrole nad narracja. Jednak przecieki, korporacyjne intrygi i nieodpowiednia chemia zmuszaja ich do wyboru-autonomia, dziedzictwo czy prawdziwa milosc.
Rozdział 1
Sep 26, 2025
POV Emilia/Isabella
„Isabella, kochanie, wyglądasz dziś absolutnie olśniewająco. Ta bluzka jest boska — gdzie ją znalazłaś?”
Głos Brittany przecina przedspotkaniowy gwar jak szkło obtoczone w cukrze.
Nie podnoszę wzroku znad ułożonych raportów, ale czuję jej drapieżny uśmiech z drugiego końca sali konferencyjnej. Reszta już krąży wokół niej jak ćmy wokół płomienia, same chichoty i zachwyty bez tchu.
„Target,” odpowiadam, przesuwając między palcami pendrive’a z danymi na czwarty kwartał. „Wyprzedaż.”
Kłamstwo spływa mi z języka bez wysiłku. Ta bluzka kosztowała więcej niż czyjś miesięczny czynsz, ale Brittany nie musi wiedzieć, że Isabella Asher kupuje gdziekolwiek indziej niż w sklepach z przecenami. Przynajmniej ta kobieta, która podaje się za Isabellę Asher.
„Och, jakaż ty jesteś praktyczna.” Śmiech Brittany dźwięczy jak tłuczone kryształy. „Po prostu uwielbiam, jak sprawiasz, że moda na budżet wygląda tak… akceptowalnie.”
W końcu zerkam w górę i łapię jej szeroko otwarte, niebieskie oczy błyszczące złośliwością. „Dzięki. We wszystkim stawiam na przeciętność.”
Sarah z marketingu chichocze. „Isabella, jesteś taka zabawna. Chciałabym mieć twoją pewność siebie.”
Gdybyś tylko wiedziała, myślę, ale po prostu się uśmiecham. Uśmiechem, który nic nie mówi, a jednocześnie zdradza wszystko o tym, jak niewiele znaczy dla mnie cała ta wymiana.
Drzwi sali konferencyjnej otwierają się ze znajomym pneumatycznym sykiem i Adrian Marlowe wchodzi, jakby był tu gospodarzem. Technicznie rzecz biorąc, jest. Żadnych uprzejmości, żadnych zbędnych ruchów — czysta, wydajna władza w drogim garniturze.
„Zaczynajmy.”
Dwa słowa. Tylko tyle potrzeba mu, by zapanowała absolutna cisza.
Wkładam pendrive’a do laptopa, palce spokojne, gdy odnajduję folder z prezentacją. Dookoła stołu wszyscy przyjmują swoje role w spektaklu Zawodowej Kompetencji. Brittany wciąż się uśmiecha tym uśmiechem ostrym jak brzytwa.
Projektor zaczyna cicho buczeć. Klikam na pierwszy slajd i krew zamarza mi w żyłach.
To ja. Naga. W swoim mieszkaniu. Zdjęcie, którego nigdy nie zrobiłam, nigdy nie udostępniłam, i którego na pewno nie chciałam zobaczyć na ścianie konferencyjnej głównej sali Marlowe Enterprises.
Cisza, która zapada, to już nie tylko spokój — to pustka, jaka powstaje tuż przed eksplozją. Czuję dwanaście par oczu wypalających we mnie dziury, niemal słyszę zbiorowy wstrzymany oddech.
Ale jest coś, czego uczysz się, dorastając z ojcem, który mógłby kupić i sprzedać małe państwa: nauczyć się trzymać kamienną twarz, nawet gdy świat się rozpada.
Puls przyspiesza mi do poziomu kolibra, ale dłonie nie drżą. Powoli odwracam się, by napotkać wzrok Brittany po drugiej stronie wypolerowanego mahoniowego stołu. Oczy szeroko otwarte w udawanym zaskoczeniu, aż lśniące z satysfakcji.
I nagle wczorajszy losowy mail o „resetowaniu hasła” nabiera sensu. Ten, który zignorowałam, bo działałam na czterech godzinach snu i trzech kubkach kawy.
„Sprawdź kolejne slajdy”, mówi Adrian, jego głos rozcina napięcie jak skalpel. Znudzony. Prawie zirytowany. „Jeśli są czyste, kontynuuj.”
Usuwam zdjęcie bez ceregieli, przewijam resztę prezentacji. Prognozy na czwarty kwartał, analiza rynku, zadania do wykonania — wszystko pozostałe nienaruszone i profesjonalne. Oczywiście. Brittany jest zbyt sprytna, by sabotować rzeczywistą pracę. Wystarczy moja godność.
Zanim zdążę otworzyć usta, by skomentować słonia, który właśnie rozebrał się w pokoju, telefon wibruje na stole. Pan Wilson. Asystent taty.
„Brittany,” mówię głosem równie stałym jak skała, „przejmij tutaj.”
Jej zwycięski uśmiech mógłby zasilić niewielkie miasto.
Wychodzę na korytarz, już wiedząc, że ten telefon zburzy resztki mojego starannie poukładanego dnia. „Wilson?”
„Panno Thorne, przykro mi, pojawiły się komplikacje.”
Żołądek spada mi do samej podłogi. „Jakie komplikacje?”
„Po operacji. Pana ojciec miał zawał serca. Samochód czeka na dole.”
Korytarz lekko się przechyla. Zamykam oczy, liczę do trzech, otwieram je. Nadal stoję. Nadal oddycham. Nadal jestem tą cholerną Isabellą Asher, która radzi sobie z kryzysem tak, jak inni z papierkową robotą.
Wpycham się z powrotem do sali konferencyjnej, gdzie głos Brittany już ocieka profesjonalizmem nad moimi wykresami. Adrian zadziera wzrok, jego wiecznie neutralny wyraz twarzy nie zdradza nic.
„Panie Marlowe. Na słowo.”
Podąża za mną, zamykając za sobą drzwi z precyzją godną zegarmistrza.
„Chodzi o to zdjęcie?” Brzmi bardziej znudzony niż zaciekawiony, jakby rozmowa o pornografii zemsty była po prostu kolejnym punktem wtorkowej narady.
O mało się nie zaśmiałam. Prawie. „Gdybym była kobietą, która rozsypuje się przez własne ciało, nie trzymałabym ci w ryzach czwartego kwartału. Niektórzy z naszych kolegów mają problem ze zrobieniem tabeli w Excelu bez instrukcji krok po kroku. Ja nie.”
Mruga raz. Powoli. Kalkulując. „Więc o co chodzi?”
„Mój ojciec właśnie miał zawał serca.”
Korytarz zdaje się zaciskać. Na twarzy Adriana przez ułamek sekundy pojawia się dezorientacja — ale nie czekam. Już idę, już jestem trzy kroki od windy, gdy słyszę, jak woła moje imię.
Ale nie zatrzymuję się, nie oglądam za siebie, bo przy krawężniku czeka służbowy samochód z floty taty, a jeśli ktoś z finansów właśnie robi sobie kawę, misternie budowana przykrywka Isabelli Asher zaraz pójdzie z dymem za bardzo duże pieniądze.
Kierowca otwiera drzwi bez słowa. Wślizguję się na skórzane siedzenie, które skrzypi jak bogactwo, szczęki mam zaciśnięte jak beton, dłonie wciąż chłodne od klimatyzowanego powietrza sali konferencyjnej.
Za mną Marlowe Enterprises nadal szumi, nieświadome, że kobieta, którą uważają za niewidzialną, właśnie całkowicie zeszła z ich radaru.

A Six-Month Deal We Call Love
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101