

Opis
Mara Archer zyje wedlug rytualow: zamiataj pokoj, nie caluj nikogo, trzymaj Berette przyklejona do zaglowka. Przypadkowe zderzenie w galerii wprowadza Adriana Ricciego-czar elegancji z sekretami zamknietymi za szklem. Gdy jednostka Mary oznacza ja jako zdrajczynie, a jej rodzice zostaja straceni, Adrian ,,ratuje" ja... i Mara odkrywa, ze to on jest przeciekiem. Polaczeni wsciekloscia i zawieszeniem broni opartym wylacznie na zasadach, wspolnie scigaja prawdziwego architekta wewnatrz Mare Nero, torujac sobie droge przez pokoje pokerowe, kryjowki i szlaki ucieczki. Kazdy pocalunek jest dowodem; kazdy dotyk-przewaga. By pogrzebac zlotego chlopca syndykatu, Mara musi wybrac: odejsc z czystym kontem-albo pokochac wroga i spalic mape.
Rozdział 1
Nov 13, 2025
POV Mara
Obudziłam się o jedenastej siedemnaście z obcym uczuciem, że moje ciało nie jest w stanie najwyższej gotowości.
Żadna adrenalina nie płynęła już w moich żyłach, żadnego mentalnego przeglądu, komu dziś trzeba będzie zrobić krzywdę. Tylko dezorientujący ciężar bezpieczeństwa, przygniatający mnie jak koc, któremu nie ufałam.
Telefon pulsował powiadomieniami — dwa SMS-y oznaczone „Ops” sprawiły, że żołądek ścisnął mi się odruchowo, zanim przesunęłam je w nicość. Dziś zamierzałam udawać człowieka.
Kawa poparzyła mi język, ale trzymałam ją tam, pozwalając bólowi zakotwiczyć mnie w czymś realnym. Bez śniadania. Jedzenie to paliwo, a dziś nie pracowałam.
Decyzja o odwiedzeniu galerii wyszła z tej rozpaczliwej przestrzeni, gdzie chowałam głos matki mówiącej, że sztuka kiedyś mnie ocali. Jakby piękno mogło zmyć krew spod paznokci, które wyglądały tak czysto.
Przy wejściu do galerii zapłaciłam gotówką i odmówiłam paragonu na maila. Wolałam, by moje ruchy były niewykrywalne, a papierowy ślad nie istniał.
Znany rytm galerii powinien mnie ukoić. Zamiast tego czułam się odsłonięta, jakby ktoś zdarł mi skórę i wszyscy mogli zobaczyć przemoc zwiniętą pod spodem.
Cztery wyjścia. Dwóch ochroniarzy. Czternastu świadków. Umysł katalogował zagrożenia, podczas gdy ciało udawało, że docenia sztukę, a ta dysonansowa kakofonia przyprawiała mnie o zawroty głowy.
Zmusiłam się do spowolnienia w skrzydle sztuki nowoczesnej, stając przed stalową rzeźbą, która wyglądała jak moje wnętrze — poskręcane, ostre, jednocześnie łamiące się i piękne.
— O Boże, przepraszam! — Zderzenie przyszło razem z szampanem i chaosem.
Jakaś kobieta — cała w wybielonej pewności siebie i designerskich złudzeniach — cofała się na mnie, próbując udokumentować własne istnienie.
Zimny płyn uderzył jak policzek, przesiąkając przez jedwab do skóry i przez tę jedną przerażającą sekundę poczułam się młoda. Bezbronna. Normalna.
Mój obcas mnie zawiódł, ślizgając się w kałuży szampana. Upadek nie powinien był być niczym — nauczono mnie zamieniać każdy potknięcie w broń — ale moje ciało wybrało ten moment, by zapomnieć o swoim oprogramowaniu.
Runęłam do tyłu na czyjeś ciepło, ręce chwyciły drogi materiał, czyjeś ramię ustabilizowało moją talię dotykiem, który przeszył mnie prądem.
— Chryste, przepraszam, nie widziałam cię, zaraz przyniosę serwetki, o Boże, twoja sukienka... — blond katastrofa trajkotała już, uciekając w stronę kawiarni jak tchórz porzucający miejsce zbrodni.
— Cóż, to jeden ze sposobów na poznanie kogoś — powiedział, a ja w końcu spojrzałam na mężczyznę, który mnie trzymał.
Przystojny w ten zamierzony sposób, sugerujący, że dobre geny poprawiono jeszcze lepszym krawiectwem. Zielone oczy wydające się rozbawione chaosem, a nie zirytowane.
Jego ramię wciąż obejmowało moją talię, stabilne, ale nie narzucające się.
— Zwykle wolę powitania, które nie obejmują napaści szampanem — zdołałam wydusić, odsuwając się, choć każdy nerw krzyczał na utratę kontaktu.
Sukienka przylegała do mnie teraz, mokry jedwab odsłaniał ciało, które wytrenowałam na broń, a ja patrzyłam jak on nie patrzy. Ta powściągliwość sprawiła, że coś niebezpiecznego zadrżało mi w piersi.
Wyciągnął chusteczkę — prawdziwy len, z monogramem, gest tak szczery, że aż ścisnęło mi gardło — i podał ją z ostrożnym dystansem.
— Mogę?
— Poradzę sobie. — Wzięłam, nasze palce musnęły się w sposób, który nie powinien był mieć znaczenia, ale miał.
Szampan już zaczynał być lepko-słodki na mojej skórze i nagle zastanawiałam się, czy mógłby go posmakować, gdyby— stop .
— Doceniam, że nie uciekasz od razu jak nasza koleżanka z telefonem.
— Porzucenie pięknej kobiety właśnie zaatakowanej przez prosecco wydaje się niegentlemańskie — powiedział, po czym skrzywił się lekko. — Chryste, zabrzmiało to jak coś, co mój dziadek powiedziałby, poprawiając monokl. Obiecuję, że zwykle nie gadam jak postać z powieści wiktoriańskiej.
Ta szczerość rozbawiła mnie — naprawdę, co zaskoczyło nas oboje. — Przynajmniej to nie było czerwone wino. Małe łaski.
Przesunęliśmy się w stronę obrazu i pozwoliłam sobie udawać, że to jest moje życie — stoję obok pięknych mężczyzn w galeriach, żartuję o sztuce zamiast kalkulować celne strzały.
— Myślę, że to o walce człowieka z późnym kapitalizmem — powiedział z udawaną powagą. — Albo ktoś wylał farbę i oprawił.
— Zdecydowanie kapitalizm. Widać po tym, jak niebieski uciska żółty.
— A, więc też to widzisz.
Gdy odwrócił się do mnie, coś zmieniło się w jego oczach, a moje ciało rozpoznało niebezpieczeństwo innego rodzaju.
— Słuchaj, to zabrzmi śmiało, ale mieszkam jakieś dziesięć minut stąd. Mogłabyś pożyczyć coś suchego, albo przynajmniej mogę ci zamówić samochód. Bez presji, po prostu proponuję.
Słowa zawisły między nami, naładowane możliwością.
Zrozumiał, co powiedział, ułamek sekundy za późno, oczy mu się rozszerzyły. — To brzmiało znacznie mniej creepy w mojej głowie. Przysięgam, zwykle nie jestem taki zły w interakcjach międzyludzkich.
Mogłabym go zniszczyć za to — na wiele sposobów, zanim by mnie w ogóle zauważył — ale zamiast tego chciałam prześledzić zażenowanie rumieniące mu szyję i powiedzieć, że normalna interakcja międzyludzka to też mój najgorszy przedmiot.
— Doceniam propozycję, ale przetrwam drogę do domu mokra.
Oddałam mu chusteczkę. Wymieniliśmy się telefonami, wpisując numery z tą dziwną intymnością wzajemnego zaufania. Dopiero potem dotarło do nas, jakie to absurdalne, że nie znamy imion.
— Adrian — przedstawił się, a to imię utknęło mi gdzieś głęboko.
— Mara — odpowiedziałam, już żałując prawdy.
— Napiszę za kilka dni. Jak już zdążysz zapomnieć o tej katastrofie.
— Nie mogę się doczekać — powiedziałam, mając to na myśli w sposób, który mnie przerażał.
Wspięłam się na palce i pocałowałam go w policzek — szybko, lekko, gestem należącym do kogoś, kto nie trzyma pistoletu przyklejonego pod łóżkiem.
Jego skóra była ciepła pod moimi ustami i uciekłam, zanim mogłam zrobić coś głupiego jak zostać.
Na zewnątrz paranoja znów mnie ogarnęła. Inna trasa. Zmiana chodników. Sprawdzanie okien w poszukiwaniu cieni, które poruszają się razem ze mną. Ale miasto pozostało niewinnie sobą, i to też wydawało się nie w porządku.
Przy drzwiach do mieszkania wykonałam kontrolę: włos zabezpieczony, zapałka na miejscu, rysa wyrównana.
Mieszkanie wstrzymało oddech razem ze mną.
Obok pokoju rodziców — drzwi zamknięte, niezakłócone. Kuchnia — stos listów dokładnie tam, gdzie go zostawiłam, ustawiony pod odpowiednim kątem. Moja sypialnia — nic się nie ruszyło.
Powiesiłam zniszczoną sukienkę w pokrowcu, wzięłam szybki, sprawny prysznic, bez zwlekania pod gorącą wodą.
W ciemności sięgnęłam do krawędzi wezgłowia. Palce odnalazły kaburę, znajomy ciężar Beretty. Bezpiecznik włączony, tłumik założony, jeden w komorze.
Wszystko było dokładnie tam, gdzie zostawiłam, poza tą głupią nadzieją rozkwitającą mi w piersi.
Telefon rozświetlił ciemność — Adrian. Już. Sama myśl, że też nie mógł się doczekać, wzbudziła coś gorącego i lekkomyślnego w mojej piersi.
Cieszę się, że wszystko ok. Następnym razem bez śliskiej podłogi.
Wytrzymał ile, trzy godziny?
Ta ostrożna kontrola, którą pokazał w galerii, pękła na tyle, by pokazać, że też o mnie myślał.
Może leżał we własnym łóżku, odtwarzając nasze zderzenie, zastanawiając się, co by było, gdybym zgodziła się na jego propozycję.
Uśmiechnęłam się jak idiotka w ciemności, wpisałam Deal i zawahałam się nad przyciskiem wysyłania.
To było niebezpieczne — nie to znane, z krwią i kulami, lecz takie, gdzie dajesz komuś siłę, by zniszczył cię od środka.
Wysłałam to mimo wszystko, potem wyłączyłam ekran, zanim mogłam napisać coś głupiego jak Myślę o twoich dłoniach od kiedy wyszłam .
Dziś wieczorem udawałam, że jutro nie nadejdzie ze swoją znajomą przemocą, że motyle w brzuchu to tylko szampan, a nie pierwszy objaw czegoś śmiertelnego.
Drzwi były zamknięte. Rytuały trwały. Dziś wieczorem zmartwienia pozostawały tylko zmartwieniami.

Aimed at my heart
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101