

Opis
Charlotte przysiegla, ze nigdy nie wroci do osniezonego Pine Ridge-ani nie spotka sie ponownie z Deanem Sawyerem, dawnym zlym chlopcem miasteczka, ktory kiedys zlamal jej serce. Jednak gdy rodzinny osrodek narciarski staje na skraju upadku tuz przed Bozym Narodzeniem, Lottie wraca do domu z piecioletnimi blizniakami i desperackim planem ratunku. Zmuszona do pracy ramie w ramie z Deanem, dawne uczucia odzywaja, gleboko skrywane sekrety wychodza na swiatlo dzienne, a Lottie musi zdecydowac, czy niektore bledy sa niewybaczalne-czy tez moga stac sie poczatkiem drugiej szansy.
Rozdział 1
Dec 19, 2025
POV Charlotte
Kierownica skrzypiała pod moim śmiertelnym uściskiem, gdy małe górskie miasteczko Pine Ridge wyłaniało się za szybą jak koszmar, przed którym uciekałam przez siedem lat.
Siedem lat odkąd jechałam tymi drogami.
W ciąży, przerażona i absolutnie przekonana, że nigdy tu nie wrócę. A jednak jesteśmy tu.
– Mamusiu, znowu robisz tę minę. – Głos Leah przebił się przez moją spiralę myśli. – Tę straszną, kiedy ci drga oko.
– Nie mam strasznej miny, kochanie. – Zmusiłam się, by rozluźnić palce, a krew wróciła do zbielałych kostek. – To jest moja szczęśliwa mina. Widzisz? Cieszę się, że odwiedzimy babcię i dziadka na święta.
Pierwsza wizyta od siedmiu lat, dwóch miesięcy i szesnastu dni, tak gwoli ścisłości.
Nie żebym liczyła.
– To jest twoja kłamliwa mina, mamo – powiedział cicho Noah ze swojego fotelika, nie odrywając wzroku od książki.
Sześć lat i już mnie przejrzał… Stworzyłam potwora. Właściwie dwoje. Ale to moje ulubione i najcenniejsze potwory na świecie.
– Spójrz na góry! – Leah podskakiwała przypięta pasem, kompletnie nie zwracając uwagi na mój emocjonalny kryzys. – Mają śnieg jak eleganckie białe peruki! Jak George Washington!
– George Washington nie nosił peruki ze śniegu – poprawił ją Noah, nie podnosząc wzroku.
– Mógłby. Nie znasz całego jego życia!
Noah nie odpowiedział, rzadko to robił. Mój cichy chłopiec tylko patrzył, jak białe sosny przesuwają się za oknem, chłonąc wszystko wzrokiem, a nie zdradzając niczego.
– Mamusiu? – Leah ściszyła głos do tego, co uważała za szept. – Czy w hotelu babci i dziadka będą prawdziwi drwale? Z dużymi siekierami i w czerwonych koszulach?
– To jest ośrodek, kochanie. I nie sądzę—
– Bo Maisie z mojej klasy mówiła, że drwale są bardzo silni i cały dzień rąbią drewno i mają wielkie brody. – Zastanowiła się chwilę. – Chcę zobaczyć jednego. Dla badań.
Pozwoliłam, by jej słowa spłynęły po mnie, gdy przed nami wyrosło Evergreen Peaks Resort.
Parking zionął pustką jak niedotrzymana obietnica. Sezon szczytowy zaczyna się za dwa tygodnie, a miejsce wyglądało, jakby już się poddało. Tak jak wszystko, co musiałam zostawić.
Rodzice czekali na schodach do głównego wejścia, a ich widok uderzył mnie gdzieś pod żebrami. Mama miała już całkiem srebrne włosy – kiedy to się stało? A tata kurczowo trzymał się poręczy, jakby to ona podtrzymywała jego, a nie odwrotnie.
Kiedy oni tak się postarzeli? Ile mnie ominęło?
– Charlotte! – Mama zeszła po schodach ostrożnie, z wyuczonym uśmiechem, jasnym i kruchym jak świąteczna lameta. – Och, kochanie, nareszcie jesteś!
– Cześć, mamo. – Przyjęłam jej objęcie, wdychając znajomy zapach lawendowych perfum. – Tato.
– Lottie-bug. – Dziecięcy pseudonim taty zabrzmiał chropowato, jakby leżał za długo zamknięty. – Miło cię widzieć.
Oboje mieli na twarzach ten sam wyraz rozpaczliwej nadziei, słabo zamaskowanej udawaną radością. Wymuszony optymizm w ich głosach nie mógł ukryć tego, co mówiły oczy – desperacji, zmęczenia, szczególnego wstydu ludzi patrzących, jak wszystko, co zbudowali, się rozpada.
Znałam ten wyraz. Sama go opanowałam w tych pierwszych brutalnych latach samotnego macierzyństwa, uśmiechając się do pediatry, gdy mój świat się walił.
– To muszą być… – Głos mamy załamał się zupełnie, gdy przykucnęła i zobaczyłam, jak szybko mruga, walcząc ze łzami. – Witajcie, kochani. Jestem waszą babcią.
Leah, nigdy nieśmiała, natychmiast przeszła do przedstawiania się. – Jestem Leah i dużo mówię, a to jest Noah i on nie mówi, ale dużo myśli i czy to pies? Mogę go pogłaskać? Zna jakieś sztuczki?
Po czym zostawiła nas dla starego golden retrievera Bonnie, który pojawił się znikąd, ciągnąc za sobą Noaha. Jego mała dłoń zniknęła w złotej sierści, a coś w jego wyrazie twarzy złagodniało.
Mama wyprostowała się, patrząc na nich z głodem w oczach, który ścisnął mi serce.
– Są piękne, Charlotte. Absolutnie piękne. – Jej spojrzenie wróciło do mnie, pełne nadziei i niepewności. – A Tom? Parkuje samochód, czy—
– Z Tomem skończyliśmy pięć lat temu. – Starałam się brzmieć lekko, rzeczowo. – Wytrzymał około roku po narodzinach bliźniaków, zanim uznał, że wierność to nie jego bajka. Kilkakrotnie, właściwie. Więc uznałam, że on też nie jest moją.
Cisza, która zapadła, przygniotła nas jak świeży śnieg – ciężka, tłumiąca, całkowita.
– Och, kochanie… – Dłoń mamy odnalazła moją. – Nie wiedzieliśmy. Nigdy nic nie mówiłaś—
– Nie musiałam nic mówić. – Ścisnęłam jej palce delikatnie, potem puściłam. – Poradziliśmy sobie. Cała trójka. Jesteśmy w tym dobrzy.
Wskazałam głową w stronę hotelu, gdzie bliźniaki właśnie próbowały zrobić śnieżnego anioła z entuzjastyczną pomocą psa.
– Możemy wejść do środka? Zimno tu, a chciałabym znów zobaczyć to miejsce.
Tata chrząknął, wdzięczny za zmianę tematu. – Oczywiście, oczywiście. Pokażę ci wszystko – trochę zmodernizowaliśmy od twojego wyjazdu, choć ogrzewanie ostatnio szwankuje.
Zawołał bliźniaki i poprowadził nas do bocznego wejścia.
– Nasz szef utrzymania ruchu właśnie tam pracuje, w głównym skrzydle. Mamy z tym kłopot cały tydzień. Ten chłopak – no, już mężczyzna – to prawie rodzina. Kieruje całym działem sam i twierdzi, że tylko dzięki niemu to miejsce wciąż stoi.
Szliśmy korytarzami, które znałam na pamięć z dzieciństwa, a wspomnienia czaiły się w każdym kącie. Alkowa, w której chowałam się podczas zabawy w chowanego, parapet, na którym przeczytałam pierwszą powieść romantyczną, korytarz prowadzący do starej sali balowej.
Każdy korytarz krył ducha – małą Charlotte bawiącą się z pieskiem, nastoletnią Charlotte skradającą się po godzinie policyjnej, złamaną Charlotte uciekającą w wieku osiemnastu lat z coraz większym brzuchem.
– Warsztat konserwatora jest tuż za tymi drzwiami – powiedział tata, otwierając ciężkie drzwi. – Dzieciaki, spodoba wam się tu – tyle ciekawych maszyn.
Warsztat rozciągał się przed nami, zawalony narzędziami i sprzętem, pachnący uczciwie olejem maszynowym. Ktoś pracował pod ogromnym przemysłowym kotłem w rogu, widoczne były tylko znoszone robocze buty.
Oczy Leah zrobiły się wielkie z zachwytu. Zanim zdążyłam ją powstrzymać, pobiegła i przykucnęła przy tych butach.
– Naprawiasz to? Czy utknąłeś tam? Potrzebujesz pomocy? Jestem bardzo pomocna!
– Leah, kochanie, nie przeszkadzaj—
Mężczyzna wysunął się spod maszyny i cały mój świat zachwiał się w posadach. Powietrze zniknęło z pomieszczenia. Z planety. Z całego wszechświata.
Dean Sawyer wyprostował się na całą swoją wysokość, jakby wyszedł z mojego najgorszego koszmaru i najgorętszej fantazji naraz. Siedem lat wyrzeźbiło z jego twarzy resztki młodzieńczej miękkości, zostawiając coś twardszego, wyrazistszego.
Przystojniejszego i męskiego w sposób, który sprawił, że ścisnęło mnie w żołądku ze złości.
Smar rozmazany na torsie, który nie miał prawa być aż tak szeroki. Ciemne włosy opadały na oczy, które nawiedzały każdy mój sen, o którym próbowałam zapomnieć.
Te stalowoniebieskie oczy spotkały moje i widziałam, jak rozszerzyły się z szoku, po czym stwardniały jak lód.
Ogarnęła mnie panika, zimna i absolutna. Każde wspomnienie, które przez lata zakopywałam, wyszarpało się na powierzchnię.
Nie. Nie, nie, nie.
Błagam, wszechświecie, byle nie on!
Cholera. Nie, Lottie, nie poddawaj się rozpaczy.
Wzrok Deana przesunął się na bliźniaki, potem wrócił do mnie. Coś przemknęło mu po twarzy, czego nie umiałam rozczytać, a moje serce kompletnie przestało bić.
– Wow! – Leah, nieświadoma apokalipsy nad głową, patrzyła na Deana z podziwem. – Jesteś jak olbrzym! Jesteś drwalem? Moja koleżanka Maisie mówi, że drwale są bardzo silni i mają brody, a ty nie masz brody, ale wyglądasz na silnego. Potrafisz podnieść samochód?
Dean jej nie odpowiedział. Ruszył powoli, celowo, nie spuszczając ze mnie wzroku.
– Witaj, Lottie. – Jego głos był szorstki jak żwir, tak niski, że tylko ja słyszałam to, co kryło się pod słowami. – Nie spodziewałem się, że cię tu znowu zobaczę.

Back with His Twins for Christmas
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101