

Opis
Caroline nie plakala od czternastego roku zycia, ale stojac w klubie w noc poprzedzajaca pogrzeb swojego brata blizniaka, zaloba wreszcie rozbija zbroje, ktora budowala przez dekade. Pozwala nieznajomemu zabrac sie do jego pokoju hotelowego. Rano on recytuje swoje zasady: zadnych przywiazan, zadnych oczekiwan, zadnych drugich spotkan. Ona przyjmuje warunki i planuje zapomniec o nim do wieczora. Odchodza jako nieznajomi, dokladnie tak, jak zamierzali. Szesc tygodni pozniej Caroline wpatruje sie w pozytywny test ciazowy w lazience restauracji, majac juz podjeta decyzje. Wychodzi, by spotkac sie z mezczyzna, ktoremu sprzedala ja matka, tylko po to, by spojrzec w oczy nieznajomego, ktorego nigdy wiecej nie miala zobaczyc.
Rozdział 1
Jan 14, 2026
POV Caroline
"Nie oczekiwałam od ciebie niczego, a i tak się zawiodłam."
Głos mojej matki podąża za mną na parkiet, przeszywając bas, który uderza o moje żebra jak drugie serce. Jedyny rytm, jaki jeszcze czuję.
Klub pulsuje wokół mnie smugami neonowego różu i elektrycznego błękitu, światła przesuwają się przez moje pole widzenia niczym olej na wodzie. Jestem pijana. Naprawdę, do bólu pijana, tak bardzo, że kości stają się płynne, a umysł zamienia się w szum.
Wystarczy. Przyszłam tu, żeby zniknąć.
Tańczę sama w tłumie, pozwalając ciałom ocierać się o mnie, pozwalając muzyce mnie pochłonąć. Mężczyzna próbuje przycisnąć się do moich pleców, ale odwracam się, nie patrząc mu w twarz.
Dziś nie chcę twarzy. Nie chcę imion ani numerów, ani pustej gry w ludzką bliskość.
Chcę być niczym. Nikim. Po prostu ciałem poruszającym się w ciemności.
Ale alkohol nie jest wystarczająco mocny, by zagłuszyć głosy.
"Szkoda, że nie odziedziczyła uroku Ellsworthów." Uśmiech mojej ciotki przy świątecznym stole, jej dłoń głaszcząca mój policzek, jakby byłam psem, który nie nauczył się sztuczki.
"William zajmie się prezentacją. Caroline, możesz robić notatki." Oczy ojca przesuwające się obok mnie, zawsze obok mnie, do złotego syna stojącego po jego prawicy.
"Jedenaście minut." Matka, kiedy skończyłam szesnaście lat, gdy ktoś popełnił błąd i zapytał o bliźnięta. "Jedenaście minut później i całkowicie zła płeć. Lekarz obiecał mi dwóch chłopców."
Tańczę mocniej. Szybciej. Neonowe światła przyprawiają mnie o mdłości, a tłum obcych sprawia, że mam ochotę uciec ze swojej skóry, ale nie mogę wyjść.
Jutro rano muszę pochować brata.
Muszę stanąć nad grobem i udawać, że tracę tylko rodzeństwo. Nie bliźniaka. Nie drugą połowę mojego serca. Nie jedyną osobę w ciągu dwudziestu siedmiu lat, która spojrzała na mnie i zobaczyła kogoś wartego dostrzeżenia.
Przez hałas przebija się kolejny głos. Tym razem to nie wspomnienie okrucieństwa.
Gorzej.
Śmiech Willa, ciepły i konspiracyjny. Taki, jaki bywał, gdy jako dzieci uciekaliśmy przed kolacjami u matki. Tak, jak mówił do mnie Caro, jakby te cztery litery były całym językiem, który rozumieliśmy tylko my.
Jego ostatnia wiadomość wciąż nieodczytana na moim telefonie. Nie mogę jej otworzyć do końca. Przeczytanie jej uczyniłoby to ostatecznym.
'Wkrótce będę w domu. Uratuj mnie przed kryz…'
Nigdy nie wrócił do domu.
Przestaję tańczyć i kiedy pokój gwałtownie się przechyla, chwytam się czegoś solidnego, ale znajduję tylko powietrze.
Zaraz zwymiotuję, krzyknę albo rozpadnę się na kawałki tu, na tej lepkiej podłodze.
A nie mogę zrobić żadnej z tych rzeczy, bo Ellsworthowie nie robią scen. Ellsworthowie znoszą, duszą żal jak szkło i uśmiechają się przez ból.
"Wyglądasz, jakbyś powinna wyjść."
Głos dochodzi z mojej lewej. Niski, pewny, przecinający bas jakby należał do kogoś, kto nigdy nie musiał podnosić głosu, by zostać usłyszanym.
Odwracam się i widzę mężczyznę stojącego obok mnie.
Ciemne włosy, jeszcze ciemniejsze oczy, twarz wyrzeźbiona z czegoś twardszego niż cierpliwość. Wysoki, szerokie ramiona, ubrany w grafitowy garnitur droższy niż większość samochodów.
Nie dotyka mnie. Nie patrzy pożądliwie. Po prostu przypatruje mi się z chłodną oceną, jakby byłam problemem, nad którego rozwiązaniem się zastanawia.
"To nie pytanie," mówię, a mój głos brzmi dla mnie obco.
"Nie miało być." Przechyla lekko głowę, studiując mnie. "Jesteś tu czterdzieści minut. Ani razu się nie uśmiechnęłaś. I jesteś jakieś trzy drinki ponad próg, po którym większość ludzi stoi jeszcze na nogach."
"Obserwowałeś mnie przez czterdzieści minut?"
"Jesteś jedyną osobą, która wygląda, jakby uczestniczyła we własnym pogrzebie."
To słowo uderza mnie jak policzek.
Pogrzeb. Jutro. Ciało Willa w wypolerowanej trumnie, opuszczane w zamarzniętą ziemię, podczas gdy obcy leją pokazowe łzy.
"Ciekawe spostrzeżenie," udaje mi się powiedzieć. "Zawsze analizujesz psychikę kobiet w klubach czy jestem wyjątkowa?"
"Nie analizuję nikogo. Obserwuję." Wsuwa ręce do kieszeni, dostrzegam ostry ślad cienkiej blizny na jego lewych kłykciach. "A ty się odcinasz, co mówi mi, że mam rację."
"Nic o mnie nie wiesz."
"Wiem, że przyszłaś tu sama, odrzuciłaś każdego mężczyznę, który do ciebie podszedł, ale nie wyszłaś. Wiem, że pijesz jak ktoś, kto chce coś zapomnieć, ale cokolwiek to jest, nie działa." Jego ciemne oczy ścierają się z moimi, nie mrugając. "I wiem, że jeśli zostaniesz tu dłużej, zrobisz coś, czego będziesz żałować."
Powinnam się obrazić. Powinnam powiedzieć mu, by zajął się sobą, zamówić samochód, wrócić do matczynego domu i leżeć bezsennie do świtu, licząc godziny do momentu, aż na trumnę brata spadnie ziemia.
Zamiast tego słyszę, jak pytam: „Co proponujesz?”
Coś się zmienia w jego wyrazie twarzy. Nie ciepło. Może rozpoznanie. Jakby zobaczył we mnie coś, co odbija się w nim samym.
"Mam samochód czekający na zewnątrz," mówi. "Mój hotel jest piętnaście minut stąd. Bez imion. Bez pytań. Bez oczekiwań poza tą nocą."
To najbardziej szczera propozycja, jaką kiedykolwiek otrzymałam. Bez udawania, że chce mnie poznać. Bez gry w zainteresowanie moimi myślami czy uczuciami. Po prostu dwoje obcych, którzy używają siebie nawzajem, by uciec przed tym, co ich tu przygnało.
"Brzmi jak transakcja," mówię.
"To jest transakcja. Uczciwa."
Podchodzi bliżej i pod warstwą klubowego potu i alkoholu czuję jego zapach. Coś czystego i drogiego, jak cedr i zimne powietrze.
"Przez kilka godzin przestajesz myśleć. Ja też. Rano każde idzie swoją drogą i udajemy, że to się nigdy nie wydarzyło."
Myślę o jutrze. O czarnej sukience wiszącej w mojej szafie. O lodowatej powadze matki. O grobie, który pomieści jedyną osobę, która kochała mnie bezwarunkowo.
Myślę o Willu, który powiedziałby mi, żebym wróciła do domu, żeby uważać, żeby pamiętać, że jestem ważna nawet wtedy, kiedy tego nie czuję.
Ale Willa już nie ma. A kobieta, w którą wierzył, też jutro zostanie złożona do ziemi.
"Tak," mówię.

Before There Was a Baby
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101