

Opis
Summer jest przyzwyczajona do bycia niewidzialna-cicha dziewczyna na korytarzu, nikim na tyle waznym, by najlepszy przyjaciel jej brata zwrocil na nia uwage. Przetrwala liceum, kurczac sie, znoszac, kochajac Jaya Callahana z cienia, podczas gdy on przechodzil obok niej, jakby byla tylko meblem. Dzis, majac dwadziescia cztery lata i bedac nie do poznania w porownaniu do dziewczyny, ktora kiedys byla, Summer buduje nowe zycie jako stazystka medyczna-i ukrywa sekretny romans ze swoim mentorem, genialnym doktorem Xavierem Hale'em. On jest wszystkim, czym nie byl jej nieobecny ojciec: staly, opiekunczy, pewny siebie. Przy nim wreszcie czuje sie bezpieczna. Wybrana. Az pewnego dnia Jay Callahan trafia na jej szpitalny oddzial ratunkowy po brutalnym urazie i patrzy na nia tak, jakby byla warta zapamietania. Jest czarujacy, nieustepliwy i zupelnie nieswiadomy, kim ona naprawde jest.
Rozdział 1
Mar 30, 2026
POV Summer
"Ta dawka mogła go zabić!"
Głos dr Palmer miał tę szczególną, megafonową jakość. Potrafił przeciąć zatłoczony szpitalny korytarz i sprawić, że każda głowa się odwracała. Jakbyśmy wszyscy byli statystami w medycznym dramacie, a ktoś właśnie krzyknął „Akcja!”
Tyle że zamiast dramatycznego ratowania życia, to ja byłam publicznie grillowana. Miłe czasy.
Najlepsze? Moja korekta dawki była idealna.
Ale dr Palmer nawet nie raczyła spojrzeć na dzisiejsze wyniki krwi. Po prostu postanowiła zrobić ze mnie swoją ofiarną stażystkę.
Zachowałam niewzruszoną twarz, ręce przy bokach, paznokcie wbijały się w dłonie tak mocno, że zostawiały ślady. Instynkt przeprosin wspinał mi się do gardła. Chciałam się skulić, uciszyć, stać się łatwiejszą do zignorowania.
"Spodziewałam się więcej po kimś z twoim dorobkiem akademickim." Jej głos stał się jeszcze głośniejszy. "Najwyraźniej twoje oceny nie przekładają się na rzeczywistą kompetencję kliniczną—"
"Dr Palmer."
Głos Xaviera nagle przeciął moją publiczną kompromitację jak skalpel zakażoną tkankę.
Pojawił się obok nas z tak idealnym wyczuciem czasu, że pasowałoby to do komedii romantycznej Netflixa. Wysoki i opanowany, biały fartuch tak nieskazitelny, że wyglądał jakby był na nim Photoshop.
W wieku trzydziestu sześciu lat mój mentor stażowy, dr Xavier Hale, osiągnął niemożliwe. To coś, dzięki czemu wyglądał jak prawdziwy Starszy Rezydent, ale też jak ktoś, kto właśnie zszedł z okładki magazynu „Najseksowniejsi Lekarze Świata” – który nie istnieje, ale zdecydowanie powinien.
Nie widziałam go od dwóch tygodni i pozwoliłam sobie zatrzymać na nim wzrok na chwilę.
Jego jasnobrązowa skóra zdawała się łagodzić ostre szpitalne światło, czynić je cieplejszym. Krótko ostrzyżone włosy, gładko ogolona szczęka ostra jak brzytwa, kości policzkowe godne portretów, nie korytarzy.
I te oczy… Głęboko osadzone, ciemne, z tą inteligencją, która niczego nie przegapia i jeszcze mniej wybacza. Które wciąż sprawiają, że serce mi przyspiesza.
"Dr Hale." Palmer odzyskała rezon, ale zauważyłam mikroekspresję, która przemknęła jej po twarzy. Tę krótką, piękną chwilę „o cholera”. "Właśnie omawiałam przypadek Thompsona z pani stażystką. Korekta dawki, którą zleciła…"
"Była odpowiednia do funkcji nerek pacjenta, którą sam osobiście sprawdziłem i zatwierdziłem dziś rano."
Ton Xaviera mógłby zamrozić piekło.
"Gdyby spojrzała pani na zaktualizowane wyniki badań, a nie na wczorajszą listę, zobaczyłaby pani poziom kreatyniny, który wymusił zmianę. Dr Ellis wykazała się dokładnie takim krytycznym myśleniem, jakiego oczekujemy od naszych najlepszych stażystów."
Cisza, która zapadła potem, była tak kompletna, że słychać by było upadającą szpilkę na parkingu. Przesunął się bliżej mnie—na tyle blisko, że cały mój układ nerwowy zaczął wysyłać czerwone sygnały.
"Rozumiem." Szczęka Palmer poruszała się wokół słów. "Najwyraźniej pracowałam z niepełnymi informacjami."
"Najwyraźniej," uśmiechnął się chłodno.
Odwróciła się i odeszła, a korytarz powoli wrócił do normalnego funkcjonowania, ale zauważyłam co najmniej pięć osób próbujących nie gapić się, podczas gdy ewidentnie się gapili.
Nie mogłam się ruszyć, nie mogłam przestać patrzeć na profil Xaviera. Na opanowane ułożenie jego ramion, spokojną pewność w każdym geście. Sposób, w jaki rzeczywistość zdawała się reorganizować wokół jego spokoju.
Czy można zakochać się w tym mężczyźnie jeszcze bardziej, niż już jestem?
Ciepło rozlało się nisko w moim brzuchu—znajome, niebezpieczne i totalnie nie na miejscu w szpitalnym korytarzu ani wobec mojego dosłownego szefa.
"Do mojego gabinetu," powiedział cicho, już się odwracając. "Teraz."
Podążyłam, bo zawsze podążałam. To był osobny problem, ale nie taki, który zamierzałam dziś rozwiązywać.
Drzwi jego gabinetu zatrzasnęły się za nami i podszedł do żaluzji—jedno płynne pociągnięcie i korytarz zniknął. Zostaliśmy tylko my dwoje i czternaście dni nieobecności, które siedziały między nami jak trzeci człowiek.
Wypełniłam ciszę jedynym sposobem, jaki znałam.
"Ona nawet nie otworzyła dzisiejszej karty." Słowa wypadły szybciej, niż zamierzałam. "Sprawdziłam trzy razy. Przekrojowo wszystko porównałam, przeliczyłam dwa razy zanim zleciłam—i ona po prostu założyła—"
"Summer."
"Nie panikuję, rozmawiam. To dwie różne rzeczy." Skrzyżowałam ramiona, odwróciłam się do niego i zatrzymałam.
Podszedł do mnie powoli i wytrzymałam na miejscu dokładnie cztery kroki, zanim krawędź biurka zahaczyła mnie w uda i zabrakło mi miejsca do wycofania się.
"Zrobiłaś wszystko dobrze," powiedział nisko i spokojnie. "Nie potrzebujesz, żebym ci to mówił."
"Wiem." Mój głos zabrzmiał ciszej, niż chciałam. "Po prostu… Łatwiej, kiedy to ty mówisz."
Coś się zmieniło w jego wyrazie twarzy—cicho, niebezpiecznie i w pełni skierowane na mnie—gdy ujął moją twarz w dłonie.
"Boże, jak bardzo za tobą tęskniłem, słoneczko…" powiedział cicho i pocałował mnie, zanim zdążyłam odpowiedzieć.
Delikatne dłonie uniosły moją twarz, bym spojrzała na niego, i przez sekundę zupełnie zapomniałam, że jestem w szpitalu, w pracy. Że dwanaście stóp dalej, za tamtymi drzwiami, są ludzie. Że istnieje około ośmiuset powodów, dla których to wszystko było skomplikowane.
Jego usta były ciepłe i niespieszne, a ja odwzajemniłam pocałunek z równą ochotą. Najwyraźniej sześć miesięcy skrytego pragnienia i sekretnego związku robi coś z ludzką powściągliwością.
„Każdej nocy gapiłam się na telefon jak kompletna idiotka…” przyznałam, niemal dotykając jego warg.
Z ust wyrwał mu się dźwięk – niski, pół-śmiech, pół-coś innego – i pocałował mnie ponownie, zanim mogłam się tym zawstydzić. Jego kciuki musnęły moje kości policzkowe, palce wplotły się w moje włosy, a ja chwyciłam za klapy jego płaszcza, bo alternatywą było zsunąć się prosto z biurka.
„Chciałem zadzwonić,” wyszeptał, opierając czoło o moje. „Każdej nocy. Siedziałem na kolacjach networkingowych, myśląc tylko o…”
„Dlaczego nie zadzwoniłeś?”
„Bo nie będę ryzykował tym lekkomyślnie.” Słowa padły cicho, lecz stanowczo. „Tobą… Nie zaryzykuję.”
Wiedziałam, o co mu chodzi. Rejestry połączeń. Wzorce. Ten szczególny rodzaj uwagi, która przykleja się do rzeczy, które ludzie chcą trzymać w tajemnicy. Był ostrożny, bo mu zależało. Wiedziałam o tym. Wiedziałam.
Nie powstrzymało to jednak znajomego, drobnego ukłucia bólu. „Dwa tygodnie to długo,” powiedziałam.
„Wiem.” Jego usta wygięły się przy mojej skroni. „Odpłacam ci to.”
Wodził pocałunkami od moich policzków w dół szczęki i zatrzymał się na mojej szyi, gorące usta przy mojej skórze. Kiedy jego udo wsunęło się między moje nogi, ledwo powstrzymałam jęk i potrzebę, by przycisnąć się do niego jak napalona nastolatka.
Podczas gdy jedna jego dłoń pozostała przy mojej twarzy, dając sobie większy dostęp do mojej szyi, druga przesunęła się na moją talię, wślizgnęła się pod koszulę i przyciągnęła mnie bliżej, a ja przestałam myśleć o rejestrach połączeń, ostrożności i wszystkich racjonalnych rzeczach, które powinnam była stawiać na pierwszym miejscu—
Interkom roztrzaskał tę chwilę jak upuszczona taca: „Dr Hale, VIP pacjent, uraz z dzisiejszego meczu. SOR prosi o obecność starszego personelu natychmiast.”
Xavier ciężko wypuścił powietrze na mojej skórze i niechętnie cofnął się pierwszy, jak zawsze szybciej odzyskując równowagę. Poprawił włosy, ułożył płaszcz.
Kiedy się odwrócił, znów był Dr Halen — nieosiągalny, niedostępny, mój tylko w tajemnicy.
„Dokończymy to później,” powiedział łagodnie, obdarzając mnie lekkim uśmiechem.
Przeszliśmy korytarzami w profesjonalnej synchronii — odpowiedni dystans, odpowiednie miny, wyćwiczona gra współpracowników. Nic poza tym. Skupiłam się na tym, by spowolnić puls do wartości, których nie pokazałby monitor.
Drzwi SOR otworzyły się szeroko, a ja zajęłam miejsce. Wtedy zobaczyłam, kto leży na noszach, i każda starannie odbudowana profesjonalna ściana po prostu… runęła.
Jay Callahan.
Najlepszy przyjaciel mojego brata. Jego kolega z drużyny. Chłopak, którego kochałam tak, jak tylko niewidzialne dziewczyny potrafią kochać złotych chłopców — rozpaczliwie i w milczeniu. Z takim oddaniem, które nie oczekuje niczego w zamian, bo wiedziałam, że wtedy nie zasługiwałam na nic.
On był światłem, a ja byłam cieniem.
A cienie nie sięgają do słońca.
„Gdybym wiedział, że personel medyczny tak wygląda, to zraniłbym się dużo wcześniej.” Jay próbował się podnieść na noszach, skrzywił się z bólu. „Przynajmniej widok jest dobry.”
Coś pękło mi w środku. Szczelina przebiegła przez lata starannie zakopanych uczuć, lata wmawiania sobie, że już go nie kocham.
Że ta rozpaczliwa pierwsza miłość umarła razem z dziewczyną, którą kiedyś byłam.
Wciąż flirtujesz nawet podczas kryzysu, Callahan?” Słowa wyszły ostrzej, niż zamierzałam. „Niektóre rzeczy się nie zmieniają.”
Jego wyraz twarzy się zmienił, urok zgasł, zastąpiony czymś, co wyglądało prawie jak rozpoznanie, ale nie do końca. Spojrzał na plakietkę z moim nazwiskiem na fartuchu, potem na moją twarz i zmarszczył brwi. Znajome niebiesko-zielone oczy zwęziły się, uważnie śledząc moje rysy.
Czy wciąż pamięta, że ja i mój brat mamy inne nazwiska?
Czy byłby pod wrażeniem mojej przemiany od czasów liceum?
Nie byłam, mówiąc dyplomatycznie, późnym rozkwitem. Byłam w ogóle bez rozkwitu. Aż do około dziewiętnastego roku życia, kiedy moje ciało najwyraźniej zdecydowało się nadrobić zaległości z pilnością.
On też się zmienił — szczęka ostrzejsza, ramiona szersze, chłopięca uroda stwardniała w coś bardziej niebezpiecznego. Ale ten zuchwały uśmiech był ten sam, nawet skrzywiony bólem, nawet blady w ostrym świetle jarzeniówek.
„Chwila.” Próbował się podnieść, a dwie pielęgniarki podeszły, by go powstrzymać. „Zaraz… My się znamy?”
Żołądek zjechał mi gdzieś do poziomu minus pierwszego parkingu.
Cztery lata.
Cztery cholerne lata istnienia na jego orbicie, patrzenia na niego zza stołu podczas kolacji u nas po meczach hokeja, on będący wszędzie tam, gdzie mój brat, łącznie ze mną… I nie pamiętał mnie. Wcale.

Before You Knew My Name
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101