

Opis
Szesc lat po jednej lekkomyslnej nocy, ktora na zawsze odmienila jej przyszlosc, Ivory Hill ulozyla sobie niezwykle prywatne zycie w rodzinnym miescie - oparte na odpowiedzialnosci, rutynie i malych glosikach, ktore na niej polegaja. Przeszlosc miala pozostac pogrzebana, razem z Kameronem Banksem i Coltem McKenna, dwoma kowbojami, o ktorych nigdy nie zapomniala. Jednak kiedy wracaja jako nowi wlasciciele jej rodzinnego rancza, dawne napiecia odzywaja, a niewyjasnione pytania wychodza na powierzchnie. Gdy bliskosc zaciera granice, a chemia powraca, Ivory musi chronic to, co zbudowala, mierzac sie z prawda, ktora nie chce juz byc ukryta - oraz z przyszloscia o wiele bardziej skomplikowana, niz kiedykolwiek planowala.
Rozdział 1
May 25, 2026
POV Ivory
Cztery nieodebrane połączenia. Brak odpowiedzi.
Starłam pot z czoła i znów spojrzałam na telefon — sierpniowe słońce już o ósmej rano było bezlitosne. Stella powinna wiedzieć lepiej.
Stażyście powierzono opiekę nad Bonnie, starą klaczą dochodzącą do siebie po kontuzji nogi, która mogła okazać się śmiertelna, jeśli zostanie zlekceważona. Kolka. Infekcja. Tuzin rzeczy, które mogły uśmiercić konia w czasie, w którym moja stażystka ignorowała swój cholerny telefon.
Kiedy dotarłam do głównej stajni, była pusta. Boks rekonwalescencyjny — pusty. Zawołałam raz, drugi, i wtedy usłyszałam to — stłumiony dźwięk z dawnej siodlarni na tyłach.
Wparowałam do środka.
Fartuch Stelli był zgarnięty wokół bioder, jej plecy przyciśnięte do ściany pełnej siodeł. Między jej udami stał mężczyzna, jego koszula rozpięta, piaskowe spodnie mundurowe zsunięte wystarczająco nisko.
Widzę tylko szerokie ramiona, ciemne włosy, dłonie zaciskające się na nagich udach mojej stażystki, jakby należała do niego.
Serce zapadło mi się w pięty, gdy się odwrócił.
Ryan. Mój brat. Szeryf miasteczka, odznaka wciąż przypięta do koszuli, której nawet nie zdjął, zastygły w połowie ruchu jak sarna w świetle reflektorów.
Najpierw poczułam ulgę — ostrą i wstydliwą. Nie miałam męża, któremu mogłabym się zdradzić. W moim życiu nie było żadnego mężczyzny. Tylko mój głupi brat pieprzący moją stażystkę na moich siodłach.
Ale to nie oni odebrali mi oddech.
To był ten pokój. Zapach skóry i siana. Stosy zakurzonych der w kącie. To pomieszczenie. Ten dokładny punkt, w którym sześć lat temu whiskey paliła mi gardło, a dwie pary rąk poznawały moje ciało.
Zły uśmiech w ciemności. Cicha intensywność, przez którą czułam się naprawdę widziana.
Odepchnęłam to wspomnienie z całej siły.
"Ubierzcie się," powiedziałam, mój głos był tak lodowaty, że mógłby zamrozić sierpniowy upał. "Teraz."
Stella rzuciła się po ubrania, twarz miała purpurową. "Dr Hill, przepraszam, ja po prostu... My tylko—"
"Tylko co? Tylko porzuciłaś pacjentkę, która mogła mieć kolkę w godzinę, kiedy byłaś nieosiągalna? Tylko uznałaś, że twoje życie uczuciowe jest ważniejsze niż to, czy Bonnie przeżyje? Ma piętnaście lat, Stella. Zaufała nam, że się nią zaopiekujemy, a ty zostawiłaś ją samą, żeby dać się przelecieć na moich siodłach."
Ryan wysunął się do przodu, niezdarnie dopinając pasek.
"Ivory, posłuchaj, to nie tak, jak myślisz. Stella i ja spotykamy się od kilku tygodni, wpadłem przynieść jej kawę przed zmianą. Po prostu... wymknęło nam się spod kontroli, ale—"
"Nie obchodzi mnie, z kim sypiasz, Ryan." Odwróciłam się do niego. "Obchodzi mnie, że moja stażystka opuściła stanowisko. Obchodzi mnie, że przez godzinę dzwoniłam, a koń mógł w tym czasie umrzeć. Chcesz tłumaczyć się ze swojego życia miłosnego? Zachowaj to dla kogoś, kogo to obchodzi."
Otworzył usta, po czym je zamknął. Coś przemknęło mu po twarzy — może ból, może wstyd. Dobrze. Powinien się wstydzić. Szeryf miasteczka, skradający się jak nastolatek po mojej siodlarni.
"Porozmawiamy później," mruknął, chwytając kapelusz z podłogi.
"Nie zawracaj sobie głowy."
Wyszedł bez słowa. Telefon zawibrował mi w kieszeni. Spojrzałam na ekran — Tata — i wyciszyłam go. Teraz nie miałam dla niego czasu.
"Stella." Utrzymałam głos spokojny, profesjonalny. "Idź do Bonnie. Sprawdź jej parametry, nogę, pracę jelit. Jeśli cokolwiek będzie nie tak, natychmiast do mnie dzwoń. Zrozumiano?"
"Tak, dr Hill. Bardzo przepraszam. To się więcej nie powtórzy, przysięgam."
"To udowodnij."
Klacz była w porządku — dzięki Bogu — ale kazałam Stelli trzy razy na nowo zrobić okład, aż wreszcie spełnił moje wymagania.
Potem nadzorowałam jej pracę z lodowatą precyzją, poprawiając każdy drobiazg, każąc tłumaczyć na głos każdy etap. Zanim byłam zadowolona, zdążyłam jeszcze sprawdzić dwa rekonwalescencyjne bydła i minęła kolejna godzina.
Wsiadłam do ubłoconej ciężarówki i ruszyłam w stronę mojego domku na skraju rancza, w myślach odhaczając listę zadań:
Odebrać trojaczki od Marisol przed południem. Zadzwonić do dostawcy paszy w sprawie opóźnionego zamówienia. Dowiedzieć się, czemu Luke znów moczył łóżko — pewnie stres, ale z jakiego powodu?
Kiedy podjechałam pod domek, mój ojciec już czekał na zewnątrz.
Stał na schodkach, blady, z drżącymi dłońmi. Nie ten drżenie parkinsona, do którego się przyzwyczaiłam. Coś gorszego. Coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam.
"Tato?" Trzasnęłam drzwiami ciężarówki. "Co się stało? Widziałam, że dzwoniłeś, ale byłam zajęta—"
"Nowi właściciele są już tutaj."
Przestałam iść. "Jacy właściciele?"
Nie mógł spojrzeć mi w oczy. Wyjaśnienie przyszło w bolesnych strzępach, każde słowo uderzało mnie w pierś jak kamień.
"Moja choroba postępuje szybciej, niż przewidywał dr Morris. Długi... Ivory, nie mogłem już dłużej prowadzić rancza, nie mogłem też zostawić go tobie. Jesteś weterynarzem. Samotną matką z trójką dzieci i bez męża. Nie mogłem zrzucić na ciebie tego ciężaru. Musiałem sprzedać. Przepraszam..."
"Sprzedałeś ranczo." Słowa wydawały się obce w moich ustach. "Sprzedałeś nasz dom, nie mówiąc mi o tym? Nawet nie zapytałeś, czy chcę o niego walczyć?"
"Chciałem cię chronić, skarbie. Umowa zapewnia ci stanowisko weterynarza na ranczu. Nie stracisz praktyki. I nie stracisz domu, w którym mieszkają dzieci. Zrobiłem wszystko, by to zagwarantować."
"Komu?" Mój głos załamał się. "Komu to sprzedałeś?"
Drzwi domku otworzyły się za jego plecami i na ganku pojawiły się dwie ogromne sylwetki. Poznałam ich natychmiast. Jak mogłabym nie...
Kameron Banks — ciemne loki opadające na kołnierz, lodowatoniebieskie oczy i ten diabelski uśmiech, którego nigdy nie potrafiłam zapomnieć. I Colt McKenna — ramiona tak szerokie, że blokują wejście, te same piaskowe włosy i piwne oczy utkwione w mojej twarzy z taką intensywnością, że aż paliła mnie skóra.
Byli najlepsi przyjaciele mojego starszego brata. Chłopcy, którzy co lato pracowali na tej ziemi, którzy jedli przy naszym stole.
Ci sami, których desperacko i po cichu kochałam w różnych momentach mojej nastoletniej młodości — zanim uświadomili mi, że jestem tylko głupiutką siostrzyczką Ryana. Utrapieniem, które można drażnić, zbywać, zapominać.
Ci sami mężczyźni, którzy dotykali mnie w tej siodlarni sześć lat temu, gdy miałam dwadzieścia dwa lata. Którzy sprawili, że poczułam rzeczy, jakich nie poznałam wcześniej ani później. Którzy zniknęli przed świtem.
Lily — lodowatoniebieskie oczy. Luke — piaskowe włosy. Levi — krzywy uśmiech.
Nie wiedziałam, który z nich jest ojcem moich dzieci. Nigdy nie pozwoliłam sobie się dowiedzieć. Sześć lat ciszy, a teraz stali na ganku mojego ojca, jakby byli tu u siebie.
Bo byli.

Between Two Cowboys
120 Rozdziały
120
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101