

Opis
W krolestwie, gdzie Alfy zbieraja partnerki niczym korony, Luna Syrena kurczowo trzyma sie zakazanego przyrzeczenia: Devon mial nalezec tylko do niej. Po trzech bezplodnych latach rada zada, by wybral inne-albo straci wszystko. Zmuszona do przygotowywania wlasnych rywalek, Syrena odwraca sie od obowiazku na jedna niebezpieczna noc z nieznajomym, ktorego dotyk wydaje sie byc przeznaczeniem. Ten pojedynczy iskrzacy moment rozpala pozar sekretow-o krwi, wladzy i mezczyznach, ktorzy chcieliby ja zdobyc. Rozdarta miedzy Alfa, ktory zlozyl jej przysiege, a tym, ktory budzi w niej cos dzikszego, Syrena musi zdecydowac, za ktorym pragnieniem odwazy sie podazyc... i ktory tron moze przez to splonac.
Rozdział 1
Oct 2, 2025
POV Syrena
Plastikowy pasek testowy drwił ze mnie pojedynczą różową kreską. Ścisnęłam brzeg marmurowego blatu łazienki, gdy bębny Festiwalu Płodności dudniły przez ściany domu watahy, każdy rytm przypominając mi o mojej porażce.
Trzy lata. Trzy lata prób, a moje łono pozostawało równie puste jak drugie okienko w tym przeklętym teście.
„Nie jestem w ciąży.” Wyszeptałam słowa do swojego odbicia, obserwując, jak moje usta formują sylaby, które wypowiadałam już zbyt wiele razy. Kobieta patrząca na mnie z lustra wyglądała na zmęczoną—ciemne cienie pod zielonymi oczami, które kiedyś lśniły nadzieją.
Moje wyostrzone wilcze słuch wychwyciło głosy dwa piętra niżej, gdzie wilczyce zebrały się w kuchni, przygotowując festiwalowe jedzenie. Ich słowa niosły się z krystaliczną wyrazistością, jakby stały obok mnie.
„Trzy lata i wciąż nic z łona Luny,” głos Marissy ociekał podejrzliwością. „Ale dr Hayes wciąż mówi, że jest płodna. Jak to możliwe?”
„Wiesz, co moja babcia zawsze mówiła o takich sytuacjach?” Ton Rebeki stał się konspiracyjny. „Kiedy wilczyca może się rozmnażać, a nie chce, zwykle w grę wchodzi czarownicza krew.”
Moja krew zamieniła się w lód.
„Myślisz, że Luna Syrena jest częściowo czarownicą?” Trzeci głos—młodej Sarah—brzmiał zgorszony i zachwycony jednocześnie.
„Pomyślcie,” kontynuowała Rebeka. „Przekonuje naszego Alfę—naszego silnego, jurnego Alfę, który powinien mieć wiele partnerek—by obiecał monogamię. Jaki wilk w zdrowych zmysłach by to zrobił, jeśli nie działa pod wpływem magii?”
„Pewnie nawet go nie kocha,” dodała jadowicie Marissa. „Po prostu chciała być Luną. A teraz celowo pozostaje bezdzietna, żeby mu dokuczyć, żeby nim rządzić. Moja kuzynka mówi, że czarownice potrafią zapobiegać poczęciu dzięki magii, nawet jeśli ich ciała są płodne.”
„Ta samolubna suka,” syknęła Sarah. „Manipuluje Alfą Devonem swoimi czarami, odmawiając mu dziedziców, podczas gdy udaje ofiarę. Wataha cierpi przez jej egoizm.”
„Prawdziwe pytanie brzmi: jak długo Alfa Devon będzie tolerował tę farsę,” powiedziała Rebeka. „Monogamia to był jej pomysł, jej manipulacja. Powinien ją wygnać i wziąć odpowiednie partnerki, które dadzą mu szczenięta.”
Dłonie mi drżały, gdy owijałam test w papier i zakopywałam głęboko w koszu na śmieci.
Jakże inne były ich szepty trzy lata temu, kiedy Devon i ja połączyliśmy się na zawsze. „Rewolucyjny romans,” tak to nazywali. „Miłość z bajki.” Alfa, który wybrał jedną kobietę, który obiecał wieczną monogamię w świecie, gdzie wilki mają wiele partnerek.
Przycisnęłam dłonie do płaskiego brzucha, wspominając słowa Devona z naszego pierwszego roku małżeństwa: „Nasza miłość jest niezwykła, Syreno. Da nam równie niezwykłe dzieci.” Wtedy jego dłonie spoczywały na moich, a jego piwne oczy błyszczały pewnością.
Drugi rok przyniósł troskę ukrytą pod płaszczem cierpliwości. „To wymaga czasu,” mówił, choć przyłapałam go na wpatrywaniu się w dzieci innych członków watahy z wyrazem twarzy, którego nie potrafiłam nazwać.
Teraz, w trzecim roku, ledwo mnie dotykał.
Drzwi łazienki zatrzęsły się pod czyimś niecierpliwym pukaniem. „Luno Syreno? Starsza Roslyn prosi o twoją obecność w głównej sali.”
Wygładziłam suknię—tę głęboko czerwoną, którą Devon kiedyś uwielbiał—i wyszłam w chaos Festiwalu Płodności.
Główna sala płonęła światłem pochodni i falowała od tańczących ciał. Ciężarne wilczyce kołysały się z rękami na zaokrąglonych brzuchach, matki podrzucały na biodrach rozbawione szczeniaki. Nawet powietrze pulsowało płodnością—poza martwą przestrzenią wokół mnie.
„Och, Syreno kochana, idealne wyczucie czasu!” Głos Starszej Roslyn przeciął zabawę niczym ostrze. Oczy starej wilczycy, zamglone wiekiem, utkwiły we mnie z niepokojącą precyzją. „Potrzebujemy kogoś do zorganizowania ekipy sprzątającej, skoro nie jesteś... zajęta obowiązkami matki.”
Matki watahy wokół niej wymieniały porozumiewawcze spojrzenia, ich dzieci bawiły się u ich stóp—małe, żywe przypomnienia tego, czego nie mogłam dać. Cisza, która zapadła po jej słowach, była ogłuszająca, nawet wśród świętowania.
Młoda Sarah, ledwie dwudziestojednoletnia, z sześciomiesięcznym szczeniakiem na biodrze, wystąpiła naprzód z troską wymalowaną na ładnej twarzy.
„Moja babcia zawsze powtarzała: kiedy łono Luny milczy, księżyc chowa twarz—rytuały nie przyniosą skutku. Może powinniśmy omówić alternatywne rozwiązania na przyszłomiesięczną ceremonię błogosławieństwa?”
„Alternatywne rozwiązania?” Utrzymałam głos w ryzach, choć w piersi tlił się gniew. „Wciąż jestem waszą Luną, Sarah.”
„Oczywiście,” odparła, a jej uśmiech był ostry jak potłuczone szkło. „Miałam na myśli tylko duchowe potrzeby watahy—”
„Duchowe potrzeby watahy są moją odpowiedzialnością.” Słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzałam. „Tak jak od sześciu lat.”
Pomarszczona dłoń Starszej Roslyn poklepała mnie po ramieniu z pobłażliwą łagodnością. „Nikt nie kwestionuje twojego zaangażowania, kochana. Po prostu martwimy się o... energię, jaką wnosisz w święte rytuały. Magia płodności wymaga pewnej witalności.”
Odeszły z zadowolonymi uśmieszkami, zostawiając mnie samą pośrodku święta. Pary kołysały się w tańcu, ciężarne kobiety śmiały się, dzieci biegały między nogami tancerzy. Stałam jak jałowa wyspa na morzu życia.
„Syreno.” Devon odezwał się za mną, a ja odwróciłam się, widząc męża z zaciśniętą szczęką. Widział, jak mnie potraktowały—widziałam gniew w sztywnych ramionach. Ale nie powiedział ani słowa w mojej obronie. Już nie.
Jego dłoń spoczęła na moich plecach, tak krótko, że ledwie to poczułam, nim ją zabrał. Kiedyś trzymałby ją tam z dumą, z czułością. Teraz gest wydawał się obowiązkowy.
„Jak poszła wizyta?” spytał cicho, choć w jego głosie nie było już nadziei. Kiedy przestał wierzyć? Kiedy ja przestałam?
„Bez zmian,” odpowiedziałam, obserwując, jak jego ramiona opadają. „Dr Hayes mówi, że moje hormony są w normie. Cykl regularny. Wszystko wygląda zdrowo.”
„A jednak nic.” Nie pytanie. Stwierdzenie, płaskie i ostateczne.
Wymusiłam pogodę w głosie, sięgając po jego dłoń. „Musimy próbować dalej. Pamiętasz, co mówiłeś? Nasza miłość jest silniejsza niż biologia. Wybraliśmy siebie, gdy cały świat oczekiwał, że weźmiesz więcej partnerek.”
Twarz Devona przemknęła bólem, żalem, czymś jeszcze—zanim nałożył na siebie maskę, którą nosił od miesięcy. Cofnął rękę.
„Oczywiście,” powiedział, a jego wzrok już powędrował ku świętującym. „Muszę zająć się sprawami watahy.”
„Devon, poczekaj—”
Ale już odchodził, jego szerokie plecy znikały w tłumie. Młode wilczyce natychmiast do niego lgnęły, twarze rozjaśniały zaproszeniem. Nie zachęcał ich, ale też nie zniechęcał.
„Luno Syreno!” Odezwał się dziecięcy głosik, i spojrzałam w dół na małą Gracie, jedną z sierot watahy, która ciągnęła mnie za sukienkę. „Zatańczysz z nami?”
Jej niewinne pytanie niemal mnie złamało. „Oczywiście, kochanie.”
Pozwoliłam jej pociągnąć się w stronę tańczących dzieci, prostując plecy i unosząc podbródek. Byłam Luną tej watahy. Byłam wybranką Devona, jego jedyną partnerką, związana przysięgami wykraczającymi poza tradycję.
„Jesteś moim księżycem, moimi gwiazdami, moim wszystkim,” przysiągł w naszą noc ślubu. „W świecie pełnym wielu, ty jesteś moją jedyną.”
Musiałam wierzyć, że te słowa wciąż coś znaczą. Musiałam wierzyć, że nasza miłość przetrwa tę próbę. Bo jeśli przestanę, jeśli pozwolę, by zwątpienie wkradło się do serca…
Odnalazłam wzrokiem Devona po drugiej stronie sali. Mira, piękność watahy, pochyliła się, by coś mu wyszeptać do ucha. Nie odsunął się.
Po raz pierwszy od trzech lat inny rodzaj bólu ścisnął mi pierś—nie tęsknota za pustym łonem, lecz przerażający lęk przed pustoszejącym sercem.
Festiwal Płodności trwał wokół mnie, celebrując wszystko, czego nie mogłam mu dać. Tańcząc z dziećmi, udając radość, której nie czułam, miałam w głowie tylko jedną myśl: Jak długo jeszcze jego obietnice będą się kruszyć jak suche liście?
Jak długo jeszcze, zanim stracę go całkowicie?

Choose Your Alpha, Princess
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101