

Opis
Na krolewskim balu zwyciestwa wiejska krawcowa Lara Venn spedza jedna, niebezpieczna godzine z zamaskowanym nieznajomym. O polnocy on znika - ale jego sygnet pozostaje, ukryty tuz przy jej sercu. Lata pozniej Lara jest juz matka - a jej dziecko zostaje przeklete przez slodko-jadowita narzeczona ksiecia. I tu lezy glowny problem: tylko ojciec dziecka - milosc wyznana w swietle dnia, imie wypowiedziane bez wstydu - moze zdjac te klatwe. Uzbrojona jedynie w odwage i igle, wchodzi do palacu jako krawcowa i podaza za herbem z sygnetu, by odkryc prawde. Teraz, zanim czarodziejska narzeczona zwiaze tron przez slub z ksieciem, Lara musi wplesc sie w dworskie intrygi, obudzic pogrzebana pamiec kochanka i w bialy dzien nazwac ukrytego dziedzica - bez wzgledu na to, kto sprobuje ja uciszyc.
Rozdział 1
Nov 6, 2025
Światło lampy drży, gdy przeciągam igłę przez tkaninę; palce bolą, oczy pieką od zmęczenia. Koszula jest już tak stara, że widziała, jak królestwa powstają i upadają, a jednak Ojciec nie chce się jej pozbyć. Mówi, że wciąż nosi zapach rąk mojej matki—choć odeszła już wiele lat temu.
„Zrobiłaś dziś wystarczająco, Lara”, mruczy, nie podnosząc wzroku. „Idź odpocznij, zanim oczy stracą swój blask.”
„Mogę skończyć ten ostatni szew”, odpowiadam, choć prawda jest taka, że dziś nie szyję z obowiązku—szyję dla odwagi. Odwagi, by poprosić go o coś, o czym śniłam od dziecka. Mój ojciec, Durden, to człowiek dobry, ale ostrożny. Świat poza murami naszej wioski jest dla niego miejscem złodziei, burz i zguby. Dla mnie to wszystko, czego nigdy nie dotknęłam.
Brzęk na zewnątrz się zmienia—cicha rozmowa ustępuje miejsca odległej muzyce. Słyszę dudnienie bębnów, tych, które sprawiają, że kurz w naszych krokwiach drży.
„Słyszysz to?” szepczę, prostując się. „Znowu świętują.”
Oczy Durdena zerkają ku oknu zasłoniętemu okiennicą. „Książę Aldric wrócił ze swojego pierwszego zwycięskiego boju! Wiesz, jak oni kochają swoje parady.”
Jego ton jest czuły, ale zmęczony. Mało ma cierpliwości dla szlachty, która świętuje, gdy my pracujemy, aż nas bolą plecy. A jednak nie mogę powstrzymać szybkiego drżenia ciekawości w piersi. Dźwięk bębnów sprawia, że powietrze smakuje życiem.
„Ojcze”, zaczynam cicho, nawlekając kolejną igłę, by nadać moim słowom ciężaru. „Czy mogę—czy mogę pójść? Tylko do bram miasta. Żeby zobaczyć światła.”
Durden odkłada szpulkę. „Miasto?” Marszczy brwi, zaskoczony. „O tej porze? Lara, pracujesz od świtu.”
„Posprzątałam sklep, uporządkowałam wszystkie ubrania i zapisałam każde zamówienie”, przypominam mu, głosem spokojnym, lecz pełnym nadziei. „Tylko ten jeden wieczór, Ojcze. Zostanę przy ulicach, przysięgam. Chcę tylko zobaczyć, jak wygląda świat, gdy się raduje.”
„Ach, Lara”, mówi w końcu, uśmiechając się mimo siebie. „Twoja matka zganiłaby mnie, że ci pozwalam. Ale—” Wzdycha i macha ręką. „Wracaj, zanim księżyc zgaśnie.”
Serce mi podskakuje. Całuję go szybko w policzek i narzucam szary płaszcz. „Obiecuję.”
***
Droga do miasta lśni od lampionów zawieszonych wysoko niczym pojmane gwiazdy. Ludzie mijają mnie ze śmiechem, twarze ukryte za zdobionymi maskami. W powietrzu unoszą się perfumy, dym i prażone orzechy. Im bliżej pałacu idę, tym głośniejsza staje się muzyka—struny i bębny, jasna i zawrotna.
Och! Nigdy nie widziałam takiego przepychu! Stragany wzdłuż brukowanych ulic sprzedają jedwabne wstążki, malowane maski i kandyzowane płatki. Dzieci gonią się w tłumie z zimnymi ogniami syczącymi złotym światłem. Każdy zakątek stolicy tętni życiem—nieokiełznanym, olśniewającym, nieprawdopodobnie wielkim.
Gdy docieram do bram pałacu, zadzieram głowę, by objąć wzrokiem: wieże wyrastające w ciemność niczym rzeźbiona kość słoniowa, błękitne sztandary łapiące wiatr.
Strażnik wychodzi naprzeciw, blokując drogę. „Stój, panienko.” Jego zbroja matowo błyszczy w świetle pochodni. „Wstęp tylko dla uczestników w kostiumach.”
Spoglądam na wir tancerzy za bramą, ich maski piórkami i barwami. „Nie wiedziałam”, mówię cicho. „Chciałam tylko popatrzeć.”
Wzrusza ramionami, znudzony. „Zasady to zasady.”
Pieczenie odrzucenia pali mnie w gardle. „To popatrzę z kamieni”, szepczę, odwracając się, nim zobaczy łzy w moich oczach.
Idę, dopóki nie docieram do cienia muru, wystarczająco daleko od śmiechu i światła. Serce mam ciężkie jak ołów. Wyobrażałam sobie tę noc przez lata—blask miasta, radość, muzykę—a jednak mogę tylko stać na zewnątrz, niechciana, jak duch zaglądający w cudzy sen.
Pierwsza łza spada, zanim zdołam ją powstrzymać. Potem kolejna. Wkrótce moje ciche szlochy zagłuszają muzykę.
„To nie jest dźwięk, który pasuje do świętowania”, odzywa się głos za mną.
Odruchowo się odwracam. Stoi tam zamaskowany uczestnik zabawy, wysoki i zgrabny, maska ze złotym brzegiem, włosy ciemne jak atrament. W ręku trzyma mały lampion, miękkie światło rozlewa się po jego uśmiechu.
„Nie chciałem cię przestraszyć”, mówi niskim, gładkim głosem. „Wyglądałaś, jakbyś tu nie pasowała.”
„Pasuję,” mówię szybko, ocierając policzki. „Tylko… nie wpuszczono mnie.”
„Ach,” mówi z przechyleniem głowy. „Znów strażnicy.” Zbliża się, oczy błyszczą zielenią spod maski. „Chciałabyś zobaczyć, co kryją za tymi bramami?”
Serce mi przyspiesza. „Pałac?”
„Mam na myśli samą noc.” Podaje mi rękę. „Weź ją w pożyczkę. Nie zauważy tych godzin, które zabierzemy.”
Patrzę na jego rękawiczkowane palce. „Kim jesteś?”
„Nikim ważnym.” Słychać nutę śmiechu w jego głosie. „Może syn służącej. Głupiec goniący za iskrami.”
„Nie powinnam,” szepczę, choć puls mnie zdradza.
Zbliża się jeszcze, głos ledwie szeptem. „To zrób to właśnie dlatego, że nie powinnaś.”
Prowadzi mnie przez wąskie boczne przejście, pod kamiennym łukiem, obok służących, którzy nie zwracają na nas uwagi. Wewnątrz pachnie cedrem i winem. Przemykamy do komórki oświetlonej skośnym światłem wpadającym przez wysokie okno.
Nie mogę powstrzymać cichego śmiechu. „Rzeczywiście dobrze znasz zakazane korytarze.”
„Mówiłem ci,” wskazuje stojak z sukniami. „Służące szepczą mi wszystkie swoje sekrety.”
Zdejmuje z haka suknię—granatową, obszytą srebrną nicią. „Ta,” mówi, podając ją. „Wygląda, jakby znała twoje imię.”
Dotykam tkaniny, zachwycona. „A jak ty się nazywasz, nieznajomy?”
Uśmiecha się szeroko. „Dziś to nieważne.”
Kiedy wychodzę zza kotary, suknia leży na mnie cudownie dobrze, a on patrzy o uderzenie serca za długo. Powietrze między nami aż drży.
„Piękna,” szepcze. „Wyglądasz, jakbyś należała do tego pałacu.”
„Nie mam tu prawa przebywać,” odpowiadam, ale nawet dla mnie mój głos brzmi daleko.
Podchodzi bliżej, jego oddech miesza się z moim. „Wybacz, że myślę inaczej.”
Przestrzeń zanika. Jego usta dotykają moich z potrzebą, która mnie zaskakuje—pytaniem, nie żądaniem. Powinnam się odsunąć. Nie robię tego. Moje dłonie odnajdują jego ramiona; rękawiczkowane palce muskały moją szczękę, potem talię. Przez chwilę czuję się lekka, jakby sama noc wstrzymała dla nas oddech.
Wpadamy przez kolejne drzwi, śmiejąc się cicho, bez tchu, do pomieszczenia pełnego aksamitnych zasłon i złoconych luster. Zapach cedru jest tu mocniejszy. Muzyka zza okna cichnie, zostaje tylko nasz oddech.
Przyciska czoło do mojego. „Powinniśmy iść,” szepcze.
„Albo zostać,” odpowiadam równie cicho. „Jeszcze chwilkę.”
Patrzy na mnie—naprawdę patrzy—i coś się zmienia w tych zielonych oczach, które widziałam przez maskę. Jego dłoń znów odnajduje moją, lekko drżącą. I przez ułamek sekundy nie istnieje nic prócz ciepła jego skóry i
pulsu w moim gardle.
Podnosi maskę i całuje mnie. I ja całuję jego. Noc się wokół nas rozpływa. Czas się zagina. Gwiazdy mogłyby zgasnąć, a ja bym tego nie zauważyła.
***
Nagły wybuch trąb rozdziera powietrze. Odsuwa się natychmiast, oczy szeroko otwarte.
„Bal otwarcia—muszę—” Chwyta porzucony płaszcz, niezdarnie zapina guziki. „Wybacz mi.”
„Zaczekaj—twoja—” Sięgam do niego, bez tchu, ale przyciska szybki pocałunek do mojego nadgarstka.
Znika tak nagle, jak się pojawił, wirując w ciemnym jedwabiu przez drzwi.
Pokój znowu cichnie. Moja pierś unosi się i opada zbyt szybko. Odwracam się, oszołomiona, próbując się uspokoić. Wtedy to widzę—na pomiętej pościeli przy łóżku: pierścień. Ciężki, ozdobny, z herbem, który rozpoznaję z królewskich sztandarów.
Zanim zdążę pomyśleć, zza drzwi rozlega się krzyk. „Kontrola! Otwierać w imieniu straży!”
Ściskam pierścień mocniej i biegnę—na bosaka, z bijącym sercem—przez zacienione przejście, z dala od głosów i narastającego dźwięku trąb.

Cursed to Love His Majesty
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101