

Opis
Gianna Rossi spedzila dwa lata, szorujac podlogi dla braci Moretti - trzech bossow mafii, ktorzy patrzyli na nia tak, jakby byla niewidzialna. Potem jej rodzice sprzedali ja na aukcji, by splacic dlugi hazardowe ojca. Ci, ktorzy ja kupili? Ci sami bracia, ktorym sluzyla. Teraz Gianna nie jest juz pokojowka. Stala sie czyms zupelnie innym - nagroda schwytana pomiedzy Luca, lodowato zimnym najstarszym, ktory bez wahania kieruje imperium; Matteo, czarujacym srodkowym bratem, ktorego usmiech obiecuje grzech i zgube; oraz Santo, posepnym najmlodszym, ktorego lagodnosc moze okazac sie najbardziej niebezpieczna ze wszystkiego. Daja jej jedna zasade: wybierz. Jednego brata. Jedno lozko. Jedna przyszlosc. Ale gdy Gianna porusza sie po ich swiecie krwi, lojalnosci i plonacego pozadania, odkrywa, ze wybor moze kosztowac ja wiecej, niz kiedykolwiek kosztowala ja uleglosc. Bo bracia Moretti nie dziela sie. A Gianna ma dosc bycia wlasnoscia.
Rozdział 1
Feb 28, 2026
Siedzę po turecku na swoim dziecięcym łóżku, plecami oparta o wezgłowie, obserwując, jak mój najlepszy przyjaciel Nico wierci się, jakby czekał na pluton egzekucyjny.
Mój pokój wciąż ma te same lawendowe ściany, co wtedy, gdy miałam czternaście lat, ten sam wyblakły plakat jakiegoś boysbandu, którego nawet nie pamiętam, żebym lubiła. W rogu tapeta odłazi, tam gdzie wilgoć dobrała się do niej lata temu, nigdy nie chciało mi się tego naprawić.
Nico był moim cieniem odkąd mieliśmy sześć lat – te same zdarte kolana, te same sekrety, te same lepkie, letnie popołudnia, kiedy dzieliliśmy się lodami na moim ganku.
Zna moje drugie imię, mój lęk przed burzą, dokładnie wie, jak piję kawę. Dziś wieczorem jego dłonie drżą, gdy po raz setny poprawia okulary, a ja już wiem, co zaraz powie, zanim jeszcze otworzy usta.
Wiedziałam od tygodni, może miesięcy.
Po tym, jak za długo zwleka przy pożegnaniach. Po tym, jak patrzy na mnie, gdy myśli, że nie patrzę. Po tym, jak jego głos mięknie i staje się dziwny, kiedy wypowiada moje imię.
"Gigi..." Ochrząkuje i jego głos łamie się, jakbyśmy byli znowu w gimnazjum. "Ja... zawsze... wiesz, ja..."
Pauza ciągnie się boleśnie, wypełniona tylko buczeniem starego kaloryfera i odległym dźwiękiem przejeżdżającego samochodu na ulicy poniżej. Chcę mu pomóc, sama dokończyć zdanie, by zakończyć tę agonię, ale nie robię tego.
Jakaś okrutna część mnie musi zobaczyć, czy poradzi sobie sam.
"Kocham cię." Słowa wypadają z niego w pośpiechu, jakby zrywał plaster. "Tak, naprawdę cię kocham. Czy... zostaniesz moją dziewczyną?"
To wyznanie wisi między nami, małe i drżące, a ja czuję tylko falę zażenowania z drugiej ręki, wymieszaną z czymś bliskim rozczarowania.
Chciałam coś poczuć. Motylki. Iskrę. Cokolwiek, co powiedziałoby mi, że to jest właściwe, że Nico jest odpowiedzią na jakieś pytanie, które zadawałam sobie przez całe życie.
A zamiast tego jest tylko Nico, słodki, znajomy i zupełnie nieinspirujący. Ten sam chłopak, który w zerówce jadł klej, teraz prosi mnie, żebym została jego dziewczyną, z odwagą szczeniaka po burzy.
"Nico," mówię, układając twarz w delikatny uśmiech, który dopracowałam na takie właśnie chwile, "jesteś moim najlepszym przyjacielem. Nie chcę tego stracić."
Mówię prawdę. Przeważnie.
Na litość boską, to było najsłabsze wyznanie w moim życiu. Bez wstępu, bez odwagi, tylko mokre, szczenięce oczy i trzęsące się dłonie.
Dlaczego wszyscy mężczyźni, których znam, są zrobieni z mokrej bibuły?
Trochę siebie nienawidzę za to myślenie, ale nic nie poradzę.
Nico kiwa głową, zdruzgotany, ale rozpaczliwie starający się tego nie okazać, szczęka zaciśnięta, jakby fizycznie powstrzymywał łzy.
"Tak, nie, rozumiem. To... tak. Przyjaciele. Spoko." Wstaje gwałtownie, prawie przewracając moje krzesło przy biurku. "Powinienem już iść. Jest późno. Dobranoc, Gigi."
"Dobranoc," powtarzam cicho i słucham, jak jego kroki nikną na schodach.
Drzwi wejściowe zatrzaskują się za nim dźwiękiem ostateczności.
Opadam na poduszki i wpatruję się w sufit, śledząc pęknięcia w tynku, które znam na pamięć od dziecka. Gdzieś tam, myślę, muszą być mężczyźni, którzy nie drżą, kiedy proszą o to, czego chcą.
Mężczyźni z kręgosłupem. Mężczyźni, którzy biorą, zamiast błagać. Mężczyźni, którzy spojrzeliby mi w oczy i powiedzieli „Chcę cię” jakby to był fakt, a nie pytanie.
"Gianna." Głos mojej matki przebija się przez ciszę z dołu. Za spokojny. Skontrolowany w ten sposób, który oznacza, że zaraz wydarzy się coś strasznego. "Chodź tutaj. Musimy porozmawiać."
Znajduję ją przy kuchennym stole, dłonie oplecione wokół kubka kawy, która dawno wystygła. Światło w kuchni jest ostre, nieprzyjemne, brzęczy cicho jak zawsze – od trzech lat planujemy wymienić tę żarówkę.
Nigdzie nie widać mojego ojca. Pewnie w restauracji, w barze albo gdziekolwiek znika, gdy rzeczywistość staje się zbyt ciężka.
Ale mama nie płacze przez to. Nigdy nie widziałam mojej matki płaczącej. Nie wtedy, gdy zmarła Nonna, nie gdy złamałam rękę spadając z płotu sąsiadów, nigdy.
Po prostu siedzi tam sztywna, rozkładając pomarszczone papiery na stole jak zdjęcia z sekcji zwłok.
"Co to wszystko?" Siadam na krześle naprzeciwko niej, przeglądając dokumenty.
Wyciągi bankowe tonące w czerwonej farbie. Monity windykacyjne z groźnymi nagłówkami. List od prawnika, który sprawia, że żołądek spada mi do samych stóp.
"Pizzeria jest bankrutem." Jej głos jest płaski, kliniczny, jakby czytała listę zakupów. "Trzy pokolenia Rossich – chleb i sos – a twój ojciec wszystko przegrał."
"Jak to… przegrał?"
"Jego bukmacher już krąży." W jej tonie jest coś, co zamraża mi krew w żyłach. "To nie przenośnia, Gianna. Naprawdę krąży. Tacy ludzie, którzy łamią rzeczy, które nie odrastają."
Patrzę na nią, próbując to przetrawić.
Pizzeria. Nasze rodzinne dziedzictwo.
Miejsce, gdzie nauczyłam się wałkować ciasto, gdzie babcia przekazała mi swój sekretny przepis na sos, gdzie trzy pokolenia Rossich zbudowały coś prawdziwego. Koniec.
"Ile on jest winien?"
"Więcej, niż kiedykolwiek będziemy mieć. Mamy sześćdziesiąt dni, zanim stracimy wszystko. Restaurację. Dom..." Zawiesza głos i w końcu patrzy mi w oczy. Są puste. Wydrążone. "Może więcej. Może kości."
Serce mi wali, panika wspina się po gardle jak żywa istota.
"Nie możemy tego stracić... Mogę pomóc, zrobię wszystko," mówię i czuję to w każdej komórce ciała. "Powiedz mi, jak możemy to naprawić. Znajdę inną pracę. Dwie. Trzy. Przerwę—"
"Zrobisz to," przerywa mi. "Na tym to polega."
Te słowa zamrażają mnie w miejscu. Nie sama zgoda, ale... sposób, w jaki to mówi. Jakby już wszystko zostało postanowione. Jakby jakiś układ już zapadł, a ja właśnie teraz dowiaduję się, jaka jest moja rola.
Śmieję się krótko, ostro, niewierząc. "Co to niby znaczy? Co ty mówisz?"
Ale mama nie odpowiada. Po prostu wstaje, odsuwa krzesło z przeciągłym zgrzytem, który roznosi się po cichej kuchni, i odchodzi bez słowa. Jej drzwi do sypialni zamykają się, słyszę klik zamka.
Siedzę tam długo, patrząc na liczby, które oznaczają zagładę mojej rodziny, próbując nadać im inne znaczenie. Nie mają.
W końcu wchodzę po schodach do pokoju. Przebieram się w piżamę. Myję zęby. Przechodzę przez wszystkie gesty zwykłego wieczoru, bo co innego mogę zrobić?
Cokolwiek mama zaplanowała, jakakolwiek cena została ustalona, poradzę sobie. Jestem silna. Jestem Rossi.
Idę spać z uśmiechem, bo przecież córki mają ratować swoje rodziny, prawda? Od tego są dobre córki. Poświęcają się. Znaczą się.
Uśmiech zostaje zamrożony na mojej twarzy jeszcze długo po tym, jak łzy zaczynają płynąć.

From Their Maid to Their Obsession
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101