

Opis
Gdy menedzerka Angie Blake przylapuje swojego meza-artyste na romansie z byla przyjaciolka Hannah, szok jej nie lamie-on ja budzi. To, co zaczyna sie jako odwet, przeradza sie w niebezpieczny eksperyment wladzy, pozadania i zgody, gdy Angie wciaga oboje kochankow w trojkat, ktorym zamierza kierowac. Tworczosc Andrew nabiera rozglosu-krytycy zaczynaja sie interesowac, rodzi sie odwazna nowa wystawa-a dlugi, tajemnice i lojalnosci Hannah placza te trojke na sposoby, ktorych zadne z nich sie nie spodziewa.
Rozdział 1
Oct 16, 2025
POV Angie
Sypialnia lśniła bursztynowym blaskiem, cienie wydłużały się po kremowych ścianach. To był koniec długiego i ciężkiego tygodnia pisania, czytania i sprawdzania umów, zarządzania dziesiątkami ludzi oraz radzenia sobie z wszelkiej maści manipulacyjnymi, skrytymi i mściwymi draniami podczas negocjacji.
Siedziałam na brzegu naszego łóżka, dłubiąc palcami przy zapięciu kolczyka zaplątanego w fale moich brązowych włosów, podczas gdy Andrew przesuwał się za mną, materac westchnął pod jego ciężarem.
"Chodź tutaj," mruknął, przesuwając dłoń po mojej łopatce. Ten sam leniwy dotyk, który dopracował przez lata — artystyczna pieszczota, która kiedyś wywoływała u mnie dreszcze. Teraz czułam się, jakby głaskał mnie senny kot. "Pracowałaś cały dzień. Pozwól, że pomogę ci się zrelaksować."
"Andrew—"
"Ciii." Jego usta znalazły moją szyję, całując to samo miejsce co zawsze, tuż pod uchem. Jego oddech był gorący i wyćwiczony. "Nie kochaliśmy się od tygodni, Angie. Nie tęsknisz za tym? Za nami?"
Tęsknię, ale nie za tą połowiczną wersją, która jest teraz.
Jego dłonie sunęły po moich ramionach, podążając według scenariusza, który sam sobie napisał — wrażliwy artysta-mąż, taki troskliwy, taki namiętny. Ta rutyna kiedyś działała. Wtedy, gdy jego beztroska wydawała się wolnością, a magnetyzm — grawitacją, w którą chciałam się rzucić.
Ale teraz nie wzbudzał we mnie nic poza nudą i irytacją jego wyuczonymi, beznamiętnymi próbami.
"Jestem zmęczona," i naprawdę byłam — by tłumaczyć, jak bardzo jest ślepy na mnie i moje potrzeby. Wstałam, by odłożyć kolczyki do pudełka.
"Zawsze jesteś zmęczona." W jego głosie pojawiła się nuta skargi, ten szczególny ton zranionej męskości. "Każdej nocy coś. Za zmęczona, za zestresowana, za zajęta. A ja, Angie? Co z tym, czego ja potrzebuję?"
"Czego ty potrzebujesz," powtórzyłam, patrząc na niego w lustrze. Nawet z nadąsaną miną był przystojny — ciemne, kręcone włosy opadały artystycznie na czoło, te dłonie malarza, które kiedyś mapowały moje ciało jak płótno. "Powiedz mi, Andrew. Czego dokładnie potrzebujesz?"
"Mojej żony. Potrzebuję, żeby moja żona znów mnie pragnęła." Opadł z powrotem na poduszki, odgrywając żal. "Czy to takie straszne? Chcieć poczuć się pożądanym przez kobietę, którą poślubiłem?"
"Nie," powiedziałam, idąc do łazienki. "To nie jest straszne. Po prostu dziś wieczorem to się nie wydarzy."
"Niewiarygodne." Jego głos podążał za mną przez zamykające się drzwi. "Po prostu niewiarygodne."
Zamknęłam za sobą drzwi do łazienki, opierając się o nie. Chłód drewna przesączał się przez koszulę, stanowiąc wyraźny kontrast z gorącym napięciem w sypialni. Wpatrywałam się w swoje odbicie w lustrze, echo jego słów wciąż dźwięczało mi w uszach.
Ranek nadszedł owinięty w Andrewową ciszę. Poruszał się po kuchni jak człowiek ze szkła, kruchy i przezroczysty. Kawa nalana — dla mnie żadnej. Tost posmarowany masłem z gwałtowną precyzją. Każdy gest wrzeszczał o jego niezadowoleniu, choć nie wypowiedział ani słowa.
"Wychodzę," oznajmił w końcu, sięgając już po kurtkę.
"Dokąd?"
"Muszę... do miasta, wiesz. Połazić. Znaleźć..." Machnął ręką nieokreślenie, jakby wyławiał słowa z powietrza. "Inspirację. Nowe perspektywy. To moje zwykłe błądzenie."
Słowa ledwo się trzymały, spółgłoski zderzały się z samogłoskami jak obcy na zatłoczonej ulicy. Ale nie zależało mi już na dociekaniu.
"Dobrze."
"Nie czekaj na mnie." Zatrzymał się przy drzwiach, być może oczekując, że zaprotestuję, odegram swoją rolę w naszym zużytym dramacie. Kiedy milczałam, wyszedł, a drzwi zamknęły się za nim z ostatecznym kliknięciem.
Mieszkanie rozrosło się w jego nieobecności, oddychało swobodniej. Przechodziłam przez dzień nieskrępowana — kawa, która wystygła, książka porzucona po trzech stronach, lunch zapomniany na blacie. Wieczorem ściany znów się przybliżyły, a niepokój pełzał pod skórą.
Ubierałam się bez zastanowienia — dżinsy, jedwabna bluzka, skórzana kurtka, którą Andrew kupił mi trzy urodziny temu. Miasto wołało, nie moimi zwykłymi trasami, ale zapomnianymi zakamarkami, ulicami, które mijałam, ale nigdy po nich nie chodziłam. Umierające słońce malowało wszystko na złoto i cień, gdy zapuszczałam się głębiej w dzielnice, gdzie między bodega wyrastały butiki, gdzie gentryfikacja jeszcze nie wygrała swojej wojny.
Wystawy sklepowe płonęły obietnicami: "Odmień swoje życie!" "Znajdź swoje szczęście!" "Gwarancja szczęścia!" Każda reklama bardziej desperacka od poprzedniej, sprzedając radość, jakby można ją było zamknąć w butelce.
Tłum ludzi przerzedził się, gdy skręciłam w spokojniejszą ulicę. Wtedy to usłyszałam—ten śmiech. Śmiech Hanny, jasny jak pękające szkło, nie do pomylenia nawet po trzech latach milczenia między nami.
Stała przed francuską kawiarnią, odmieniona. Nie było już Hanny w za dużych swetrach, narzekającej na swoje uda. Ta Hanna lśniła—czerwone usta jak świeża krew, sukienka, która wielbiła jej kształty, włosy ułożone w fale, łapiące światło latarni jak drut miedziany.
A obok niej, pochylony z tym znajomym przechyłem głowy, stał mój mąż.
Andrew mówił szybko i namiętnie o czymś, gdy nagle zamilkł, jakby oniemiał, jakby poraził go piorun.
— Czuję się na artystycznym szczycie, wiesz? — Jego twarz rozjaśniła się uśmiechem, głos zadrżał czułością. — Dzięki tobie. To twoja zasługa. — Jego dłoń uniosła się, by dotknąć jej twarzy, kciukiem musnął jej kość policzkową. — Jesteś moją nową muzą.
Uśmiech Hanny wyostrzył się, stał się drapieżny. — Twoją muzą? Ależ to artystyczne z twojej strony.
— Powinienem się odwdzięczyć. — Jego głos stał się niższy, intymny, taki, jaki kiedyś zarezerwował tylko dla mnie. — Wiesz, o co mi chodzi.
— Oczywiście, że wiem, o co ci chodzi. — Jej dłoń przesunęła się po jego klatce piersiowej, palce zacisnęły się na jego koszuli. — Pytanie, czy potrafisz dotrzymać wszystkich tych obietnic.
— Pozwól, że ci pokażę.
Pocałunek, który nastąpił, nie przypominał tych obowiązkowych cmoknięć, jakie ostatnio mi dawał. To był głód, desperacja; jego dłonie wplątały się w jej włosy, ona przywarła do niego, jakby chciała wejść pod jego skórę. Jego usta przesunęły się na jej gardło; westchnęła. Tam, na ulicy, pod neonowym blaskiem butikowych szyldów, mój mąż pożerał moją dawną przyjaciółkę z pasją, którą twierdził, że zabiłam.
Najpierw uderzył ból—nóż między żebrami, ostry i precyzyjny. Zdrada. Upokorzenie. Żałosny komizm całej sytuacji.
Ale potem, pod tym wszystkim, eksplodowało coś jeszcze.
Wściekłość.
Czysta, zimna wściekłość, która przepalała odrętwienie jak kwas tkaninę. Moje ręce zacisnęły się w pięści, paznokcie wbijały się w półksiężyce na moich dłoniach. Krew dudniła mi w uszach. Każde zakończenie nerwowe zapłonęło, elektryczne od furii.
Mgła, w której tkwiłam od lat, zaczęła się wypalać. Kolory płonęły jaśniej—czerwone usta Hanny, fioletowy zachód słońca, złote światło wylewające się z witryn sklepów. Dźwięki się wyostrzyły—ich wilgotne pocałunki, jej ciche jęki, jego szeptane obietnice. Moje ciało drżało energią, o której istnieniu zapomniałam.
Chciałam ich rozerwać. Chciałam złapać Hannę za jej doskonale ułożone włosy i roztrzaskać jej twarz o ceglaną ścianę. Zobaczyć minę Andrew, kiedy zobaczy mnie stojącą tam, kiedy zrozumie, że jego gra dobiegła końca.
Przemoc rodziła się szybko i wyraźnie w mojej głowie, każda wizja niosła ze sobą kolejny zastrzyk adrenaliny. Po raz pierwszy od lat serce biło mi z konkretnym celem.
Odwróciłam się, zanim mogli mnie zauważyć, ale nie ze wstydu czy strachu. Widziałam już wystarczająco. Prawda została mi wręczona jak prezent, opakowana w ich publiczną demonstrację.
Przeszłam przez miasto w umierającym świetle dnia, a wszędzie wokół świat zdawał się wyznawać swoje zdrady.
— Powiedział, że musi zostać dłużej w pracy — szlochała kobieta do telefonu przed wine barem. — Sześć miesięcy, wyobrażasz to sobie?
Dziewczyna, może dwudziestoletnia, siedziała na schodach kamienicy z rozmazanym tuszem na policzkach. — Dwa lata — mówiła do przyjaciółki. — Dwa lata, a on przez cały czas pieprzył moją współlokatorkę.
Każdy okruch cierpienia dokarmiał coś ciemnego i głodnego we mnie. Ich złamane serca, żałosne próby trzymania ludzi, którzy już dawno puścili — wszystko to wlewało się w moje żyły jak paliwo w silnik.
Kiedy dotarłam do naszego mieszkania, noc połknęła już miasto. W designerskiej kuchni pod moją skórą buzowała elektryczność.
Wściekłość ostygła, zamieniając się w cel i wyostrzając każdy kant. Andrew w końcu się doczołga, z szminką Hanny na kołnierzu, ustami ćwiczącymi wymówki: „To miasto przemawia do artystów”, jakbym ja nie nauczyła się jego języka.
Niech się cieszą swoim triumfem. W ciemnym szkle zobaczyłam kobietę odmienioną — zmęczenie wypalone do cna, na jego miejsce coś chude i niebezpieczne. Złość była lepsza niż jakikolwiek narkotyk. Wypełniała wszystkie puste miejsca.
Moje zmysły wyostrzyły się, zmieniając w instynkt łowcy. Po raz pierwszy od lat poczułam się cudownie, gwałtownie żywa.
Nie zamierzałam go rzucić, nie zamierzałam jej zwyzywać. To nie wystarczyło. Chciałam ją zabić, jego pożreć i upokorzyć ich oboje.

From Wife To Mistress
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101