

Opis
Sloane Imler jest polkrwi w swiecie, ktory nie wybacza mieszanej krwi. Akademia Blackmoor miala byc nowym poczatkiem - miejscem, gdzie moglaby udowodnic, ze jest kims wiecej niz brudnym sekretem swojego brata i cichym wstydem ojca. Zamiast tego od pierwszego dnia staje sie celem. Zbyt ludzka dla wilkow. Zbyt wilcza dla wampirow. Nikt jej nie chce. Zwlaszcza Rhys Vance. Dziedzic wampirow. Najwiekszy rywal jej brata. Okrutny, piekny i zdeterminowany, by zamienic jej zycie w pieklo. Ale okrucienstwo ma szczeliny. A rzeczy, ktore Sloane zaczyna dostrzegac w ksieciu wampirow, nie pasuja do potwora, za jakiego sie podaje. Cos sie nie zgadza - jego slowa mowia jedno, jego czyny drugie, a niebezpieczne przyciaganie miedzy nimi staje sie coraz trudniejsze do zignorowania. W Blackmoor zla krew moze sprawic, ze cie wyklucza. Zly sekret moze kosztowac zycie. A pragnienie niewlasciwej osoby? Moze oznaczac i jedno, i drugie.
Rozdział 1
Mar 2, 2026
POV Sloanne
"Mogę cię podwieźć."
Kluczyki mojego ojca są już w jego dłoni, razem z tym ostrożnym wyrazem twarzy—tym, który przybiera, gdy stara się być obecny, nie przyznając, dlaczego ta obecność jest ważna.
"Pojadę autobusem."
"Sloane…"
"Muszę zrobić to sama." Moje palce zaciskają się na pasku torby, aż skóra wbija się w dłoń.
To, co naprawdę mam na myśli, to: muszę udowodnić, że potrafię przetrwać gdzieś bez ciebie, który zawsze wyrównujesz mi drogę.
A także: przestań patrzeć na mnie tak, jakbym już ponosiła porażkę.
Odkłada kluczyki. Kiwa głową i nie dyskutuje dalej.
Nigdy właściwie nie dyskutuje. Ani o moim bracie Graysonie. Ani o tym, jak wataha szepcze za moimi plecami. Ani o niczym, co wymagałoby od niego faktycznej walki o swoją półkrwistą córkę.
On po prostu odpuszcza. Więc ja odchodzę.
W autobusie pachnie dieslem i czyimś niedojedzonym śniadaniem. Opieram czoło o szybę i patrzę, jak przedmieścia przerzedzają się w las, zwyczajność ustępuje miejsca starożytności w czterdzieści pięć minut.
Pakiet powitalny leży otwarty na moich kolanach—cztery wydziały, cztery grupy gatunkowe, moja to Wampiry i Wilkołaki. Większość ludzi nigdy nie dowie się o istnieniu Blackmoor. Poznajesz tę szkołę tylko wtedy, gdy urodziłeś się nadnaturalny, ożeniłeś się z kimś z tego świata albo, jak w przypadku mojej matki, wpadłaś w ramiona wilkołaka i urodziłaś półkrwistą córkę, którą wataha najchętniej by zapomniała.
Żelazne bramy Akademii Blackmoor rozchylają się, jakby czekały na mnie—chociaż wcale nie czekały. Nikt tutaj na mnie nie czekał, i tak właśnie wolę.
Kampus rozpościera się przede mną w gotyckim przepychu—kamienne budynki porośnięte bluszczem, gargulce na każdym rogu, jakby osobiście urażone moimi wyborami garderoby.
Grupa studentów przechodzi przez główny dziedziniec, ich ruchy zbyt płynne, zbyt precyzyjne. Wilkołaki, oczywiście. Poznaję to po tym, jak chodzą w szyku, wataha nawet wtedy, gdy idą tylko na zajęcia.
Sprawdzam pakiet powitalny po raz trzeci. Każdy budynek wygląda, jakby mógł być główną wieżą, a "lewo" stało się pojęciem, któremu już nie ufam.
"Wyglądasz na zagubioną."
Głos dobiega zza mnie—niski, gładki, z odrobiną rozbawienia, które sprawia, że prostuję plecy.
Odwracam się i moje płuca zapominają, jak się oddycha.
Ciemne włosy opadające na czoło, olśniewające szare oczy, które łapią światło i nie chcą go oddać. Linia szczęki ostra jak brzytwa, kości policzkowe jeszcze ostrzejsze. Taka twarz, po której zaczynasz rozumieć, dlaczego ludzie piszą tragiczne wiersze.
"Nie jestem zagubiona." Kłamstwo tak oczywiste, że ledwie można to uznać za słowa. "Po prostu… mam chwilowy problem z orientacją przestrzenną."
Jego usta wyginają się. Nie do końca uśmiech, ale na tyle blisko, że moje palce mocniej zaciskają się na pakiecie powitalnym. "Problem z orientacją przestrzenną. To nowość."
"Jestem bardzo kreatywna w zaprzeczaniu."
Teraz naprawdę się uśmiecha—pełnym, prawdziwym uśmiechem, skierowanym wyłącznie do mnie. Coś głęboko w moim brzuchu się zaciska.
"Jesteś nowa," mówi. To nie pytanie.
"Aż tak to widać?"
"Trzymasz mapę do góry nogami."
Zerkam na pakiet. Ma rację. Ciepło wpełza mi na kark, ale on już podchodzi bliżej. Na tyle, że czuję jego zapach—coś zimnego i drogiego, jak zimowe noce w miejscach, w których nigdy nie byłam.
"Rejestracja jest w tę stronę." Kiwając głową w kierunku kamiennego budynku. "Pójdę z tobą."
"Nie musisz—"
"Wiem." Jego oczy spoczywają na mojej twarzy. Ustach. Linii szyi. "Chcę."
Ruszamy razem, mijając ogromny stadion, który dominuje nad wschodnią częścią kampusu. Przez otwarte bramy dostrzegam murawę—lśniące bramki, złote i srebrne banery zwisające ze ścian.
"Grasz?" Wskazuję głową stadion.
"Rozgrywający Kłów." Mówi to tak swobodnie, jakby bycie rozgrywającym nadprzyrodzonej drużyny futbolowej wampirów było zwykłym hobby. "Pierwszy mecz sezonu już w przyszłym tygodniu. Wilki kontra Kły."
"Niech zgadnę—starożytna rywalizacja, krwawe waśnie, dramatyczne pokazy w przerwie, podczas których ktoś na pewno zostaje okaleczony?"
"Szybko łapiesz." Znów ten uśmiech i mój puls robi coś głupiego. "Więc komu będziesz kibicować?"
"Jeszcze nie zdecydowałam. Przekonaj mnie."
Zatrzymuje się i odwraca w moją stronę, a ciężar jego uwagi przygniata moją skórę niczym coś namacalnego.
„Wilki są dobre. Zdyscyplinowane. Wygrywają, bo słuchają rozkazów.” Podchodzi bliżej. „Kły wygrywają, bo jesteśmy lepsi.”
„Skromność też cię cechuje.”
„Pewność siebie to nie arogancja, jeśli potrafisz ją udowodnić.” Jego głos łagodnieje. „Trzymaj się właściwej drużyny, a nie pożałujesz.”
„A przez właściwą drużynę masz na myśli…”
„Oczywiście Kły.” Jego szare oczy wpatrują się w moje. „Dbamy o swoich.”
Te słowa uderzają mnie gdzieś za żebrami. Dbać o swoich.
Nigdy nie byłam czyjąś własną. Nikt nigdy o mnie nie dbał, poza ojcem, a i to zawsze podszyte było winą i unikaniem.
„Jestem Sloane, tak w ogóle” – słyszę, jak mówię.
„Rhys.” Wyciąga rękę. „Rhys Vance.”
Jego palce zamykają się na moich — chłodna skóra przy moim cieple — a ten kontakt rozchodzi się dreszczem wzdłuż ramienia. Żadne z nas nie puszcza, kiedy stoimy przed Halą Rejestracji i nie potrafię zmusić się, by zrobić krok do wejścia.
Wtedy cień pada na nas oboje. „Sloane.”
Głos mojego brata przecina tę chwilę i wyrywam dłoń zbyt gwałtownie.
Grayson stoi trzy stopy dalej, złoty i doskonały w koszulce Wilków. Pokonuje dystans dwoma krokami, obejmując mnie ramieniem w geście, który z daleka wygląda na opiekuńczy.
Jego palce wgniatają się w moją obojczyk tak mocno, że muszę zacisnąć szczęki, żeby nie skrzywić się z bólu.
„Dzięki, że ją oprowadziłeś, Vance.” Uśmiech Graysona nie sięga jego oczu. „Dalej już się tym zajmę. Siostra właśnie przyjechała—muszę ją ulokować.”
Wyraz twarzy Rhysa się zmienia i ciepło znika z jego oblicza, jakby ktoś wyciągnął korek. Jego spojrzenie przechodzi z Graysona na mnie i coś klika w tych szarych oczach.
„Imler” – mówi wolno. „Nie wiedziałem.”
„A czemu miałbyś?” Uścisk Graysona się zacieśnia. „Była nauczana w domu. Trzymana z dala od spraw watahy. Wiesz, jak to jest z… delikatnymi.”
Pauza przed „delikatnymi” jest celowa.
Podobnie jak napięcie szczęki Rhysa.
„Witamy w Blackmoor.” Rhys patrzy na mnie jeszcze raz. Cokolwiek widział wcześniej—zainteresowanie, iskrę, możliwość—zniknęło.
Jego twarz to kamień, kiedy odwraca się i odchodzi, nie oglądając się za siebie. Grayson prowadzi mnie za róg i w chwili, gdy znikamy z pola widzenia, jego uścisk staje się brutalny.
„Co ty, kurwa, sobie wyobrażasz?”
„Rozmawiałam z kimś.” Mój głos brzmi ciszej, niż bym chciała. „To też jest zabronione? Jestem zbyt półkrwi, żeby porozmawiać z przystojnym facetem, który był dla mnie miły?”
„Masz w ogóle pojęcie, kto to jest?” Śmieje się, ale nie ma w tym śmiechu. „Rhys Vance. Kapitan Kłów. Ja jestem kapitanem Wilków. Od pierwszego roku jesteśmy sobie wrogami, a ty jesteś tu pięć minut i już z nim flirtujesz, gdzie każdy może to zobaczyć!”
„Nie flirtowałam…”
„Wiesz w ogóle, jak to wygląda?”
Puszcza mnie z takim impetem, że się cofam. Moja torba ześlizguje się z ramienia i spada na ziemię.
„Spędziłem tutaj lata na budowaniu swojej reputacji. Lata, Sloane. A moja siostra półkrwi pojawia się i od razu zbliża do wroga.”
Słowo półkrwi uderza jak policzek. Nigdy jeszcze nie powiedział tego w taki sposób—jakby ten wyraz miał zgniły smak. Siostra półkrwi.
Pół człowieka. Pół wilkołaka.
Brudny sekret, o którym nasza rodzina udaje, że nie istnieje. „Grayson, nie wiedziałam…”
„To jest, kurwa, problem.”
Poprawia swoją koszulkę, znowu przybierając pozę złotego syna, jakiego oczekują wszyscy.
„Nie masz pojęcia, jak to tutaj działa. Więc będzie tak: znajdziesz swój pokój, będziesz tam siedzieć, dopóki nie przyjdę i nie wyjaśnię zasad, i nie rozmawiasz z nikim, dopóki się ze mną nie skonsultujesz.”
Jego złote oczy wwiercają się w moje, gdy pochyla się bliżej, a ja czuję się jeszcze mniejsza.
„Zwłaszcza z wampirami. Zwłaszcza z nim.”
„Nie jestem dzieckiem…”
„Jesteś zagrożeniem.” Nie ma nic braterskiego w jego głosie. „Zrozumiałaś?”
Nie odpowiadam i on nawet na to nie czeka. Grayson odwraca się i odchodzi, już wyciąga telefon, już zajmuje się ważniejszymi sprawami niż siostra, która komplikuje mu życie samym swoim istnieniem.
Boli mnie ręka w miejscu, gdzie mnie ścisnął. Jutro będą siniaki—zawsze są, zawsze były, pewnie zawsze będą. Schylam się, by podnieść torbę, a dłonie mi się trzęsą.
Myślę o uśmiechu Rhysa. O tym, jak zniknął w chwili, gdy usłyszał moje nazwisko. Nie wiem, czy jego oziębłość dotyczyła mojego pochodzenia, czy mojego brata.
Nie wiem, która odpowiedź bolałaby bardziej.

Halfblooded Princess
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101