

Opis
Kylie jest hybryda - pol-czarownica, pol-wilkolakiem - udajaca bezwilcza w stadzie, ktore zniszczyloby ja, gdyby poznalo prawde. Przez dwadziescia jeden lat tlumila w sobie wilka, udawala przecietnosc i trzymala sie jedynej zasady matki: pozostan niewidzialna. Jakos jej sie to udalo. Ledwo. Z jednym wyjatkiem, ktorego nie potrafi stlumic, udawac ani rozwiazac - przyszly alfa jest jej przeznaczonym partnerem, a za dwa tygodnie wybierze kogos innego. On nie wie, kim ona jest. Nigdy nie moze sie dowiedziec. Jedyne, co Kylie musi zrobic, to trzymac glowe nisko, wilka ukrytego gleboko i serce z dala od tego wszystkiego. Robila to cale zycie. Jak trudne to moze byc?
Rozdział 1
Jul 2, 2026
[Perspektywa Kylie]
„Gotowi… na miejsca… start!” – rozlega się klakson, ogłuszając mnie.
Tor przeszkód rozciąga się przede mną, czterdziestu siedmiu uczniów ustawionych i ocenianych na oczach wszystkich, którzy się liczą, a cała moja strategia polega na byciu agresywnie przeciętną. Biegnij wystarczająco szybko, by nikt nie zastanawiał się, dlaczego dziewczyna bez wilka się pojawia, wystarczająco wolno, by nikt nie myślał, jak nadąża.
Mam na to swój system. Ostrą jak brzytwa granicę, po której chodzę całe dwadzieścia jeden lat mojego życia — ostrożna przeciętność, która wymaga więcej wysiłku niż zwycięstwo kiedykolwiek by wymagało.
Pierwszy etap to bieg z przeszkodami — ściany, liny, czołganie się w błocie, które istnieje wyłącznie dla zabawy instruktorów. Przechodzę go w środkowej trzeciej, oddychając ciężej niż muszę, sprzedając każde ciężkie westchnienie.
Max Cornwell stoi na wschodniej platformie z nadzorującymi ranking, z notatnikiem w ręku, szczęką zaciśniętą tak, jak wtedy, gdy jest przyszłym alfą, a nie po prostu człowiekiem. Ciemne falujące włosy, przenikliwe niebieskie oczy — kolor burzowego nieba — i kości policzkowe, na których mogłabym się skaleczyć. Imponująca sylwetka — i zupełnie mi to nie pomaga.
Ma dwadzieścia trzy lata, dwa tygodnie do terminu na znalezienie przeznaczonej partnerki albo wybranie tej z wyboru. Cała wataha odlicza razem z nim. Ja też liczę, ale w moim wydaniu chodzi o śledzenie, jak światło pada na jego oczy pod tym konkretnym kątem, co jest zdecydowanie mniej produktywnym użyciem matematyki.
Podkochuję się w przyszłym alfie. To cała historia — zauroczenie, niewinne i głupie, takie, które nie potrzebuje wilka, więzi czy roszczenia, którego nigdy nie zrealizuję. Nie to inne słowo.
Rundy sparingowe przychodzą po lunchu i trafiam na dziewczynę Theta o imieniu Ava, która zdradza swój prawy sierpowy jak nowicjuszka. Unikam dwóch zamachów, pozwalam, żeby trzeci mnie trafił, i padam w ostatniej rundzie na podcięcie, które absolutnie widziałam nadchodzące.
„Jesteś szybsza niż wyglądasz”, mówi Ava, podając mi rękę, żeby pomóc mi wstać z maty. Jej uścisk jest lekki, niewzruszony — ta pewność, którą mają wszyscy, oprócz mnie — pewność, która wynika z tego, że nie trzeba się ograniczać.
„Niska poprzeczka.” Łapię ją, otrzepując kolana. „Ale doceniam wysiłek.”
Parska. Nikt inny nawet na nas nie patrzy, co jest dokładnie tak, jak powinno być — godna przegrana, podręcznikowa niewidzialność.
Max omiata wzrokiem ring, notując punkty. Przechodzi po mnie tak, jak po wszystkich innych, a moje serce robi coś, czego nie chcę nazwać.
Ostatni jest tor wytrzymałościowy — pięć okrążeń, z narastającą prędkością. Tu kontrola kosztuje najwięcej, bo moje ciało chce biec, nie truchtać. Wilczyca we mnie tęskni za tym od czasu, gdy tylko byłam na tyle duża, by czuć ją naciskającą za moimi żebrami, błagającą o coś, czego nie mogę jej dać.
Trzecie okrążenie. Dziewczyna przede mną — Jess, jedna z orbit Miny Walker — potyka się, albo udaje potknięcie, jej łokieć zahacza o barierkę toru i odchyla ją na moją ścieżkę, podczas gdy inne ciało spycha mnie na brzeg.
Sama Mina patrzy z bocznej linii, jej twarz wyraża uprzejme zmartwienie. To spodziewana wybranka Maxa, złota dziewczyna watahy — piękna w ten sposób, w jaki zawsze są piękne dziewczyny z prawdziwą władzą, jakby świat po cichu się przestawiał, by im ustąpić miejsca. Ona nigdy nie brudzi sobie rąk.
Moje kolano zahacza o przesuniętą barierkę i ląduję mocno na ziemi, dłonie rozdzierają się o nawierzchnię toru. Wilczyca gwałtownie wzbiera, by zamortyzować upadek, a ja odpycham ją tak mocno, że robi mi się biało przed oczami.
Kończę okrążenie na ostatnim miejscu. Dwudzieste trzecie spada na trzydzieste pierwsze. Żaden instruktor nie mówi ani słowa o krzywej barierce czy wygodnym zderzeniu.
Na platformie pióro Maxa zatrzymuje się na notatniku, patrzy na tor, potem na barierkę, potem z powrotem na swoje notatki. Widzi to — wiem, że widzi — i coś zapisuje, po czym przechodzi dalej.
„W porządku?” Dziewczyna po mojej lewej zwalnia na pół sekundy obok mnie, znika zanim odpowiem.
„Uwielbiam to. Jedzenie żwiru to moje całe hobby.” Już jej nie ma, ale żart jest dla mnie — alternatywą jest przyznać, że moje dłonie krwawią, a kostka się poddaje.
Wycieram dłonie o legginsy i wychodzę, jakby nic się nie stało. Tyle kosztuje bycie niewidzialną w watasze, która wyrzuciłaby nas jutro, gdyby wiedzieli, kim naprawdę jest moja matka — czarownicą, która udaje wilkołaczycę, odkąd poślubiła mojego ojca — i co to oznacza dla mnie.
Droga do domu zajmuje dwadzieścia minut. Spędzam je, przeliczając, jak bardzo dzisiejszy dzień zniszczył moją przykrywkę, obracając liczby w głowie, aż od nich boli mnie czaszka. Drzwi otwierają się na widok mojej matki stojącej w kuchni z założonymi rękami i ustami już ułożonymi do kłótni. Hope nie zna nieformalności.
„Powiedz mi,” mówi, „że przyszły alfa nie widział osobiście, jak dziś upadasz na twarz.”
„Cześć, mamo. Miło cię widzieć.” Odkładam torbę przy drzwiach. „Mam wspaniały dzień, dziękuję bardzo za—”
„ Kylie .” Jej głos schodzi w ton, który brzmi jak cierpliwość, choć jest bliżej klatki. „Widział cię?”
„ Wszyscy mnie widzieli.” Wpycham drżące ręce w rękawy. „Tak właśnie wyglądają publiczne próby.”
„Nie bądź ze mną sprytna.” Przechodzi przez kuchnię dwoma krokami i kładzie dłonie na moich ramionach, delikatnie i pewnie — tak jak trzyma mnie wtedy, gdy chce, żebym czuła się kochana, podczas gdy mnie rozkłada na części. „Miałaś być niewidzialna. To jedyna rzecz, o którą proszę.”
Słowa, które chcę wypowiedzieć, więzną mi w gardle. „Nic nie zrobiłam, mamo. Oni przyszli po mnie.”
„A ty pozwoliłaś , by cię zauważono.” Jej chwyt się wzmacnia. „Jeśli ludzie patrzą na ciebie , zaczynają patrzeć na nas . Iluzja ma granice, Kylie.”
Moje paznokcie wbijają się w dłonie schowane w rękawach, trafiając na rozcięcia z bieżni. „Wiem, że iluzja ma granice.”
„Naprawdę?” Jej głos pozostaje idealnie równy, co jest gorsze niż krzyk. „Jutro to Max Cornwell będzie pytał, czemu dziewczyna bez wilka biega za szybko, goi się za szybko, nie ma zapachu. Nie możesz być dla niego interesująca.”
„Co miałam zrobić ?” Głos łamie mi się na ostatnim słowie i nienawidzę tego. „Pozwolić im się przewrócić i leżeć?”
„Tak.” Jej oczy przesuwają się po mojej twarzy, szukając pęknięć. „Jeśli leżenie utrzyma cię na tyle małą, żebyś przetrwała, to leżysz.”
Ale to ona sprawiła, że przetrwałam. Choć nienawidzę kontroli mojej matki, wiem, że ma rację, bo wtedy, gdy ostatni i jedyny raz pokazałam swoją prawdziwą naturę, skończyło się fatalnie . Miałam wtedy osiem lat. Nie potrafię zapomnieć, co było potem. Przełykam ślinę.
To nie jest coś, co pamiętam wyraźnie lub w ogóle chcę pamiętać. Ale krew na moich małych, dziecinnych dłoniach, jej ciepło szybko stygnące, tak samo jak ciało pod nimi — to wszystko nie pozwala mi odejść, ściga mnie w koszmarach i przypomina, jak niebezpieczna mogę być, nawet jeśli tego nie chcę.
Mama zrobiła wszystko, co mogła (dosłownie), żeby mnie chronić, a tej ofiary nie mogę zapomnieć ani zignorować. To też powód, dla którego całe życie się ukrywam — a jeśli ukrywanie oznacza brak kolejnych ofiar, powinnam być z tego zadowolona.

Hidden Bond
75 Rozdziały
75
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101