

Opis
Kylie jest hybryda - pol-czarownica, pol-wilkolakiem - udajaca bezwilcza w stadzie, ktore by ja zniszczylo, gdyby poznalo prawde. Przez dwadziescia jeden lat tlumila swoja wilcza strone, udawala przecietnosc i przestrzegala jedynej zasady matki: pozostan niewidzialna. Udalo jej sie. Ledwie. Z wyjatkiem jednego problemu, ktorego nie potrafi stlumic, nie potrafi udawac i z pewnoscia nie potrafi rozwiazac - przyszly alfa jest jej przeznaczonym partnerem, a za dwa tygodnie wybierze kogos innego. On nie wie, kim ona jest. Nigdy nie moze sie dowiedziec. Kylie musi tylko trzymac glowe nisko, pogrzebac swoja wilcza strone i nie angazowac serca. Robi to przez cale zycie. Jak trudne to moze byc?
Rozdział 1
May 25, 2026
[Perspektywa Kylie]
"Gotowi... Na miejsca... Start!" - rozlega się syrena, ogłuszając mnie.
Tor przeszkód rozciąga się przede mną, czterdziestu siedmiu uczniów ocenianych i klasyfikowanych na oczach wszystkich, którzy mają znaczenie, a cała moja strategia to być agresywnie przeciętną. Biec wystarczająco szybko, żeby nikt nie zastanawiał się, dlaczego dziewczyna bez wilka się pojawia, ale wystarczająco wolno, by nie pytano, jak nadąża.
Mam na to system. Żyję na ostrzu noża przez całe dwadzieścia jeden lat—ostrożna przeciętność, która wymaga więcej wysiłku niż zwycięstwo kiedykolwiek by wymagało.
Pierwszy tor to bieg z przeszkodami—ściany, liny, czołganie się w błocie, które istnieje wyłącznie dla zabawy instruktorów. Pokonuję go w środkowej trzeciej, oddychając ciężej, niż muszę, sprzedając każdą sapiącą wymianę powietrza.
Max Cornwell stoi na wschodniej platformie razem z nadzorującymi ranking, z notatnikiem w ręce, szczęka zaciśnięta tak, jak zawsze, gdy jest przyszłym alfą, a nie człowiekiem. Ciemne, falujące włosy, przenikliwe niebieskie oczy w kolorze burzowego nieba i kości policzkowe, na których mogłabym się skaleczyć. Imponująca sylwetka—i zupełnie nieprzydatna.
Ma dwadzieścia trzy lata, dwa tygodnie do terminu, by znaleźć przeznaczoną mu bratnią duszę lub wybrać wyznaczoną partnerkę. Cała wataha czeka na niego z odliczaniem. Ja też liczę, ale mój sposób polega na śledzeniu, jak światło pada na jego oczy pod tym konkretnym kątem, co jest mniej produktywnym wykorzystaniem matematyki.
Mam zauroczenie przyszłym alfą. To cała historia—zauroczenie, niegroźne i głupie, takie, które nie wymaga wilka, więzi ani roszczenia, którego nigdy nie zrealizuję. Nie to inne słowo.
Po lunchu zaczynają się rundy sparingowe i trafiam na dziewczynę z Theta, o imieniu Ava, która zdradza swój prawy sierpowy jak nowicjuszka. Unikam dwóch zamachów, pozwalam, by trzeci mnie trafił, i padam w ostatniej rundzie po podcięciu, które doskonale przewidziałam.
"Jesteś szybsza, niż wyglądasz," mówi Ava, podając mi rękę, by pomóc wstać z maty. Jej uścisk jest swobodny, niewzruszony—ta pewność siebie, którą mają wszyscy oprócz mnie—pewność, która pochodzi z tego, że nie trzeba się ograniczać.
"Niska poprzeczka." Przyjmuję pomoc, otrzepuję kolana. "Ale doceniam starania."
Parska śmiechem. Nikt inny nawet na nas nie patrzy, i tak właśnie ma być—godna porażka, podręcznikowa niewidzialność.
Wzrok Maxa omiata ring, gdy wpisuje wyniki. Przesuwa się po mnie tak samo, jak po wszystkich, a moje serce robi coś, czego nie chcę nazwać.
Ostatni jest tor wytrzymałości—pięć okrążeń, z coraz większą prędkością. To tutaj kontrola kosztuje najwięcej, bo moje ciało chce biec, a nie truchtać. Wilczyca we mnie pragnie tego od chwili, gdy byłam wystarczająco duża, by poczuć ją napierającą za żebrami, błagającą o coś, czego nie mogę jej dać.
Trzecie okrążenie. Dziewczyna przede mną—Jess, jedna z kręgu Miny Walker—potyka się, albo udaje potknięcie, jej łokieć zahacza o barierkę i wpycha ją w moją ścieżkę, podczas gdy inna osoba spycha mnie do krawędzi.
Mina sama obserwuje z boku, jej twarz wyraża uprzejme zmartwienie. Jest przewidywaną wybranką Maxa, złotą dziewczyną watahy—piękna w sposób, w jaki zawsze są piękne dziewczyny z prawdziwą władzą, jakby świat po cichu się przestawiał dla nich. Nigdy nie brudzi sobie rąk.
Moje kolano uderza w przesuniętą barierkę i upadam mocno, dłonie szarpią się o nawierzchnię toru. Wilczyca wyrywa się, by zamortyzować upadek, a ja odpycham ją tak mocno, że na chwilę robi się biało przed oczami.
Kończę okrążenie na samym końcu. Z dwudziestego trzeciego spadam na trzydzieste pierwsze. Żaden instruktor nie komentuje krzywej barierki ani wygodnej kolizji.
Na platformie długopis Maxa zatrzymuje się na notatniku, patrzy na tor, potem na barierkę, potem z powrotem na wyniki. Widzi to— wiem , że to widzi—zapisuje coś i przechodzi dalej.
"Wszystko ok?" Dziewczyna po lewej zwalnia na pół sekundy obok mnie, już mijając, zanim odpowiem.
"Uwielbiam to. Jedzenie żwiru to moje całe hobby." Już jej nie ma, ale żart jest dla mnie—alternatywą jest przyznanie, że dłonie mi krwawią i kostka się poddaje.
Wycieram dłonie o legginsy i wychodzę, jakby nic się nie stało. To jest cena za ukrywanie się w watasze, która jutro wyrzuciłaby nas, gdyby wiedzieli, kim naprawdę jest moja matka—czarownicą, która udaje wilkołaka odkąd poślubiła mojego ojca—a co to czyni ze mną .
Powrót do domu zajmuje dwadzieścia minut. Spędzam je, przeliczając w myślach, jak bardzo dzisiejszy dzień zaszkodził mojemu kamuflażowi, analizując liczby tak długo, aż głowa mnie boli. Drzwi otwierają się na matkę stojącą w kuchni, z założonymi rękami i ustami już przygotowanymi do kłótni. Hope nie umie w luz.
"Powiedz mi," mówi, "że przyszły alfa nie widział osobiście, jak dziś zaliczasz glebę."
"Cześć, mamo. Miło cię widzieć." Rzucam torbę przy drzwiach. "Mam świetny dzień, dzięki za troskę—"
" Kylie ." Jej głos przechodzi w rejestr, który brzmi jak cierpliwość, a jest zdecydowanie bliżej klatki. "Widział cię?"
" Wszyscy mnie widzieli." Wpycham drżące dłonie w rękawy. "Tak wyglądają publiczne testy."
"Nie próbuj być sprytna." Przechodzi kuchnię w dwóch krokach i jej dłonie lądują na moich ramionach, delikatne i pewne—tak mnie trzyma, kiedy chce, żebym czuła się kochana, a jednocześnie mnie rozkłada na czynniki pierwsze. "Miałaś być niewidzialna. To jedyne, o co proszę."
Słowa więzną mi w gardle. "Nic nie zrobiłam, mamo. To oni mnie zaatakowali."
"A ty pozwoliłaś , żeby cię zauważyli." Jej uścisk się wzmacnia. "Jak ludzie patrzą na ciebie , zaczynają patrzeć na nas . Iluzja ma granice, Kylie."
Moje paznokcie wbijają się w dłonie w rękawach, trafiając w rozcięcia z bieżni. "Wiem, że iluzja ma granice."
"Naprawdę?" Jej głos pozostaje idealnie spokojny, co jest gorsze niż krzyk. "Jutro Max Cornwell będzie pytał, czemu dziewczyna bez wilka rusza się za szybko, goi się za prędko, nie ma zapachu. Nie możesz go zainteresować."
"Co miałam zrobić ?" Mój głos łamie się na ostatnim słowie i nienawidzę tego. "Dać się zepchnąć i po prostu leżeć?"
"Tak." Jej oczy przesuwają się po mojej twarzy, szukając pęknięć. "Jeśli leżenie sprawi, że będziesz wystarczająco mała, by przetrwać, to leżysz."
Ale to ona sprawiła, że przetrwałam. Choć nienawidzę kontroli mojej matki, wiem, że ma rację, bo kiedy ostatni i jedyny raz pozwoliłam swojej prawdziwej naturze się ujawnić, skończyło się fatalnie . Miałam tylko osiem lat. Nie mogę zapomnieć tego, co było potem. Przełykam z trudem.
To nie jest coś, co pamiętam wyraźnie, ani coś, co chciałabym pamiętać. Ale krew na moich małych, dziecięcych rękach, jej ciepło szybko stygnące tak samo jak ciało pod spodem—to wszystko mnie nie puszcza, ściga w koszmarach i przypomina, jak niebezpieczna potrafię być, nawet jeśli tego nie chcę.
Mama zrobiła wszystko, co mogła (dosłownie), by mnie chronić, i tej ofiary nie potrafię zapomnieć ani zignorować. To także powód, dla którego całe życie się ukrywam—a jeśli ukrywanie oznacza brak kolejnych ofiar, powinnam być z tego zadowolona.

Hidden Bond
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101