

Opis
Amber Shaw nigdy nigdzie nie nalezala. Adoptowana jako niemowle do Domu Veyr, przez dwadziescia dwa lata byla cichym ciezarem rodziny-nieprzemieniona, niechciana, tolerowana jedynie dlatego, ze porzucenie jej byloby gorsze dla ich reputacji niz zatrzymanie jej przy sobie. Nauczyla sie zajmowac jak najmniej miejsca i nie oczekiwac niczego w zamian. Kiedy na ziemiach Veyr atakuje zblakany wilk, Amber zabija go, by chronic rodzine, ktora nigdy jej nie chronila. Nikt jej nie dziekuje. Zamiast tego patrza na nia z przerazeniem-bo wilk, ktorego zabila, nalezal do najniebezpieczniejszej watahy w krolestwie. Dom Veyr ma tylko jeden sposob, by przetrwac to, co nadchodzi, i polega on na oddaniu Amber jako zaplaty. Jej kara jest wymuszone malzenstwo z ksieciem Desmondem Wolfblade-Bestia z Obsydianowego Tronu-mezczyzna, ktory nie chce zony. On pragnie kogos zlamac. Ale Desmond ma brata blizniaka. I w chwili, gdy Amber spotyka Arthura, cos pradawnego i niepodwazalnego laczy ich oboje-wiez, ktora sprawia, ze staje sie tym, czym nigdy nie miala byc: kims, o kogo warto walczyc.
Rozdział 1
Mar 26, 2026
[Perspektywa Amber]
"Pominęłaś jedną." Jonah wskazuje ręką nie tą, w której trzyma swój koszyk na zbiory—ten, który dałam mu godzinę temu, wciąż zwisający pusty z dwóch palców jak rekwizyt, którego przeznaczenia jeszcze nie odkrył. "Tam. Nie—tam. Bogowie, Amber, naprawdę potrzebujesz okularów, czy to po prostu efekt tego, że twoja linia krwi się wyczerpała?"
Ma dziesięć lat. Wypowiada to tak, jak inne dzieci opowiadają dowcipy typu "puk, puk"—z błyszczącymi oczami, pełen entuzjazmu i kompletnie pewny puenty.
Znajduję skupisko, które wskazuje, i dorzucam jagody do swojego koszyka. Palce zesztywniałe z zimna, skóra na kostkach popękana i sucha, a kolce otworzyły trzy drobne rozcięcia na mojej dłoni, których już nie zauważam. "Mam. Coś jeszcze, czy skończyłeś już nadzorować?"
"Nie nadzoruję." Kopie w korzeń, ręce wciśnięte w kieszenie, teraz gdy koszyk został zdegradowany do roli ładunku na łokciu. "Czekam. Mama powiedziała: w południe. To było dwie godziny temu, a ona się wyżyje na mnie, mimo że to ty zbierasz jagody, jakbyś pierwszy raz miała palce."
Skraj lasu łapie ostatnie światło popołudnia w długie bursztynowe pasma na podszyciu. Zapach sosny, zimna ziemia, delikatny, wilgotno-zgniły aromat liści rozkładających się pod szronem.
Kataloguję to wszystko—technika, którą doskonaliłam odkąd na tyle zrozumiałam, że alternatywą jest katalogowanie każdego drobnego, precyzyjnego sposobu, w jaki ten dom przypomina mi, że jestem tylko wypożyczonym dobrem.
"Widziałaś wczoraj Mirę?" mówi, nie czekając na odpowiedź, bo Jonah nigdy w życiu na żadną nie czekał. "Pełna przemiana. Czysty bieg. Bez potknięć, bez pół-formy. Mama naprawdę się uśmiechnęła."
Pozwala temu wybrzmieć, a potem rzuca mi spojrzenie z boku z tą szczególną hojnością dziecka urywającego motylowi skrzydło. "Mira jest dwa lata młodsza od ciebie. Tak tylko—wiesz. Gdybyś nie pamiętała."
Zęby wbijają mi się w wewnętrzną stronę policzka. Zaciskam i trzymam. "Pamiętam."
"Mama powiedziała jej, że są wilki, które nigdy się nie przemieniają. Że twoja krew już przed twoimi rodzicami była słaba—" Wzrusza ramionami, brzydki, dorosły gest na dziesięcioletnim ciele. "No. Wiesz."
"Wiem." Moje ręce pracują dalej. Kolce, jagody, koszyk. Ten rytm jest jedynym, co mnie jeszcze trzyma w całości, bo pod nim żyje coś gorącego, ściśniętego, co od lat uczę się przed nim nie ujawniać. Szczęka boli mnie od zaciskania. "Twoja matka ma wiele teorii o mojej krwi."
"To nie są teorie." Brzmi szczerze urażony. "Twój ojciec biegał z watahą Crestfall. To ledwo wataha—drugi, może trzeci sort. A twoja matka była—jakie to było słowo?" Marszczy twarz naśladując kogoś zamyślonego. "Upośledzona. O, właśnie. Upośledzony ród."
Coś pod moimi żebrami napina się i twardnieje, jak pięść. Odkładam ostrożnie koszyk, bo jeśli tego nie zrobię, zaraz złamię uchwyt od ściskania. Wypuszczam powietrze wolno przez nos. "Jonah. Podnieś swój koszyk i włóż do niego cokolwiek, albo powiem Isoldzie, że cały popołudnie nic nie robiłeś."
"Proszę bardzo. Mama i tak mi uwierzy bardziej niż tobie." Mówi to bez złośliwości, i w tym cały problem—to nie groźba, to prognoza pogody. Trafna, bezosobowa, nie do podważenia. "Nawet nie chciała cię zatrzymać. Wiedziałaś? Po śmierci twoich rodziców, to tylko przez prawo pokrewieństwa. Powiedziała Mirze, że gdyby miała prawdziwy wybór—"
Urwał w pół zdania, jakby zostawiał otwarte drzwi do pokoju, w którym już od lat mieszkam.
Wiem, jak to się kończy. Zawsze wiedziałam. Nigdy nie potrafiłam jednak zrozumieć, czemu wciąż ściska mi gardło w taki sposób—ten ostry, mimowolny skurcz, jakby moje ciało nie dostało wiadomości, że przestaliśmy już dawno czegokolwiek od tych ludzi oczekiwać.
Podnoszę koszyk. "Cztery skupiska jeszcze. I wracamy."
"Dobra." Rusza w stronę linii drzew, ciągnąc buty przez podszycie z znudzoną pewnością kogoś, kogo nigdy nie proszono o pośpiech. "Tylko—może szybciej? Niektórzy z nas mają prawdziwe życie do—"
Wilk pojawia się wśród drzew jak eksplozja. Bez dźwięku—bez ostrzegawczego warknięcia, bez trzasku gałęzi. Po prostu nagła masa i prędkość, ciemne futro pokonujące dystans między linią drzew a Jonah w jednym, gwałtownym susie.
Jest ogromny. Szybszy niż wszystko, co kiedykolwiek widziałam w ruchu. I pędzi prosto na chłopca, który stoi sześć stóp ode mnie z ustami wciąż otwartymi na niedokończone zdanie.
Moje ciało porusza się zanim mózg nadąży. Rzucam się na bok na jego torze, koszyk znika, nóż już w dłoni—mały nożyk do zbiorów, nie broń, ledwo wystarczający do oprawienia ryby—i zderzenie trafia mnie prosto w środek jak spadająca ściana.
Tracę równowagę. Nie dbam o to. Wilk obraca się w moją stronę, a ja już się podnoszę, krew szumi mi w uszach, każdy nerw krzyczy jedno: utrzymaj jego wzrok na sobie, jego zęby z dala od niego, nie przestawaj się ruszać.
Nie mam przemiany. Nie mam żadnego prawdziwego szkolenia. Mam tylko nóż do jagód i dwanaście lat nauki, jak niewiele trzeba, by być zbędną, i wściekły, irracjonalny sprzeciw, by nie pozwolić na to właśnie teraz.
Wilk pozoruje atak w lewo. Źle to odczytuję. Kły zaciskają się na moim ramieniu i świat bieleje—ból tak kompletny, że nie ma granic ani kształtu, tylko oślepiający hałas w każdym nerwie. Wbijam ostrze w jego bok i chybiam. Szarpie mną jak czymś już martwym i upadam ciężko, kolano trzaska o korzeń, obraz się rozmywa.
Moje ramię jest nie w porządku. Uchwyt słabnie. Wilk przyklęka i rzuca się ponownie, a ja padam na plecy—a kąt, którego nie mogłam znaleźć, znajduje mnie sam, ostrze trafia w złącze gardła i klatki piersiowej, jego własny impet wbija stal głębiej, niż moje ramię by mogło samo.
Zastyga. Cały—ta ogromna, straszliwa masa—przygniata mnie nagle. Leżę nieruchomo. Korony drzew nad głową, blade niebo, mój własny oddech najgłośniejszy na świecie.
Krew ucieka z mojego ramienia w tempie, które przypomina odliczanie, a obraz zaczyna zwężać się od brzegów do środka, drzewa rozmywają się i ciemnieją. Kroki. Znajome.
Wzrok Isoldy przesuwa się po polanie—wilk, moje ciało, Jonah stojący dziesięć stóp dalej, blady i cały—a jej wyraz twarzy nie robi tego, co powinna robić twarz matki, gdy znajduje swoje dzieci żywe.
"Sprowadziłaś na nas zgubę," mówi. Cicho. Precyzyjnie. Patrząc prosto na mnie.
Otwieram usta, żeby zapytać, co ma na myśli, ale moje ciało już zdecydowało, że rozmowa jest skończona.
Ziemia się przechyla. Niebo kurczy do punktu szarego światła. A ostatnie, co rejestruję zanim pochłania mnie ciemność, to oddech Jonaha—równy, nienaruszony, żywy—i moja macocha stojąca nade mną, jakby byłam katastrofą, na którą czekała całe życie.
________________

His Beast's Bride
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101