

Opis
Serena Vale przetrwala Columbie dzieki stypendiom i uporowi, uwieziona w brutalnej akademickiej rywalizacji z Caspianem Rothwellem-zlotym chlopcem, ktory mial wszystko, o co ona musiala walczyc. Siedem lat pozniej zbudowala zycie jako analityczka finansowa i samotna matka szescioletniej Arii, starannie ulozone na zgliszczach jednej lekkomyslnej nocy po zakonczeniu studiow, ktorej ledwie moze sobie przypomniec. Kiedy Rothwell Industries przejmuje jej firme, a Caspian wchodzi na jej prezentacje z tym samym doprowadzajacym do szalu usmiechem, ich dawna wojna wybucha na nowo-az Aria pociaga ja za spodnice i mowi do niej ,,mamo" na oczach czlowieka, ktory niegdys niszczyl ja w kazdej debacie. Serena patrzy, jak na jego twarzy pojawia sie cos, czego nie potrafi nazwac, gdy wpatruje sie w jej corke, i czuje, jak grunt usuwa sie spod jej starannie kontrolowanego swiata. Okazuje sie, ze niektore bitwy nigdy sie nie skonczyly-po prostu czekaly.
Rozdział 1
Feb 3, 2026
[Perspektywa Sereny]
Wiadomość przychodzi o 7:43, dziesięć minut po tym, jak już zapięłam Arię w jej ulubianą bluzkę (jest różowa i z kokardką!).
Emily: Nagły wypadek rodzinny. Nie dam rady dziś przyjść. Przepraszam!
Wpatruję się w telefon, obserwując jak moja starannie zaplanowana poranna rutyna rozpada się w pył.
Najważniejsze spotkanie mojej kariery zaczyna się za czterdzieści siedem minut. Czterdzieści siedem minut, by udowodnić nowym właścicielom wartość mojego działu, by uzasadnić swoje istnienie i przetrwać rzeź przejęcia.
Przećwiczyłam prezentację do tego stopnia, że mogłabym ją recytować przez sen. Znam każde słabe miejsce w ich analizie. Każdy punkt podatny restrukturyzacji.
Tego, czego nie wiem, to co zrobić z sześciolatką tu i teraz.
— Mamusiu? — Aria pojawia się w drzwiach. — Czy Emy przyniesie rybki-chrupki, proooszę?
— Nie, kochanie, przepraszam. Dziś jej nie będzie. — Kucam, patrząc w te bystre oczy. — Co powiesz na to, żebyś poszła dziś do pracy z mamusią?
Jej buzia rozświetla się, prowadzę ją do windy, przekupując obietnicami.
— Tylko dwie godziny, skarbie. Będziesz miała tablet, wszystkie swoje łamigłówki, a potem pójdziemy na lody, dobrze? Ale musisz być bardzo, bardzo cichutko.
Przytakuje poważnie, już przesuwając palcem po aplikacji z puzzlami. Patrzę, jak jej drobne palce suną po ekranie — sprawne, precyzyjne, rozwiązujące problemy z tą samą bezlitosną skutecznością, jaką ja wykazuję się przy arkuszach kalkulacyjnych.
„Ma lepiej niż ty miałaś”, przypominam sobie. „Stworzyłaś coś dobrego. Coś bezpiecznego.”
Patrząc na jej ciemne włosy, na sposób, w jaki przygryza wargę, z zaskoczenia ogarnia mnie wspomnienie.
Siedem lat temu. Noc ukończenia studiów. Za dużo taniego szampana i dzika ulga po przetrwaniu Columbii na złości i stypendiach — jedna noc nieuwagi.
Nie pamiętam twarzy jej ojca. Tylko przebłyski: zrogowaciałe dłonie, głos sprawiający, że czułam się chciana, a nie tylko tolerowana, moje imię wypowiadane tak, jakby miało znaczenie. Obudziłam się sama — poplątane prześcieradła i rozmazany makijaż.
Gorący lipiec, dwa miesiące później, test ciążowy wywrócił moje życie do góry nogami. A zimny grudzień pobłogosławił mnie moją córeczką.
Drzwi windy otwierają się, a Aria chwyta mnie za rękę. Wpycham przeszłość tam, gdzie jej miejsce.
Ta noc dała mi ją. Nic innego się nie liczy.
Sala konferencyjna tętni napięciem ludzi udających, że nie walczą o posady. Szefowie działów siedzą sztywno, prezentacje wypolerowane do desperackiego błysku. Schowałam Arię w kącie z tabletem i torbą cichych zabaw, modląc się, by pozostała niewidzialna.
Gerald z działu operacyjnego zaczyna pierwszy, głosem pewnym przekonuje, by zachować swój piętnastoosobowy zespół. Przedstawiciele przejęcia mają kamienne twarze, robią notatki, a Patricia z marketingu występuje po nim, sprzedając „synergię”, choć sama w to nie wierzy.
Moja kolej. Wstaję, wygładzam marynarkę i przedstawiam analizę, którą wyćwiczyłam do perfekcji: prognozy przychodów, analiza kosztów i korzyści, matematyka, która czyni mój dział nie tylko użytecznym — lecz niezbędnym.
Jestem w trakcie odpierania ich krytyki efektywności, gdy drzwi się otwierają. Atmosfera gęstnieje.
Caspian pieprzony Rothwell wchodzi jakby był już właścicielem sali — wkrótce będzie. Ale to coś więcej. To sposób, w jaki się porusza, ta sama drapieżna gracja, którą pamiętam z Columbii, kiedy krążyliśmy wokół siebie jak przeciwni generałowie na każdym seminarium, każdej debacie.
Przez cztery lata udawałam, że nasza rywalizacja to wszystko, co czuję. Połykałam wyznania, które paliły mnie w gardle za każdym razem, gdy rozkładał na łopatki moje argumenty tą ostrą, doprowadzającą do szału błyskotliwością.
Patrzyłam na niego z drugiego końca sali wykładowej i wmawiałam sobie, że ten ucisk w piersi to ambicja, nie tęsknota. Nie miłość.
Fantazjowałam o nim każdej nocy. O tym, co by się stało, gdybym choć raz przyznała, że chcę go pocałować bardziej, niż chcę go pokonać.
Nasze spojrzenia się spotykają i przez ułamek sekundy jego opanowanie pęka.
Rozpoznanie uderza go tak samo jak mnie. Uderzenie pioruna — „o cholera, nie ty, nie tu, nie teraz”. Potem maska wraca na swoje miejsce.
Ta irytująca, arystokratyczna maska kogoś, kto nigdy nie musiał o nic walczyć.
— Serena Vale. — Jego głos to jedwab na stali i nienawidzę, że dokładnie pamiętam, jak brzmi, gdy wygrywa. — Wciąż walczysz w bitwach, których nie możesz wygrać, widzę.
Wszystkie oczy w sali krążą między nami. Czują krew.
Siedem lat. Siedem lat, odkąd widziałam go ostatni raz, a on zaczyna od ciosu.
Dobrze.
— Panie Rothwell. — Utrzymuję profesjonalny ton, choć serce wali mi w piersi. — Mam kontynuować, czy wolisz usłyszeć, jak twój plan restrukturyzacji ma dwunastoprocentowy margines błędu, który w pierwszym kwartale kosztuje miliony?
Coś mignęło w jego oczach. Zaskoczenie? Szacunek? Wściekłość? Nim jednak zdąży odpowiedzieć, zanim zdołam wykorzystać przewagę, słyszę tupot małych stóp na drogim dywanie.
Nie. Nie. Nie.
Aria pojawia się przy moim boku, ciągnąc za spódnicę z uporem kogoś, kto był cicho dokładnie tak długo, jak pozwala na to sześciolatkowa cierpliwość.
— Mamusiu! — oznajmia całej sali konferencyjnej — Skończyłam wszystkie układanki.
To słowo wybucha jak granat i od razu patrzę na twarz Caspiana. Widzę dokładnie moment, w którym jego mózg przetwarza tę informację.
Jego wzrok pada na Arię, a coś w jego wyrazie twarzy pęka. Patrzy na nią, jakby widział ducha. Jakby była równaniem, które nie powinno się zgadzać, a jednak się zgadza.
— Przepraszam za przerwę. — Mój głos brzmi pewniej niż się czuję. — Opieka do dziecka dzisiaj zawiodła.
— Najwyraźniej. — Ton Caspiana mógłby kroić szkło. — Wydawałoby się jednak, że ktoś na twoim stanowisku rozumie wagę profesjonalizmu. Są sposoby, by życie osobiste nie kolidowało z kluczowymi operacjami biznesowymi.
Zapada cisza. Nawet inni szefowie działów, moi rzekomi koledzy, nie patrzą mi w oczy. Ale w gardle narasta mi gniew, gorący i czysty.
— Doskonale rozumiem, panie Rothwell. — Trzymam dłoń na ramieniu Arii, przyciągając ją do siebie. — Rozumiem też, że moja analiza jest bezbłędna, a moja umiejętność łączenia doskonałości zawodowej z macierzyństwem nie podlega dyskusji.
Och, kocham, jak napina mu się szczęka, bo wie, że nie ma nic do powiedzenia.
— Więc czy chcesz, żebym dalej wykazywała, dlaczego twoja strategia przejęcia ma śmiertelne luki, czy może przełożymy to na czas, gdy będziesz gotów rozmawiać o rzeczywistych danych?
Patrzymy sobie w oczy. Ta sama walka woli co na Columbii. Każda debata, w której niszczyliśmy się słowami zamiast bronią.
Pozwala sobie rozluźnić się. — Dokończymy to później.
To nie jest propozycja.
Biorę Arię na ręce i wychodzę, serce wali mi w piersi jak szalone. Za plecami słyszę, jak spotkanie rozpływa się w niezręcznych pomrukach.
Na korytarzu Aria przygląda mi się swoimi aż za mądrymi oczami. — Ten pan był poważny. I trochę straszny.
— Tak, kochanie. Taki jest.
— Ale ma ładne oczy. — Przesuwa palcem po własnym policzku. — Są szare z ciemnymi plamkami, jak moje!
Serce mi się ściska. — Nie są ładne, skarbie.
— Są, mamusiu.
Sięga wtedy do kącika lewego oka, gdzie małą plamkę barwną nosi jak pieprzyk.
— I zobacz — on ma taki sam magiczny znak jak ja, właśnie tutaj! Jak w mojej bajce, kiedy ludzie są z tego samego klanu magów. Myślisz, że możemy być z tej samej magicznej rodziny?
— Wątpię, kochanie. Czasem ludzie po prostu są do siebie podobni.
A jednak w głowie tłuką mi się wspomnienia, które próbowałam zakopać. Sposób, w jaki Caspian spojrzał na Arię — nie z irytacją, lecz z czymś pierwotnym i oszołomionym. Szok na jego twarzy, gdy usłyszał, jak ktoś mówi do mnie „ mamusiu ”.
Telefon wibruje. SMS od asystentki: „ Pan Rothwell chce się z panią zobaczyć w swoim biurze o 15:00. Sama. Powiedział, że to nie podlega negocjacji.”
Wpatruję się w wiadomość, czując ciężar Arii w ramionach, i z absolutną pewnością wiem, że moje starannie poukładane życie zaraz wybuchnie.
Znowu.

His Secret Babymama
60 Rozdziały
60
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101