

Opis
Przez rok ukrywalam moja wstydliwa fascynacje Hugh Kane'em - wspolnikiem mojego ojca, mezczyzna dwa razy starszym ode mnie, ktory patrzy na mnie tak, jakbym byla czyms niebezpiecznym. Jest zimny, opanowany i calkowicie zakazany. Ale w noc moich dziewietnastych urodzin cos sie we mnie budzi. Pojawia sie plonaca potrzeba, ktorej nie potrafie wyjasnic. Przyciaga mnie do jedynego mezczyzny, ktorego nigdy nie moge miec.
Rozdział 1
Mar 31, 2026
[Perspektywa Claire]
Nawet ja sama bym się ze sobą przespała. Chyba.
Przynajmniej taki efekt próbuję osiągnąć.
Trzy dni do moich dziewiętnastych urodzin, a ja stoję przed lustrem, przeżywając pełnowymiarowy kryzys egzystencjalny, zastanawiając się, czy ta sukienka sprawia, że wyglądam szykownie, czy raczej jakbym bawiła się w przebieranki w szafie mamy.
Spoiler: zdecydowanie to drugie, ale już się zaangażowałam.
Gorsze od tego jest tylko to, że moje ciało najwyraźniej postanowiło wszcząć pełnoskalową rebelię.
Od tygodnia palę się od środka, zalewają mnie nagłe poty, które nie mają nic wspólnego z kalifornijską falą upałów. Moja skóra jest zbyt napięta, jakbym nosiła kombinezon o dwa rozmiary za mały, a każdy materiał mnie drażni.
Nawet moje ulubione jedwabne prześcieradła przypominają teraz papier ścierny.
Ale to już nieistotne, bo Hugh jest tutaj.
A raczej był tu wcześniej, ale ja oczywiście byłam zajęta przygotowaniami na jego przybycie.
Zrobienie włosów, potem kilka godzin na wybieraniu idealnej sukienki. Czterokrotne poprawianie makijażu, bo za pierwszymi razami wyglądałam albo na przestraszonego szopa, albo śpiącą pandę. Żadnego akceptowalnego kompromisu.
To wszystko dla wspólnika mojego ojca. Faceta dwa razy starszego ode mnie, i mniej przystojnego właśnie przez to. Faceta, który od co najmniej roku jest bohaterem moich nieprzyzwoitych fantazji.
Wiem, że jestem chodzącym banałem. Wiem też, że wcale mnie to nie obchodzi.
Rzucam sobie ostatnie spojrzenie w lustrze, wygładzam granatową sukienkę i schodzę na dół. Po domu unosi się zapach kolacji—pani Walker przeszła samą siebie ze swoim słynnym risotto z homarem. To oznacza, że tata jest w pełni trybu gospodarza.
"Claire! Claire!" Głos taty rozbrzmiewa po całej posiadłości, gdzieś z jadalni. "Mogłabyś zawołać Hugh? Jest tymczasowo w pokoju gościnnym na trzecim piętrze. Kolacja gotowa."
Czy mogłabym? Och, drogi tato… Gdybyś tylko wiedział.
"Oczywiście," odpowiadam, starając się zabrzmieć swobodnie, a zapewne wypadając na maniakalnie radosną.
Wchodzę po schodach, w myślach powtarzając sobie, jak zachowywać się jak normalny człowiek. Zapukać. Poczekać. Przekazać wiadomość. Nie gapić się. Nie ślinić. Nie robić z tego nic dziwnego.
Drzwi do jego tymczasowego pokoju są lekko uchylone, ale i tak pukam, bo tak mnie wychowano. Nawet jeśli moje myśli wobec tego mężczyzny są dalekie od wychowania.
"Hugh? Kolacja jest..." Brak odpowiedzi.
Otwieram drzwi szerzej i ostrożnie wchodzę do środka. Pokój jest pusty—na łóżku otwarta skórzana torba, ubrania rozłożone z precyzją, spoglądam w stronę łazienki.
Drzwi są lekko rozchylone, ale panuje cisza. Nie słychać wody, nie ma żadnego ruchu.
Powinnam wyjść. To ewidentnie prywatna przestrzeń.
Zamiast tego coraz bardziej zapuszczam się w głąb pokoju, muskając palcami jego walizkę. Na komodzie stoi jego woda kolońska. Na stoliku nocnym leży książka—coś o teorii ekonomii, co wywołuje u mnie uśmiech, bo oczywiście, że czyta dla przyjemności.
I wtedy ją widzę. Jego koszulę, przewieszoną przez krzesło przy oknie. Tę ciemnoszarą, zapinaną na guziki, którą miał ostatnim razem. Tę, która tak rozkosznie napinała się na jego klatce piersiowej, gdy brał głęboki oddech.
Zanim mój mózg zdąży zareagować na to, co robi moje ciało, przechodzę przez pokój i podnoszę ją. Zapach uderza mnie od razu—cedr i coś ciemniejszego, czego nie umiem nazwać, ale przez co moja skóra znowu jest zbyt napięta, a myśli rozmazane.
Wdycham ten zapach głębiej, zamykam oczy i szczerze? Warto.
Najpierw dociera do mnie ciepło. Ciepło ciała tuż za moimi plecami, tak blisko, że czuję je przez sukienkę. Potem głęboki wdech tuż przy mojej szyi—ktoś wdycha mnie tak, jak ja wdycham tę koszulę.
"Znalazłaś to, czego szukałaś?"
Moje serce prawie się zatrzymuje i kiedy się odwracam, on już tam jest—o kilka centymetrów ode mnie, tak blisko, że muszę zadrzeć głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.
Jak mogłam go nie usłyszeć?
Jak ktoś o takich gabarytach może poruszać się tak cicho? Co on, pół ninja?
Hugh góruje nade mną, całe swoje prawie dwa metry czystej, miliarderowej perfekcji. Jego ciemne włosy są wilgotne, zaczesane do tyłu z twarzy, która mogłaby być wyrzeźbiona w starożytnym marmurze—ostre szczęki, prosty nos, kości policzkowe ostre jak brzytwa. Srebrne nitki przy skroniach tylko dodają mu uroku.
Na szerokich ramionach wciąż lśnią krople wody, spływając po umięśnionej klatce piersiowej i twardych mięśniach brzucha.
Ma na sobie tylko ręcznik, niebezpiecznie nisko opadający na biodra, i jestem pewna, że moje jajniki właśnie podpisały na siebie wyrok śmierci.
„Ja… Obiad. Tata wysłał mnie, żebym…” Mój mózg najwyraźniej postanowił wziąć urlop. „Obiad jest gotowy.”
On nie cofa się ani o krok. Te stalowoszare oczy opadają na koszulę przyciśniętą do mojej piersi, potem powoli—tak powoli—wracają na moją twarz. Intensywność jego spojrzenia sprawia, że wstrzymuję oddech.
„Jesteś w moim pokoju.” Jego głos jest szorstki, niemal jak warknięcie. „Trzymasz moje ubrania.”
„Ja tylko—” Przełykam ślinę. „Nie odpowiadałeś.”
„Więc postanowiłaś się obsłużyć?”
Gorąco zalewa mi policzki. „Chyba powinnam już iść.”
Ale nie ruszam się. Nie mogę się ruszyć. Stoi tak blisko, że gdybym wzięła głębszy oddech, moja klatka piersiowa musnęłaby jego.
„To nie jest odpowiedź na moje pytanie.” Pochyla się lekko i znów łapię jego zapach—cedr i coś dzikiego pod spodem, co sprawia, że moje trzeźwe myśli całkowicie znikają. „Zmieniłaś perfumy? Pachniesz…”
Urwał, zęby zaciskają się ze złością. „Pachnę… czym?”
W jego oczach pojawia się coś, co niemal przypomina ból i głód. Albo to tylko moja rozpalona wyobraźnia. „Inaczej.”
To jedno słowo zawisa między nami, naładowane znaczeniem, którego nie rozumiem.
„Inaczej jak?” szepczę.
Jego wzrok opada na moje usta. „Jakbyś była…” Kolejna pauza, kolejna wewnętrzna walka. Ale to trwa tylko ułamek sekundy, zanim odrywa ode mnie spojrzenie. „Nieważne.”
„Obiad jest gotowy,” powtarzam, mój głos jest żałośnie urywany. „Powinieneś… się ubrać.”
„Pewnie.” Ale wciąż się nie rusza.
Powietrze wydaje się gęste i naelektryzowane, a mój puls bije tak mocno, że jestem pewna, iż on to słyszy. Jego klatka piersiowa unosi się i opada w kontrolowanych, głębokich oddechach, jakby z czymś walczył.
„Koszula.” Jego głos staje się jeszcze niższy. „Możesz już puścić.”
Patrzę w dół, uświadamiając sobie, że nadal kurczowo ją ściskam przy sobie niczym tarczę. Gdy ją puszczam, nasze palce się stykają, a ten kontakt przeszywa mnie dreszczem zupełnie nieadekwatnym do tej chwili.
„Przepraszam,” szepczę.
„Nie przepraszaj.” Słowa są napięte, zanim cofa się i robi między nami dystans, przez co czar pryska. „Powiedz ojcu, że zejdę za pięć minut.”
Uciekam, nie ma innego słowa. Praktycznie wybiegam z pokoju, i nie zatrzymuję się, dopóki nie jestem bezpiecznie na dole, z dłońmi przy gorących policzkach.
Obiad to tortura. Piękna, wyrafinowana tortura.
Tata dziś w wyjątkowej formie—cieplejszy niż zwykle, niemal czuły w swoim powściągliwym stylu, gdy z prawdziwym entuzjazmem rozmawia o moich urodzinach. Chociaż „entuzjazm” w wydaniu multimiliardera Richarda Wintersa oznacza szczegółową logistykę, nie autentyczne emocje.
To byłoby urocze, gdyby nie było tak kontrolujące. I gdyby mężczyzna siedzący naprzeciwko mnie nie uniemożliwiał mi skupienia się na czymkolwiek poza wspomnieniem kropli wody na jego nagiej skórze.
„To jak, Hugh,” mówię, „jak było w Londynie?”
Spogląda w górę i przez sekundę nasze spojrzenia się spotykają. Potem odwraca wzrok, z zaciśniętą szczęką. „Owocnie. Spotkania poszły dobrze.”
„Jak tam jest o tej porze roku?”
„Zimno. Deszczowo.” Przez usta przemyka cień uśmiechu. „Pewnie by ci się spodobało. Bardzo nastrojowo.”
To uprzejme i do bólu poprawne. Ale teraz jest między nami mur, jakby ostrożnie ważył każde słowo. Tata wtrąca się z opowieścią o swojej wyprawie do Londynu, a Hugh tym razem rozmawia już swobodniej.
Wyraźnie czuje się pewniej w rozmowie ze swoim starym przyjacielem i wspólnikiem niż z jego młodą, głupiutką córką.
No świetnie.
Gdy próbuję zadać kolejne pytanie, by potwierdzić swoją teorię, odpowiedź Hugh jest krótka, po czym natychmiast kieruje rozmowę z powrotem na tatę. Nie jest nieuprzejmy, po prostu zdystansowany. Ostrożnie, z rozmysłem zdystansowany.
A jednak przyłapuję go na tym, jak na mnie patrzy, gdy myśli, że jestem zajęta swoim talerzem. Krótkie, nieosłonięte spojrzenia, zanim znowu odwróci wzrok. Ta sprzeczność jest doprowadzająca do szału—dystans w słowach kontra intensywność w oczach.
Po głównym daniu wychodzę zrobić herbatę, a kiedy wracam, z gabinetu taty obok dobiegają głosy. Podniesione głosy. Co zaskakujące, bo Hugh nigdy nie podnosi głosu. Nigdy.
Nie powinnam podsłuchiwać, wiem o tym, zostałam inaczej wychowana i tak dalej.
Robię to mimo wszystko.
„—to zbyt niebezpieczne, Richard.” Głos Hugh przebija się przez drzwi, ostry i rozgniewany. „Nie możesz jej trzymać w nieświadomości!”
„Claire nie musi wiedzieć nic, aż do—”
Nagle zapada cisza, taka, która oznacza, że coś usłyszeli. Albo kogoś. To już samo w sobie jest dla mnie jasnym sygnałem i szybko się oddalam, zanim otworzą drzwi, z sercem bijącym jak szalone.
Czego nie chcą mi powiedzieć? Co jest niebezpieczne?
Czy nie mam już pełnego obrazu tego, co dzieje się w moim życiu?

His to Protect
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101