

Opis
Elara Voss myslala, ze najgorsza rzecza w jej malzenstwie jest cisza. Zimne kolacje. Jeszcze zimniejsze spojrzenia. Penthouse na Manhattanie, ktory bardziej przypominal mauzoleum niz dom. Ale tej nocy, gdy szeptem wypowiada slowo ,,rozwod", jej potezny, miliarder-maz w koncu zaprasza ja na tajemniczy, polnocny bal maskowy. Zamaskowany. Niebezpieczny. Uwodzicielski. Mezczyzna, ktory odnajduje ja w cieniu, dotyka jej, jakby byl nia wyglodzony... Szepcze jej prywatny pseudonim i sprawia, ze po raz pierwszy od lat czuje sie zywa. Jest tylko jeden problem: mezczyzna za maska nie byl jej mezem. A gdy kilka tygodni pozniej pojawiaja sie dwie rozowe kreski, Elara uswiadamia sobie, ze prawda jest o wiele bardziej wybuchowa niz zlamane serce: ojcem jej dziecka moze byc Caspian Voss... lub jego zakazany, grzesznie czarujacy kuzyn, Rhys. Nagle Elara zostaje wciagnieta w bezwzgledna wojne wewnatrz dynastii Vossow, rodziny, ktorej bogactwo zbudowane jest na wladzy, sekretach i krwi. Caspian chce ja odzyskac, zdesperowany i na nowo przebudzony. Rhys chce zdobyc to, co uwaza za swoje. I obaj mezczyzni sa gotowi spalic swiat - i siebie nawzajem - by ja wygrac. Ale kiedy pojawia sie przesladowca, grozacy jej nowo narodzonemu dziecku i ujawniajacy wiedze, ktora mogl miec tylko ktos z wewnatrz, Elara musi odkryc prawde o nocy balu maskowego, zanim niewlasciwy mezczyzna upomni sie o jej dziecko, a wlasciwy straci ja na zawsze.
Rozdział 1
Dec 24, 2025
POV Elara
Brzęk mojego widelca o porcelanę brzmi jak strzał w tej ciszy.
Po drugiej stronie dwunastostopowego orzechowego stołu Caspian przewija coś na telefonie, krawat poluzowany, ale nadal nienaganny, szczęka zaciśnięta w ten sposób, który mówi mi, że jest całkiem gdzie indziej.
Pewnie w Voss Global, imperium, które zbudował jego ojciec, a on urodził się, by je odziedziczyć. Trzy miliardy dolarów aktywów i nie może poświęcić pięciu minut, by spojrzeć na swoją żonę.
Światło świec migocze na łososiu, którego żadne z nas nie tknęło, na kieliszkach do wina, które przestały oznaczać świętowanie dwa lata temu.
Odkładam widelec.
— Caspian.
Jego kciuk dalej przesuwa się po ekranie.
— Caspian, rozmawiam z tobą. Spójrz na mnie, proszę.
Kciuk się zatrzymuje.
Jego lodowato niebieskie oczy podnoszą się, ale nie zatrzymują się na mnie.
Patrzą gdzieś poza moje ramię, na ciemną panoramę Manhattanu za naszymi oknami od podłogi do sufitu. Sześćdziesiąte piętro, penthouse na własność jego rodziny, a ja nigdy nie czułam się bardziej samotna.
— Mam fuzję do zamknięcia za czterdzieści osiem godzin, Elara. — Mówi moje imię, jakby było pozycją w kalendarzu. — Jeśli masz coś do powiedzenia, mów.
Słowa palą mnie w gardle.
Powtarzałam je tysiąc razy pod prysznicem, w aucie, w ciemnych godzinach, gdy jego strona łóżka pozostaje zimna. Ale teraz czuję, jak rozpadają się na kawałki.
Próbuję mimo wszystko.
— Tęsknię za nami.
Mruga. Raz.
Potem jego usta wyginają się w coś, co nawet nie jest uśmiechem.
— Nami. — Powtarza to słowo, jakby próbował czegoś obcego. — Jedliśmy razem kolację trzy razy w tym tygodniu, Elara. Byliśmy na gali Harringtonów w sobotę. Siedzimy tu teraz i dzielimy się posiłkiem. Za czym dokładnie tęsknisz?
— Och, masz na myśli tę galę, na której twoja matka nazwała mnie klaczą hodowlaną przy trzydziestu gościach?
Jego szczęka się napina. — Piła.
— Była na tyle trzeźwa, żeby zasugerować—głośno—że może problem jest genetyczny. — Odsuwam talerz. — A ty siedziałeś tam, żując swojego fileta, jakby skomentowała dekoracje na stole.
— Czego oczekiwałaś? Żebym zrobił awanturę na charytatywnej gali?
— Oczekiwałam, że otworzysz usta. Powiesz cokolwiek.
— Moi rodzice chcą wnuków, Elara. Wiedziałaś o tym, gdy mnie poślubiłaś.
— Wiedziałam o wielu rzeczach, wychodząc za ciebie. Wiedziałam, że jesteś zimny. Wiedziałam, że twoja rodzina ma więcej pieniędzy niż Bóg i mniej ciepła niż kostnica. Czego nie wiedziałam, to że staniesz się swoim ojcem w chwili, gdy nałożysz mi pierścionek.
W jego oczach pojawia się błysk. Wreszcie coś przebija się przez tę korporacyjną maskę.
— Uważaj.
— Albo co? Będziesz mnie jeszcze bardziej ignorował? Wrócisz do domu o trzeciej nad ranem i udasz, że byłeś w biurze?
Odkłada telefon ekranem do dołu i splata dłonie, po raz pierwszy od tygodni poświęcając mi całą uwagę. W jakiś sposób to jeszcze gorsze.
— Byłem z klientami.
— Z którymi klientami? Bo dzwoniłam do twojej asystentki o północy. Powiedziała, że wyszedłeś o ósmej.
Powoli wstaje, a światło świec wyostrza jego rysy, czyniąc je okrutnymi.
— O coś mnie oskarżasz?
Nie czeka na odpowiedź.
— Bo z mojego punktu widzenia masz wszystko. Penthouse, karty, styl życia, za który większość kobiet by zabiła. A jednak siedzisz tu i mówisz mi, że czegoś ci brakuje.
— Nie mówię o rzeczach, Caspian. Mówię o więzi. O bliskości. O tym, by naprawdę być obecnym razem.
— Jestem obecny. — Jego głos jest idealnie równy, idealnie rozsądny. Głos mężczyzny tłumaczącego proste działania matematyczne zbyt powolnemu dziecku. — To ty z uporem szukasz problemów tam, gdzie ich nie ma.
— Naprawdę teraz to mówisz? Myślisz, że wyobrażam sobie ten dystans między nami?
— Myślę, że masz skłonność do dramatyzowania.
To słowo ląduje jak policzek.
— Tęsknię za karteczkami, które chowałeś w moich książkach. Za tymi małymi złożonymi kawałkami papieru z głupimi wiadomościami. Tęsknię za nocnymi przejażdżkami o drugiej, bo mówiłeś, że miasto wygląda inaczej w nocy. Tęsknię za tym, jak kiedyś na mnie patrzyłeś, Caspian.
Odkłada kieliszek bez picia.
— To było dawno temu.
— To było trzy lata temu. — Łzy napływają mi do oczu, gorące i niechciane. — Wzięliśmy ślub trzy lata temu. Oświadczyłeś mi się na tamtym dachu, z okropnym szampanem i światełkami choinkowymi, i powiedziałeś, że każdego dnia będziesz mi pokazywał, że jestem kochana. Pamiętasz?
— Pamiętam.
— Więc co się stało?
Dociskam dłonie do blatu, żeby się uspokoić.
— Bo każdej nocy czekam, aż znowu spojrzysz na mnie w ten sposób. Czekam, aż wrócisz przed północą, zapytasz o mój dzień, dotkniesz mnie tak, jakbyś naprawdę tego chciał. Czuję się jak duch we własnym domu, Caspian. Przechodzę przez te pokoje i zastanawiam się, czy w ogóle mnie jeszcze widzisz.
Cisza jest gęsta i dusząca.
Kiedy wreszcie się odzywa, jego głos jest niski. Kontrolowany. Ten, którego używa w salach posiedzeń, gdy zamierza zniszczyć komuś karierę.
— Chcesz wersji mnie sprzed—
— Sprzed poronienia. — Słowo wypada ze mnie jak kamień. — Możesz to powiedzieć. Sprzed tego, jak straciłam nasze dziecko.
Jego szczęka się zaciska. Teraz patrzy mi prosto w oczy, a w tej błękitnej głębi pływa coś zimnego.
— Nie to powiedziałem.
— Ale to właśnie miałeś na myśli.
Już płaczę otwarcie i nienawidzę tego. Nienawidzę, że nadal potrafi to ze mną zrobić, rozbić mnie kilkoma słowami i starannie pustą miną.
— Obwiniasz mnie. Myślisz, że gdybyś poślubił kogoś zaakceptowanego przez twoich rodziców, kogoś z twojego świata, już miałbyś dziedzica.
— Przestań.
— Przestać co? Przestać mówić prawdę? — Odsuwam się od stołu, krzesło zgrzyta po marmurze. — Nie dotykałeś mnie od miesięcy, a chcesz mi wmówić, że to nie ma związku z tym, co się stało?
On też wstaje, i przez chwilę myślę, że może faktycznie pokona ten dystans między nami. Może wyciągnie rękę do mnie tak, jak kiedyś, gdy pocieszenie było czymś, co sobie dawaliśmy, a nie odbieraliśmy.
Zamiast tego zapina marynarkę.
— Jest ktoś inny?
To pytanie wyrywa mi się zanim zdążę je powstrzymać, surowe, desperackie, żałosne.
Nagle się śmieje. Tym pustym, gorzkim śmiechem, od którego przewraca mi się żołądek.
— Chcesz wiedzieć, co naprawdę myślę? Myślę, że od dnia naszego ślubu szukałaś pretekstu, by grać ofiarę. Biedna Elara, uwięziona w penthousie. Biedna Elara, z czarną kartą i mężem, który pracuje po osiemdziesiąt godzin tygodniowo, by mogła chodzić w jedwabiach.
— Nie chcę jedwabi. Chcę ciebie. Tego człowieka, który istniał, zanim uznałeś, że uczucia są słabością.
— Może ten człowiek już nie istnieje.
— To może wtedy chcę rozwodu.
To słowo detonuje między nami.
Caspian nieruchomieje. Coś mignęło mu na twarzy. Zniknęło, zanim zdążyłam to nazwać.
— Te karteczki — mówi cicho. — Te przejażdżki, te wielkie romantyczne gesty. Były dla kobiety, która była w stanie urodzić moje dziecko.
Z ust uchodzi mi powietrze.
— Mam wcześnie rano spotkania.
Nie patrzy na mnie, gdy rusza w stronę drzwi.
Drzwi cicho się zamykają i stoję sama w umierającym świetle świec, łzy spływają mi po policzkach, dopóki płomienie nie zgasną do końca.
***
Poranek przychodzi szary i obojętny.
Pościel obok mnie jest zimna, gdy po nią sięgam, nietknięta.
Jeśli do końca miesiąca nic się nie zmieni, zadzwonię do prawnika.
Ta myśl jest jednocześnie groźbą i ulgą, delektuję się nią, dopóki dzwonek do drzwi nie rozbrzmiewa o dziewiątej.
Prawie nie otwieram.
Pewnie kolejna dostawa dla Caspiana, kolejny zakup, kontrakt albo przypomnienie, że jego imperium rośnie, a nasze małżeństwo więdnie.
Ale coś każe mi otworzyć drzwi.
Na korytarzu stoi kurier, cały na czarno, białe rękawiczki nieskazitelne na uchwytach kryształowego wazonu.
Dwie tuziny białych róż, pełne i doskonałe, ich zapach unosi się ku mnie.
— Pani Voss? — Wręcza czarną kopertę, ciężki papier, opieczętowaną złotym woskiem. — Dla pani.
Biorę ją zdrętwiałymi palcami.
W środku pojedyncza złota karta łapie światło.
Sobota. Północ. Załóż maskę, którą zostawiłem w twojej szafie. Znajdź mnie.
Bez podpisu. Bez imienia. Ale wiem.
W końcu mnie usłyszał.

I Left the Masquerade Pregnant
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101