

Opis
Jedna noc w ciemnosciach. Jeden obcy, ktorego nigdy nie widzialam wyraznie. Jedna para majtek, ktorej zapewne juz nigdy nie zobacze. Wygramolilam sie z lozka nieznajomego, przeszlam przez cale miasto i dotarlam na rozmowe kwalifikacyjna, ktora miala naprawic katastrofe, jaka stalo sie moje zycie. Dostalam prace. Myslalam, ze najgorsze juz za mna. A potem wyciagnelam z torby dlugopis - drogi, ciezki, nie moj - i zobaczylam, jak twarz mojego nowego szefa nagle zastyga. Teraz pracuje dla mezczyzny, ktory byc moze dokladnie wie, jak wygladam bez ubrania, a ja nie moge zapytac, nie moge odejsc i nie moge powstrzymac wspomnien, ktore wracaja w najmniej odpowiednich momentach. Reidfield Global mialo byc moim nowym poczatkiem. Zaczynam miec wrazenie, ze to raczej miejsce zbrodni.
Rozdział 1
May 21, 2026
[Perspektywa Hailee]
Kogo ja wczoraj zaliczyłam?
Ten sufit nie jest mój—biały tynk, pęknięcie w kierunku okna, którego nigdy wcześniej nie widziałam, pokój pachnący bergamotką i czyjąś wodą kolońską.
To nie mieszkanie Ryana—znam każdy zaciek na jego suficie, bo przez trzy lata budziłam się, patrząc na nie. To sypialnia obcego człowieka, a ja leżę w niej naga.
Moja głowa przypomina plac budowy, ale reszta mnie jest w jeszcze gorszym stanie. Siniak na wewnętrznej stronie uda, wrażliwość, która opowiada historię, której mój mózg jeszcze nie chce mi zdradzić, a pościel śmierdzi potem i nocą, której nie potrafię odtworzyć.
Poduszka obok mojej jest jeszcze ciepła. Szklanka wody w zasięgu ręki, jakby w ramach pożegnalnego upominku. Ktokolwiek zostawił te ślady na mojej skórze, już zniknął.
Żadnej twarzy. Żadnego imienia. Tylko żar, ciało i luka w pamięci tak szeroka, że mogłabym przez nią przeprowadzić wszystkie swoje złe decyzje.
Moja sukienka leży zmięta przy drzwiach. Biustonosz przewieszony przez krzesło, jakby ktoś zdejmował go powoli, bez pośpiechu. Majtki zniknęły—pościel, podłoga, obie strony łóżka. Nie ma.
Albo tajemniczy on je sobie zachował, albo zyskały świadomość, albo trafiły do wymiaru, do którego nie mam dostępu.
Telefon pokazuje 8:47. Rozmowa kwalifikacyjna o 9:30, po drugiej stronie miasta—ta, która ma udowodnić, że nadal potrafię funkcjonować po tym, jak oddałam trzy lata facetowi, który zwrócił mi je w formie monologu.
Wkładam wczorajszą sukienkę, wygładzam włosy w obcym lustrze łazienkowym i wychodzę bez bielizny pod ołówkową spódnicą. Profesjonalistki od czasu do czasu gubią bieliznę na miejscu zbrodni.
Wsiadam do pociągu—tłok. W odbiciu w szybie widzę siebie—rozmazany tusz, kreska z wczoraj—i kiedy tunel pochłania szkło, przenoszę się gdzieś indziej.
W zeszły wtorek. Ryan w progu kuchni, ręce w kieszeniach, ta mina, którą robi, gdy ma zamiar wygłosić coś wyćwiczonego.
— Chyba się rozminęliśmy, Hailee. Nawet nie spojrzał mi w oczy. — Chyba chcemy już czegoś innego.
— Czego innego. Wciąż trzymałam jego kubek, w jego kuchni, w jego mieszkaniu. — To znaczy, że ty chcesz czego innego. Zrezygnowałam z kariery dla twojego stażu, Ryan.
— To nie tak—
— Trzy lata w miejscu, żebyś ty mógł iść dalej. A teraz już mnie przegoniłeś. Po prostu to powiedz.
Drgnął. Dobrze. Potem był na tyle litościwy, że pozwolił mi jeszcze spać w jego mieszkaniu, póki nie znajdę czegoś swojego. Zbawca w lśniącej zbroi, kurwa.
Tej samej nocy. Dani na kanapie, podciąga mnie za oba nadgarstki, szpilki w jednej dłoni, zero cierpliwości.
— Wstawaj. Rzuciła mi kurtkę w twarz. — Idziesz, upijesz się i nie spędzisz tu ani sekundy dłużej, wdychając powietrze faceta od poduszek dekoracyjnych.
— Chcę się tu rozłożyć i spokojnie rozpaść na kawałki. Naciągnęłam koc na głowę. Ona go natychmiast ściągnęła.
— Nie pytam. Marcy już stała w drzwiach, brzękając kluczami, płaszcz na sobie, silnik pewnie chodził. — Buty na nogi. Wychodzimy.
Klub to bas i ciała oraz tyle wódki z sodą, że przestałam liczyć po czwartej. Potem on —po drugiej stronie parkietu, patrzył na mnie z takim spokojem, że nagle wszystko inne ucichło.
Nie pytał. Po prostu wszedł w moją przestrzeń, jedną rękę położył mi na biodrze i przyciągnął do siebie, jakby już podjął decyzję.
— Wyglądałaś, jakbyś próbowała zniknąć. Jego usta przy moim uchu, tak nisko, że omijały mój mózg. — Pomyślałem, że dam ci powód, żeby nie znikać.
Jego biodra wolno przy moich, dłoń zjeżdża na mój brzuch, przyciąga mnie mocniej. Długie palce, sygnet zimny na odkrytej skórze, gdzie podwinął mi się top. Wcisnęłam się w niego, a jego uścisk się wzmocnił.
— No i jest. Pół jęku, pół śmiechu przy mojej szyi, jakby go zaskoczyłam. Wyginałam się do niego, ocierałam, a jego zęby musnęły miejsce pod moim uchem.
— Jesteś kłopotem. Jego głos już był zachrypnięty, a wciąż staliśmy. Odchyliłam głowę na jego ramię, odsłaniając szyję, i usłyszałam jak zatrzymał oddech.
— To się odsuń. Nie poznałam własnego głosu—niższy, lekkomyślny, ktoś, kim nie byłam od trzech lat.
— Nie ma mowy. Jego usta znalazły łuk mojej szyi, otwarte, gorące. — Wolałbym cię rozebrać niż odejść — i ugięły się pode mną kolana. Jego ramię mnie złapało—mocniej, bliżej, jego ciało ścianą za moimi plecami.
Odwróciłam się i spojrzałam w górę—wysoki, szeroki, szczęka, którą przejechałam kciukiem. Złapał moją dłoń i przycisnął usta do jej wnętrza. Jego twarz nie wraca, choćby nie wiem jak się starała.
Samochód. Jego ręka wysoko na moim udzie, wsuwa się pod sukienkę. — Powiedz, żebym przestał. Przyciągnęłam go bliżej. Drzwi—jego zęby na mojej szyi, nogi oplatające jego biodra. Potem nic.
Pociąg szarpie. Paznokcie wycięły półksiężyce w moich dłoniach. Kimkolwiek był, to problem dla przyszłej mnie. Teraz mam dziewiętnaście minut, by udawać kogoś, kto nadaje się do pracy.
Lobby Reidfield Global: szkło, marmur i taka cisza, na którą stać tylko bardzo bogatych. Winda na czternaste. Suche usta. Przetrwałam gorsze rzeczy.
Creig Thompson wita mnie przy drzwiach z jedną z tych twarzy—otwartą, szybką, zbudowaną do uśmiechu, który od razu daje ci poczucie, że jesteś w środku żartu.
— Hailee Cross. Otwiera teczkę, ledwie na nią zerka. — Doświadczenie w finansach, trzy lata w Whitmore and Breck, potem luka. Opowiedz mi o tym.
— Dałam sobie czas, żeby przemyśleć kierunek. Mój głos brzmi pewniej, niż mam do tego prawo.
— Przemyśleć. Uśmiech się poszerza. — Piękne słowo. Bardzo korporacyjne. A co znaczy naprawdę, Hailee?
— Znaczy, że przez trzy lata układałam komuś życie, a teraz chciałabym spróbować z własnym.
Za ostro na rozmowę o pracę. Żołądek mi się zwija, czekam na uprzejme przekierowanie, uśmiech „dziękujemy za przybycie”.
Ale twarz Creiga się zmienia—nie na współczucie, którego bym nie zniosła. Na rozpoznanie. — Z tym da się pracować. Powiedz, w czym naprawdę jesteś dobra.
— W robieniu porządku z cudzego chaosu. Patrzę mu prosto w oczy. — Szybko, po cichu, bez potrzeby oklasków.
— Nie robię oklasków. Stuka dwa razy w biurko. — Stanowisko twoje—wsparcie dla zarządu, C-suite, start w poniedziałek.
— Ty— Moje ręce nieruchomieją na kolanach, bo muszę je powstrzymać przed drżeniem. — Tak po prostu?
— Wszedłaś tu na kacu—nie myśl, że nie widzę—a odpowiedziałaś lepiej niż ostatnia czwórka razem wzięta. Wzrusza ramionami. — Zatrudniam szybko, gdy to widzę.
— Gdy widzisz co, dokładnie? Pochylam się, w końcu instynkt rozmowy kwalifikacyjnej wygrywa z kacem.
— Kogoś, kogo nie trzeba prowadzić za rękę. Przesuwa papiery przez biurko. — NDA, benefity, cała ta biurokratyczna miłość. Masz długopis?
— Na pewno gdzieś był. Sięgam do torebki i chwytam coś nie tak—za ciężkie, za zimne, celowy ciężar, który nie powinien leżeć obok zmiętego paragonu za taksówkę.
Matowa czarna obudowa. Złota obrączka przy skuwce. Długopis wart więcej niż moje miesięczne zakupy. Nigdy nie miałam długopisu z taką samoświadomością.
Wzrok Creiga pada na niego i wszelka życzliwość znika z jego twarzy. Zdejmuje go z mojej dłoni, obraca między palcami, jakby czytał coś wygrawerowanego, czego nie widzę.
— Skąd to masz? Wciąż brzmi swobodnie, prawie. Ale pod spodem to coś ma zęby. — Długopis, znaczy.
Otwieram usta. Nic sensownego nie wychodzi. Rachunek robi się sam—jego długopis, moja torebka, noc, której nie pamiętam, łóżko, z którego wyszłam godzinę temu.
Moje palce bieleją na oparciu krzesła. Każdy fragment wczorajszej nocy ustawia się wokół mężczyzny siedzącego trzy metry ode mnie, wciąż trzymającego ten długopis jak dowód rzeczowy.
Chyba właśnie podpisałam umowę o pracę z facetem, w którego pościeli dziś rano się obudziłam.

I Slept With a Wrong Boss
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101