

Opis
Miala go otruc. Zamiast tego, uczynil ja swoja. Lucy Ashwood byla kiedys dumna Beta-teraz jest jedynie zhanbiona Omega, pozbawiona tytulu, bezbronna i ukarana za sprzeciwienie sie swojemu Alfie Valenowi. Ale on jeszcze nie skonczyl jej lamac. Ubiera ja w jedwab i dostarcza Przekletemu Ksieciu ze zlowroga obietnica: "To jest Lucy. Bedzie ci sluzyc... w pelni." Cassian Vale jest mitem. Oszpecony, zamkniety w sobie, zbyt potezny by go kontrolowac-i zdecydowanie zbyt spostrzegawczy. "Ona sie boi," mruczy. "Ale jest w niej jeszcze inny zapach. Cos goracego. Kuszacego." Uwodzenie ma byc pulapka. Lucy ma sie zblizyc, dodac trucizne i zniknac. Ale nic nie idzie zgodnie z planem. "Czy klamiesz wszystkim," pyta, "czy tylko mnie?" "To zalezy od dnia." Pije tojad z wlasnej woli-po czym wciaga ja w pocalunek tak surowy, ze zaciera granice miedzy kara a uwielbieniem. "Grasz w niebezpieczna gre, mala wilczyco." "Juz ja przegralam." To, co zaczyna sie jako podstep, przeradza sie w obsesje. Wiez zatrzaskuje sie na miejscu. I nagle Lucy nie jest juz tylko szpiegiem-jest jego. "Smakujesz jak moja smierc," warczy. "Ale wciaz chce wiecej." A jesli Valen sprobuje ja odebrac? Cassian spali dla niej swiat.
Rozdział 1
Jul 17, 2026
„Ognisko znowu płonie”, szepnęła Mira, szturchając mnie łokciem, gdy szorowałyśmy krew ze skalnej posadzki. „Dziś wieczorem ceremonia.”
„Pachnie mi to bzdurą”, mruknęłam, nie odrywając wzroku od plamy, która drwiła ze mnie od trzech dni. „Zawsze tak jest.”
„Lucy—”
„Nie.” Zanurzyłam szmatę z powrotem w wodzie z octem. „Po prostu nie.”
Co jest najgorszego w degradacji z Bety do sprzątania? Nagle wszyscy mieli opinię na temat twoich życiowych wyborów. Mira miała dobre intencje, ale nie miałam ochoty na pogadanki o spuszczaniu głowy i grzecznym zachowaniu.
Buty zadudniły w korytarzu. Ostre, pewne siebie, aż za dobrze znane.
„Cholera”, wyszeptała Mira, zrywając się na równe nogi. „Ja… zaraz—”
„Zostań.” Ale już jej nie było, zniknęła jak dym na wietrze.
„Wciąż na kolanach, Ashwood?” Głos Alfy Valena ociekał satysfakcją. „Robi ci się tam wygodnie?”
Szorowałam dalej. Może jeśli będę go wystarczająco ignorować, sam się spali. „Zajęta jestem.”
„Widzę.” Przykucnął obok mnie i poczułam jego perfumy—drogie, agresywne, wszystko, czego nienawidziłam w hierarchii stada, zamknięte w butelce. „Wiesz, co myślę?”
„Że osiągnąłeś szczyt w szkole?”
Jego śmiech był ostry jak potłuczone szkło. „Myślę, że ci się tam podoba. Udajesz, że jesteś lepsza od nas wszystkich, ale tak naprawdę?” Jego palce chwyciły mnie za podbródek, zmuszając mnie, bym na niego spojrzała. „Wiesz, że jesteś moja. Nawet jeśli nadal się opierasz.”
Odepchnęłam jego rękę tak szybko, że dźwięk odbił się echem. „Nie gram w żadne gry, Valen. Po prostu mnie nie interesujesz.”
Zmiana w jego wyrazie twarzy była subtelna—lekkie napięcie wokół oczu, uśmiech, który zrobił się lodowaty na krawędziach. „Zobaczymy.”
Wstał i odszedł, każdy krok wymierzony. Powinnam była poczuć ulgę. Zamiast tego w żołądku osiadł mi kamień strachu.
***
Tamtej nocy wycie przecięło wszystko—rozmowy przy kolacji, kłótnie, sen. Zwołanie stada. Takie, co znaczyło poważne sprawy.
„O co, twoim zdaniem, chodzi?” spytała Mira, gdy wchodziłyśmy na dziedziniec.
„O nic dobrego.” Ognisko płonęło pośrodku, rzucając cienie tańczące jak demony. „Kiedy zebranie stada było dobrym znakiem dla takich jak my?”
Tłum zgromadził się w tradycyjnym kręgu—wojownicy w ciemnych futrach wyglądali, jakby wyszli prosto z powieści fantasy, starszyzna w ceremonialnych szatach, które pewnie kosztowały więcej niż cała moja garderoba. Nawet szczenięta były obecne, z szeroko otwartymi oczami, tuląc się do matek.
Valen stał pośrodku, doskonale ustawiony, jakby startował w konkursie Alfa Miesiąca.
„Lucy Ashwood”, jego głos niósł się przez dziedziniec, gładki jak zatrute miód. „Odrzuciła roszczenie swojego Alfy.”
Słowa uderzyły jak fizyczny cios. Wokół mnie szmer westchnień przeszedł po tłumie.
„To nie—” ruszyłam naprzód.
„O nie, to źle”, szepnęła Mira obok mnie.
„Hańbiła swoją linię krwi”, ciągnął Valen, jego głos nabierał siły. „Nie podporządkowała się miejscu w porządku stada.”
„To jakaś bzdura!” zawołałam, głos załamał mi się ze złości. „Nigdy—”
„Dość.” Głos Starszego Rowana przeciął wszystko. Bez emocji, bez ciepła, tylko zimny autorytet. „Od dziś nie jest już Betą. Jest Omegą. Pozbawiona wszelkich przywilejów. Niezaznaczona. Bez ochrony.”
Świat się zachwiał. „Chyba sobie kpicie.”
Ale krąg już się rozstępował wokół mnie, członkowie stada cofali się, jakbym nagle dostała dżumy. Szukałam znajomych twarzy—partnerów z treningów, współlokatorek, kogokolwiek, kto mógłby się odezwać.
„Powiedz coś”, wyszeptałam do Miry, ale już się cofała.
„Nie mogę”, wymówiła bezgłośnie, z szeroko otwartymi ze strachu oczami. „Przepraszam.”
Jeden po drugim wszyscy odwracali wzrok. Nawet ci, po których się tego nie spodziewałam, spuścili głowy.
Valen ruszył w moją stronę, każdy krok odbijał się echem. Tłum patrzył w milczeniu, czekając, aż przedstawienie się naprawdę zacznie.
Zatrzymał się przede mną, tak blisko, że widziałam satysfakcję w jego oczach.
„Uklękniesz, Lucy”, powiedział cicho, głosem wijącym się jak dym. „Albo cię do tego zmuszę.”
„Idź do diabła.” Ale nogi mi się trzęsły i oboje o tym wiedzieliśmy.
„Już tam jestem.” Jego uśmiech był samymi zębami. „I teraz ty też.”
Próbowałam się nie poddawać. Naprawdę. Ale gdy całe stado patrzyło, czekając aż się złamię, kolana się pode mną ugięły. Kamień wbił mi się w skórę, gdy upadłam.
Cisza była ogłuszająca.
Valen pochylił się, a jego słowa były tylko dla mnie. „W końcu do mnie przyczołgasz się, Lucy. Zawsze to robią.”
Wstyd palił mocniej niż ognisko za moimi plecami, ale nie opuściłam głowy. Jeśli mam upaść, to z podniesioną głową.
„Pierdol się”, wyszeptałam.
Jego uśmiech się poszerzył. „O to chodzi.”

Kiss. Kill. Mate.
52 Rozdziały
52
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101