

Opis
Miala go otruc. Zamiast tego, uczynil ja swoja. Lucy Ashwood byla kiedys dumna Beta-teraz jest jedynie zhanbiona Omega, pozbawiona tytulu, bezbronna i ukarana za sprzeciwienie sie swojemu Alfie Valenowi. Ale on jeszcze nie skonczyl jej lamac. Ubiera ja w jedwab i dostarcza Przekletemu Ksieciu ze zlowroga obietnica: "To jest Lucy. Bedzie ci sluzyc... w pelni." Cassian Vale jest mitem. Oszpecony, zamkniety w sobie, zbyt potezny by go kontrolowac-i zdecydowanie zbyt spostrzegawczy. "Ona sie boi," mruczy. "Ale jest w niej jeszcze inny zapach. Cos goracego. Kuszacego." Uwodzenie ma byc pulapka. Lucy ma sie zblizyc, dodac trucizne i zniknac. Ale nic nie idzie zgodnie z planem. "Czy klamiesz wszystkim," pyta, "czy tylko mnie?" "To zalezy od dnia." Pije tojad z wlasnej woli-po czym wciaga ja w pocalunek tak surowy, ze zaciera granice miedzy kara a uwielbieniem. "Grasz w niebezpieczna gre, mala wilczyco." "Juz ja przegralam." To, co zaczyna sie jako podstep, przeradza sie w obsesje. Wiez zatrzaskuje sie na miejscu. I nagle Lucy nie jest juz tylko szpiegiem-jest jego. "Smakujesz jak moja smierc," warczy. "Ale wciaz chce wiecej." A jesli Valen sprobuje ja odebrac? Cassian spali dla niej swiat.
Rozdział 1
Jul 4, 2025
„Ognisko znowu płonie” – szepnęła Mira, trącając mnie łokciem, gdy szorowałyśmy krew z kamiennej posadzki. „Dziś wieczorem ceremonia.”
„Pachnie mi to gównem,” mruknęłam, nie odrywając wzroku od plamy, która drwiła ze mnie już trzeci dzień z rzędu. „Zawsze tak jest.”
„Lucy—”
„Nie.” Zanurzyłam szmatę z powrotem w wodzie z octem. „Po prostu nie.”
Co jest najgorsze w degradacji z Bety do sprzątaczki? Nagle wszyscy mają coś do powiedzenia o twoich życiowych wyborach. Mira miała dobre intencje, ale nie miałam ochoty słuchać pogadanek o tym, żeby trzymać głowę nisko i być grzeczną.
W korytarzu rozległy się kroki. Ostro, pewnie, aż za dobrze znajome.
„Cholera,” wyjęczała Mira, podrywając się na nogi. „Ja… zaraz—”
„Zostań.” Ale już jej nie było, zniknęła jak dym na wietrze.
„Wciąż na kolanach, Ashwood?” – głos Alphy Valena był przesiąknięty satysfakcją. – „Robi ci się tam wygodnie?”
Szorowałam dalej. Może gdybym go wystarczająco mocno zignorowała, spontanicznie by się zapalił. „Zajęta.”
„Widzę.” Przykucnął obok mnie, a ja poczułam jego perfumy – drogie, agresywne, wszystko, czego nienawidziłam w hierarchii watahy zamknięte w butelce. „Wiesz, co myślę?”
„Że twoje życie skończyło się w szkole?”
Jego śmiech był ostry jak rozbite szkło. „Myślę, że ci się tam podoba. Udajesz, że jesteś lepsza od reszty, ale tak naprawdę?” Jego palce chwyciły mój podbródek, zmuszając mnie, żebym na niego spojrzała. „Wiesz, że jesteś moja. Nawet jeśli dalej udajesz niedostępną.”
Odepchnęłam jego dłoń tak szybko, że dźwięk odbił się echem. „Nie udaję niczego, Valen. Po prostu mnie nie interesujesz.”
Zmiana w jego wyrazie twarzy była subtelna – lekkie napięcie wokół oczu, uśmiech, który oziębł na krawędziach. „Zobaczymy.”
Wstał i odszedł, każdy krok był celowy. Powinnam poczuć ulgę. Zamiast tego niepokój osiadł mi w żołądku jak kamień.
***
Tej nocy wycie przecięło wszystko – rozmowy przy kolacji, kłótnie, sen. Zgromadzenie watahy. Takie, które oznaczało poważne sprawy.
„Jak myślisz, o co chodzi?” – spytała Mira, gdy ustawiałyśmy się w kolejce do dziedzińca.
„O nic dobrego.” Ognisko płonęło pośrodku, rzucając cienie tańczące jak demony. „Kiedy zgromadzenie watahy było dobrą wiadomością dla takich jak my?”
Tłum zebrał się w tradycyjnym kręgu – wojownicy w ciemnych futrach wyglądali, jakby wyszli z powieści fantasy, starszyzna w ceremonialnych szatach, które pewnie kosztowały więcej niż cała moja garderoba. Były tam nawet szczenięta, z szeroko otwartymi oczami, kurczowo trzymające się matek.
Valen stał na środku, perfekcyjnie wyprostowany, jakby próbował dostać się na okładkę „Alpha Monthly”.
„Lucy Ashwood” – jego głos niósł się przez dziedziniec, gładki jak zatruty miód. – „Odrzuciła roszczenie swojego Alphy.”
Te słowa uderzyły jak fizyczny cios. Wokół mnie przez tłum przeszedł szmer zaskoczenia.
„To nie—” ruszyłam do przodu.
„O, to niedobrze,” wyszeptała Mira obok mnie.
„Hańbiła swój ród,” kontynuował Valen, jego głos nabierał siły. „Nie podporządkowała się swojemu miejscu w porządku watahy.”
„Co za pieprzenie!” krzyknęłam, mój głos załamał się od furii. „Ja nigdy—”
„Dość.” Głos Starszego Rowana przeciął wszystko. Bez emocji, bez ciepła, tylko zimny autorytet. „Od dziś nie przysługuje jej już ranga Bety. Jest Omegą. Pozbawiona wszelkich przywilejów. Bez znaku. Bez ochrony.”
Świat przekręcił się na bok. „Chyba sobie kurwa żartujecie?”
Ale krąg już się rozstępował przede mną, członkowie watahy cofali się, jakbym nagle nabawiła się dżumy. Szukałam znajomych twarzy – partnerów od treningów, współlokatorów, kogokolwiek, kto mógłby się odezwać.
„Powiedz coś,” wyszeptałam do Miry, ale już się cofała.
„Nie mogę,” wymamrotała bezgłośnie, oczy szerokie ze strachu. „Przepraszam.”
Jeden po drugim, wszyscy odwracali wzrok. Nawet ci, na których liczyłam, spuścili głowy.
Valen ruszył w moją stronę, każdy krok odbijał się echem. Tłum patrzył w milczeniu, czekając, aż przedstawienie naprawdę się zacznie.
Zatrzymał się przede mną, tak blisko, że widziałam satysfakcję w jego oczach.
„Uklękniesz, Lucy,” powiedział cicho, jego głos był jak dym. „Albo cię do tego zmuszę.”
„Spadaj do diabła.” Ale moje nogi się trzęsły i oboje o tym wiedzieliśmy.
„Już tam jestem.” Jego uśmiech był samymi zębami. „I teraz ty też.”
Starałam się utrzymać na nogach. Naprawdę. Ale kiedy stałam naprzeciwko całej watahy, czekającej, aż się złamię, kolana się pode mną ugięły. Kamień wbił mi się w skórę, gdy upadłam.
Cisza była ogłuszająca.
Valen pochylił się, te słowa były tylko dla mnie. „I tak do mnie przyczołgasz się, Lucy. Zawsze tak robią.”
Wstyd palił mocniej niż ognisko za mną, ale trzymałam głowę wysoko. Jeśli już miałam upaść, to z podniesionymi pięściami.
„Pierdol się,” wyszeptałam w odpowiedzi.
Jego uśmiech się poszerzył. „O to chodzi.”

Kiss. Kill. Mate.
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101