

Opis
Cassian jest niebezpieczny, niestabilny - i niezbedny dla planow krola Torena. Ale gdy Lady Yara wpada w panike na jego widok, nazywajac go niegodnym, jego wilk niemal przejmuje kontrole na oczach calego dworu. Krol jest wsciekly. Zalotnicy uciekaja. Potem, w zimnej perfekcji terytorium Valena, Cassian ja znajduje. "Ten zapach uderza mnie znowu, teraz silniejszy. Ona tu jest." Lucy zostaje przedstawiona jako sluzaca, ale wszystko, co mowi Cassian, wskazuje na cos wiecej. Nie jest tylko piekna. Jest jego. "To albo najlepsza rzecz, jaka mi sie przytrafila", mrucze, "albo zaraz zostane spektakularnie wyruchany." Valen oferuje ja jak wlasnosc. Ich spojrzenia sie spotykaja. Ona mowi tak. A Cassian bierze ja w posiadanie na oczach wszystkich. "Zabiles ich." "Dotkneli cie." Ale Lucy nie jest prezentem. Jest bronia. A Cassian nie wie, ze zostala wyslana, by go zabic.
Rozdział 1
Aug 13, 2025
Trzy potencjalne narzeczone. Jedna sala tronowa. Zero cierpliwości w moim ciele.
Siedzę obok Torena niczym jakaś pokręcona wersja jurora z teleturnieju, z tą różnicą, że zamiast oceniać talenty, analizujemy, którą wilczycę spotka zaszczyt bycia prawnie związanym z chodzącym koszmarem. Szczęściary.
Pierwsza—Lady Ktoś-tam z północnych terytoriów—wchodzi wyglądając, jakby wolała być dosłownie gdziekolwiek indziej. Jej zapach uderza mnie natychmiast: czysty, nierozcieńczony strach zmieszany z lawendowymi perfumami, które chyba miały ją uspokoić, ale tylko sprawiają, że ten strach pachnie kwieciście. Kłania się tak nisko, że aż dziwię się, że się nie przewraca, a wzrok przykleja do marmurowej posadzki, jakby kryła tajemnice wszechświata.
W sumie, mądry ruch.
Toren odgrywa swoją rolę—pyta o majątki jej rodziny, lojalność, bla bla polityczne brednie. Odpowiada szeptem, głos drży jak jesienne liście. Gdy w końcu podnosi wzrok, jej spojrzenie przemyka po mnie może przez pół sekundy, zanim niemal odruchowo odskakuje.
Tak, to się zgadza.
Druga jest odrobinę lepsza. Lady Vera z wschodnich klanów, zbudowana tak, że pewnie poradziłaby sobie w walce, ale w chwili, gdy mnie zauważa, jej wojownicza postawa się rozpada. Jej strach jest ostrzejszy, bardziej metaliczny. Desperacja podszyta rezygnacją.
Wie, że jest skazana w każdą stronę—wyjść za mnie i radzić sobie z moim psychopatycznym ojcem albo odmówić i przynieść hańbę całemu swojemu rodowi. Uroki szlacheckiej polityki.
A potem wkracza Lady Yara i wszystko się zmienia.
Ta jest inna. Opanowana, pewna siebie, nosząca swoją ambicję jak drogą biżuterię. To wybór Torena—polityczny sojusz, który wzmocni jego południowe wpływy. Mądra decyzja, strategicznie rzecz biorąc.
Kłania się z wyćwiczoną gracją, odpowiada na jego pytania z odpowiednią mieszanką szacunku i inteligencji. Gra doskonale. W jej zapachu czuć jaśmin i coś jeszcze—może wyrachowanie. Ambicja z nutą prawdziwej stali.
Przez krótką chwilę prawie wierzę, że to mogłoby się udać. Nie kuli się, nie traktuje mnie jak wściekłego zwierzęcia, które przykuto tu dla rozrywki. Może w końcu znaleźliśmy kogoś z dość silnym kręgosłupem, by—
I wtedy popełnia śmiertelny błąd: naprawdę na mnie patrzy.
Naprawdę patrzy. Kontakt wzrokowy i wszystko.
Widzę dokładnie ten moment, gdy jej opanowanie się rozpada. Jej źrenice się rozszerzają, nozdrza lekko się rozchylają, gdy mój zapach uderza ją z pełną siłą. Maska, którą nosiła, pęka, potem całkowicie znika.
—Ja— zaczyna, głos wyższy niż przedtem. —Wasza Wysokość, muszę mówić otwarcie.
No to się zaczyna.
—To małżeństwo... Nie mogę... On jest niestabilny.
To słowo uderza jak cios fizyczny. Niestabilny. Nie niebezpieczny, nie przerażający—niestabilny. Jakbym był wadliwą maszyną, która może się popsuć w każdej chwili.
Co, szczerze mówiąc, nie jest całkiem nieprawdą, ale słyszeć to wypowiedziane na głos, przed całą salą? To boli w sposób, jakiego się nie spodziewałem.
Zapach strachu w sali natychmiast narasta. Nie tylko od niej—od wszystkich. Strażnicy zmieniają pozycje, szlachcianki szepczą za wachlarzami, służba dyskretnie przesuwa się w stronę wyjść.
I wtedy mój wilk postanawia się ujawnić.
Zmiana zaczyna się w mojej piersi—palące, drapiące uczucie, które rozprzestrzenia się jak pożar. Mój wzrok się wyostrza, kolory stają się żywsze, a nagle czuję każdy zapach. Strach każdego człowieka, metal broni, pył kamienny w powietrzu, resztki śniadania z kuchni trzy piętra niżej.
Kości zaczynają mnie boleć, to znajome preludium do przemiany, które zwykle trzymam pod ścisłą kontrolą. Ale strach Lady Yary bezpośrednio karmi instynkty mojego wilka, a kontrola wymyka mi się z rąk jak woda.
Pierwszy służący krzyczy, gdy wysuwają mi się kły. Potem kolejny. Wybucha chaos, gdy ludzie orientują się, co się dzieje.
Krzesła szurające po kamieniu. Kroki walące w stronę drzwi. Krzyki paniki odbijające się od sklepionych sufitów.
Przez to wszystko słyszę własne serce dudniące w uszach, czuję, jak kręgosłup zaczyna się wyginać, mięśnie falują pod skórą, która nagle wydaje się zbyt ciasna.
Nie. Nie tutaj. Nie teraz.
Wbijam pazury—cholera, kiedy one wyszły?—w podłokietniki krzesła i wkładam całą siłę woli, by zepchnąć wilka z powrotem. To jak próba wsadzenia tornada do butelki, ale udaje mi się. Ledwie.
Przemiana cofa się w brutalnych szarpnięciach—kości trzaskają, wracając do ludzkiej formy, kły się chowają, przytłaczające bodźce powoli stają się znośne.
Ale szkody zostały wyrządzone.
Sala zalega zupełna cisza, przerywana tylko ciężkim oddechem i odległym odgłosem uciekających kroków. Wszystkie trzy potencjalne narzeczone dawno zniknęły, pewnie są już w połowie drogi do swoich ziem.
A Toren... Toren stoi obok swojego tronu, zaciśnięte pięści, patrzy na mnie z wyrazem, który aż za dobrze znam.
Furia. Czysta, królewska, ledwie powstrzymywana wściekłość.
—Cassian. — Jego głos jest zabójczo cichy. Taki, który zwykle zapowiada egzekucje.
Wciąż ściskam podłokietniki wystarczająco mocno, by zostawić trwałe wgłębienia w drewnie, próbując uspokoić oddech. Każdy instynkt krzyczy, by uciekać, zniknąć, zanim jego gniew wybuchnie w coś, czego oboje pożałujemy.
Ale mam dość uciekania. Dość bycia potworem, którego wszyscy się spodziewają.
—Cóż — udaje mi się wykrztusić, głos bardziej szorstki niż zwykle, ale pewniejszy, niż się czuję. — Poszło lepiej, niż się spodziewałem.
Jego spojrzenie mogłoby topić stal. — Sala wojenna. Teraz. Chyba że wolisz znowu być zamknięty w klatce.

Kiss. Kill. Mate. Cassian's POV
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101