

Opis
Emily przeniosla sie na Uniwersytet Lakeview z jednego powodu: stypendium na program lyzwiarstwa figurowego, ktory mogl otworzyc jej droge do Mistrzostw Krajowych. Przyjechala dla lodu, szansy i osmiuset mil dystansu od nieustannych prob matki, by swatac ja z ,,milymi chlopcami". Nie przyjechala z powodu Madison Reyes. Byly kiedys najlepszymi przyjaciolkami - nierozlaczne od osmego do dwunastego roku zycia, to byla przyjazn, ktora wydawala sie wieczna. Potem rodzina Maddie sie wyprowadzila, listy przestaly przychodzic, a Emily zakopala te strate gdzies gleboko, by nie musiec na nia patrzec. Maddie, ktora czeka na nia w Lakeview, nie jest dziewczyna, ktora pamietala. Ta Maddie jest dopracowana, nieosiagalna i jest kapitanem druzyny - a Emily wita usmiechem i slowami ostrymi jak brzytwa. Ich nienawisc przeistacza sie w naladowane spojrzenia, niebezpieczne gry i spotkania, po ktorych Emily zaczyna kwestionowac wszystko, co myslala, ze wie o sobie i swojej seksualnosci. Zblizaja sie Mistrzostwa, stypendia sa na szali, a okrutna hierarchia spoleczna gotowa jest zniszczyc je obie. Emily i Maddie musza zdecydowac, co jest wazniejsze: mury, ktore zbudowaly, by przetrwac, czy przerazajaca mozliwosc, ze osoba, ktora zagraza wszystkiemu, moze byc jedyna, ktora naprawde je widzi.
Rozdział 1
May 24, 2026
[Perspektywa Emily]
Zaczynanie od nowa ma to do siebie, że nikt ci nie mówi, jak wyczerpujące jest udawanie, że wiesz, co do cholery robisz.
Dwie godziny temu wszystko było prostsze i wiedziałam, co mnie dziś czeka.
Pierwszy trening, nowa drużyna, świeży start w nowym mieście. Narzuta na łóżku w motelu miała wzór, który zdawał się być zaprojektowany, by ukryć plamy niewiadomego pochodzenia — nawet nie próbowałam dociekać.
Byłam tam prawie tydzień, czekając, aż otworzą akademiki. Wystarczająco dużo czasu, by zapamiętać każdy zaciek na suficie i nawiązać skomplikowaną relację z automatem na końcu korytarza.
Trenerka Marquette zrekrutowała mnie osobiście. Stypendium, szansa wyrwania się z mojego starego programu, który nie był zły, ale tutaj możliwości są lepsze.
Sposób na ucieczkę od mojej matki.
Ona uważała, że popełniam błąd, zwykle tak sądzi. Ale mimo wszystko zawiozła mnie na lotnisko i kazała zadzwonić, jak tylko wyląduję.
My jesteśmy skomplikowane — tak jak wtedy, gdy zapisała mnie na łyżwy, gdy miałam cztery lata, a potem po latach próbowała znaleźć mi „miłego chłopaka”, bo najwyraźniej za bardzo wkręciłam się w sport.
Typowe sprawy matka-córka. Nawet nie warto o tym wspominać.
Tak samo jak o tych wszystkich facetach, których próbuje mi podsuwać.
Stoję na lodowisku Uniwersytetu Lakeview, próbując wyglądać, jakbym tu pasowała. Samo lodowisko jest piękne. Zimne i jasne, lód świeżo wyrównany, lśniący pod jarzeniówkami.
"Nie rozciągaj się tutaj."
Podnoszę wzrok i widzę dziewczynę z dzikimi, kręconymi włosami, która wskazuje miejsce, które sobie upatrzyłam. Ma taką twarz, której chce się od razu zaufać — otwartą, rozbawioną, lekko chaotyczną.
"To miejsce Maddie," kontynuuje. "W zasadzie wszystko odtąd aż do wejścia dla Zamboni to teren Maddie. Ta dziewczyna ma więcej terytorium niż średniowieczny lord."
"Maddie?" Wstaję, sięgając po butelkę z wodą.
"Nasza szacowna kapitan. Wyobraź sobie Reginę George, tylko z potrójnymi axlami i kartą kredytową tatusia." Dziewczyna wyciąga rękę. "Jestem Ava. Musisz być tą nową na stypendium, o której trenerka tyle mówiła."
"Emily," odpowiedziałam, ściskając jej dłoń. "I 'tyle mówiła' to trochę na wyrost. Bardziej: 'wspomniała raz mimochodem.'"
Ava śmieje się i to pierwszy prawdziwy dźwięk, jaki słyszę od przyjazdu. "Uwierz mi, jeśli trenerka w ogóle cię wspomniała, to już spore wyróżnienie."
Siadamy na ławce i zaczynam wiązać łyżwy, podczas gdy Ava daje mi coś, co nazywa „przewodnikiem przetrwania, żeby emocjonalnie nie zostać zamordowaną”.
"Maddie, ona..." Ava ścisza głos. "Słuchaj, ona jest niesamowitą łyżwiarką. Taką, że aż głupio dobra. Ale to też ten typ osoby, która uśmiechnie się do ciebie, kalkulując dokładnie, gdzie wbić nóż, żeby bolało najbardziej."
"Brzmi uroczo."
Podążam za jej wzrokiem do grupki dziewczyn na środku lodu. Wszystkie są jak wariacje na ten sam temat — długie nogi, idealne kucyki, swobodna pewność siebie. A w centrum, jak słońce, wokół którego krążą, jest... Niemożliwe.
Żołądek opada mi do podłogi, może nawet do innego wymiaru, w którym wszystko ma sens. Bo dziewczyna, która tam króluje, ta ze wzorową postawą i śmiechem niosącym się po lodzie jak groźba, to Maddie.
Moja Madison.
A raczej ta Madison, która kiedyś była moja, kiedy miałyśmy dwanaście lat i wydawało się nam, że przyjaźń znaczy na zawsze.
Ava dalej mówi, ale ja nie mogę oderwać wzroku.
Lata przemieniły ją w kogoś jak z okładki magazynu — same ostre kąty i zamierzona uroda. Dziecięcy tłuszczyk zniknął, a jego miejsce zajęły kości policzkowe ostre jak szkło i obecność, która wysysa całe powietrze z pomieszczenia.
Jest przepiękna.
Taka piękna, że robi ci się głupio. Zapominasz o samozachowawczym instynkcie i o tym, że ewidentnie rządzi tu strachem i żelazną kondycją.
Zanim zdążę się zastanowić, moje zdradzieckie nogi już prowadzą mnie w jej stronę.
Jest we mnie ta głupia, pełna nadziei część, która myśli, że może — może —kiedy mnie zobaczy, coś zaskoczy. Zaśmiejemy się z przypadku, przedstawi mnie wszystkim i będzie jakby te lata rozłąki nigdy nie miały miejsca.
Jestem idiotką.
"Madison?"
Odwraca się i przez jedną idealną sekundę widzę błysk rozpoznania na jej twarzy. Jej oczy, wciąż w tym niemożliwym odcieniu brązu, który sprawiał, że zapominałam własne imię, rozszerzają się lekko.
Potem jej wyraz twarzy staje się chłodny i wypolerowany, jakby założyła maskę. "To Maddie. W czym mogę pomóc?"
Te słowa są jak kubeł lodowatej wody na twarz. Patrzy na mnie jak na obcą.
Nie, gorzej. Jak na problem.
"To ja. Emily? My kiedyś—"
„O Boże.” Przerywa mi, a jej głos jest na tyle głośny, że wszystkie jej pszczoły odwracają się, żeby się przyjrzeć. „Emily Harper?”
Sposób, w jaki wymawia moje imię, sprawia, że brzmi ono jak choroba. „Tak, ja…”
„To jest przezabawne.” Odwraca się do swoich obserwatorek, które patrzą na nas z takim napięciem, jakie zwykle rezerwuje się dla katastrof w reality show. „Dziewczyny, to jest Emily. Byłyśmy przyjaciółkami, kiedy miałyśmy… ile? Dwanaście lat?”
„Osiem do dwunastu, właściwie.” Poprawka wymyka mi się, zanim zdołam ją powstrzymać.
„Racja.” Jej śmiech jest krystaliczny, ostry jak skalpel. „W czasach, gdy uważałyśmy, że bransoletki przyjaźni to szczyt mody. Ale żenada.”
Czuję, jak twarz mi płonie. „Ty też je robiłaś.”
„Naprawdę?” Maddie przekrzywia głowę, przyglądając mi się jak szczególnie nudnemu eksponatowi w muzeum. „Wiele ze swojej tragicznej fazy wyparłam. Wiesz, jak jest. Każdy ma tego dziecięcego przyjaciela, którego wspomina z zażenowaniem.”
Tamta przyjaciółka.
Nie najlepsza przyjaciółka. Nie dziewczyna, z którą przemykała się na filmy. Nie osoba, która wiedziała, że Maddie boi się burz i zostawała z nią na telefonie, dopóki nie przeszły.
Po prostu tamta koleżanka. Ta żenująca.
„Chociaż chyba niektórzy nigdy nie wyrastają ze swojej tragicznej fazy,” kontynuuje, wzrokiem powoli omiatając moje łyżwy i zdecydowanie-nie-markowy strój treningowy. „Słodko, że dalej jeździsz na łyżwach. Liga rekreacyjna?”
„Jestem w drużynie,” udaje mi się wydusić, głos ledwo mi się nie łamie. „Trenerka Marquette mnie zrekrutowała.”
Coś mignęło w jej wyrazie twarzy—zaskoczenie, a może irytacja. Ale znika, zanim zdążę to zrozumieć.
„Jakie to… wyjątkowe.” Rozciąga słowo, jakby źle smakowało. „Spróbuj nadążyć, dobrze? Mamy tu swoje standardy.”
Zaczyna się odwracać, po czym zatrzymuje się i patrzy przez ramię.
„A, Emily? To coś, kiedy chodziłaś za mną jak piesek? Może tutaj sobie to darujmy. To takie desperackie, i szczerze?” Uśmiecha się, a jej uśmiech to same zęby. „Wtedy też to było żenujące.”
Te słowa uderzają jak ciosy. Chodziłam za nią jak piesek?
Byłam jej najlepszą przyjaciółką. Byłyśmy równe. A przynajmniej tak mi się wydawało.
Blondynka pochyla się i szepcze coś Maddie do ucha, obie wybuchają śmiechem—tym specyficznym, który jasno mówi, że jesteś puentą żartu.
Wciąż stoję jak idiotka, zamarznięta, kiedy Maddie odjeżdża z całą swoją świtą. Poruszają się jak jeden organizm, zsynchronizowane w swoim poczuciu wyższości.
Gdy moje nogi w końcu sobie przypominają, jak się ruszać, wycofuję się pod bandę i próbuję wyglądać normalnie.
Trening jest brutalny w tym dobrym sensie—takim, który znaczy, że trenerka Marquette naprawdę wie, co robi. Przegania nas przez ćwiczenia tak długo, aż uda płoną, a płuca błagają o litość.
Jestem wdzięczna za tę odskocznię. Wysiłek fizyczny jest prostszy niż to, co dzieje się w mojej głowie, za każdym razem, gdy dostrzegam Maddie po drugiej stronie lodowiska.
Pod koniec treningu energia się zmienia. Kilka dziewczyn zaczyna popisywać się—ktoś ląduje czysty podwójny axel, inna odpowiada efektownym siadem z obrotu. Swobodne przekomarzanie się udające zabawę.
Wtedy blondynka woła: „Królowa lodu! Dalej, to tradycja dla debiutantek!”
Wszystkie spojrzenia kierują się na mnie, czuję to niemal fizycznie—piętnaście par oczu na nowo ocenia moją obecność.
„Nowa powinna zmierzyć się z kapitanem,” ktoś dodaje. „Przywitajmy ją jak trzeba.”
Na lodzie zapada cisza. Wyraz twarzy Maddie się nie zmienia, ale coś w jej oczach robi się ostrzejsze. Zbliża się do środka lodowiska z łatwością kogoś, kto nigdy nie przegrał niczego, na czym mu zależało.
„No?” Zaprasza mnie gestem, uprzejma i nieprzenikniona. „Zobaczmy, co znalazła trenerka.”
Serce wali mi jak młot, gdy podjeżdżam, żeby się z nią zmierzyć. Czymkolwiek byłyśmy dla siebie w wieku ośmiu, dziesięciu, dwunastu lat, teraz jesteśmy tym: dwie łyżwiarki po przeciwnych stronach lodu, a wszyscy patrzą, co się wydarzy.
Blondynka, która wywołała pojedynek, uśmiecha się, jakby kupiła bilet na coś wyjątkowo zabawnego. Zapamiętuję jej twarz na później, na potrzeby zemsty.
Maddie ustawia się naprzeciw mnie i przez pół sekundy coś przebiega przez jej twarz. Duch tych dwóch dzieciaków, które ćwiczyły wspólnie przekładanki, aż kostki odmawiały posłuszeństwa.
Potem to znika, gładkie jak świeżo zrobiony lód.
„Gotowa?” pyta.
Obniżam środek ciężkości, czuję, jak krawędzie moich łyżew łapią powierzchnię pod spodem.
Czymkolwiek to jest—próba, powitanie, publiczny sprawdzian umiejętności—nie zamierzam pierwsza okazać strachu. Nie przejechałam ośmiuset mil, żeby się teraz cofnąć. „Gotowa.”

Kiss Me, Captain
165 Rozdziały
165
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101