

Opis
Zostala oddana, by splacic dlug. On jest tym jednym mezczyzna, ktorego nigdy nie powinna pragnac. Lucia Santoro wie, co znaczy przetrwac-pracowac ponad sily, by utrzymac w kupie rozbita rodzine, az jeden lekkomyslny blad wiaze ja z potezna dynastia, ktora nie wybacza, nie zapomina i nie odpuszcza. Wtracona w malzenstwo, ktorego nigdy nie wybrala, Lucia szybko sie przekonuje, ze bogactwo to tylko inny rodzaj klatki... a pozadanie jest znacznie grozniejsze niz strach. Salvatore Caruso rzadzi swoim swiatem z dyscyplina, kontrola i zelaznym usciskiem nad wlasnymi emocjami. Wdowiec przesladowany przez przeszlosc, pogrzebal pragnienie rownie gleboko, co ciala pod swoim imperium. Ale gdy Lucia pojawia sie w jego zyciu, wszystko, co przysiagl chronic-jego dziedzictwo, autorytet, opanowanie-zaczyna sie kruszyc. Ich wiez jest natychmiastowa, zakazana i niemozliwa do zignorowania... a kazde ukradkowe spojrzenie grozi wywolaniem wojny, ktorej zadne z nich nie przetrwa. Gdy napiecie narasta, a granice sie zacieraja, Lucia i Salvatore zostaja wciagnieci w prawde, ktora moze ich oboje zniszczyc. Mroczna, zmyslowa i naladowana emocjami, to opowiesc o zakazanej milosci, gdzie pozadanie jest niebezpieczne, wybory kosztowne, a pragnienie niewlasciwej osoby moze okazac sie najbardziej druzgocacym ryzykiem ze wszystkich.
Rozdział 1
Feb 19, 2026
POV Lucia
"Wyglądasz jak śmierć na chorągwi, Lucio." Głos Enza dobiega zza aptecznego kontuaru, gdzie od godziny udaje, że sortuje tabletki.
Tak naprawdę cały czas obserwuje mnie tymi zmartwionymi brązowymi oczami, które za bardzo przypominają mi oczy dziadka.
Światła nad moją głową migoczą, jakby wyśmiewały moją czternastą godzinę na tych popękanych linoleum. Kostki pulsują przy każdym kroku, gdy sięgam, by uzupełnić butelki aspiryny na najwyższej półce.
Ironia nie umyka mojej uwadze—otoczona środkami przeciwbólowymi, na które nie stać mnie, by je kupić.
"Dziękuję za poprawę humoru, panie Bianchi."
Prostuję kolejny rząd butelek, upewniając się, że każda etykieta jest zwrócona do przodu. Idealne ustawienie, idealna kontrola—jedyna, jaka mi została w życiu.
"Twój ojciec nie jest wart tego cierpienia, cara." Jego słowa są łagodne, ale celowe. "Całe miasteczko wie, co spotkało rodzinę Santoro. Nie musisz się wykańczać, próbując naprawić to, co on zniszczył."
Całe miasteczko wie. Oczywiście, że tak. W miejscu, gdzie sprawy każdego stają się tematem kolacji, nasz upadek wciąż jest wspominany przy niedzielnych obiadach.
Prostuję ramiona i odwracam się do niego.
"Naprawdę doceniam troskę." Uśmiech, którym go obdarzam, nic mnie nie kosztuje—zdążyłam się ich nauczyć. "Właściwie, zastanawiałam się, czy mogłabym wziąć dodatkowe zmiany w przyszłym tygodniu? Carla wspominała, że potrzebuje kogoś na czas operacji matki."
Westchnienie Enza mogłoby napompować balon na gorące powietrze. Jego zniszczone ręce bębnią o blat, gdy mnie obserwuje—ten siedemdziesięcioletni mężczyzna, który dał mi pierwszą pracę, kiedy nikt nie chciał zatrudnić Santoro.
"Już pracujesz sześćdziesiąt godzin, Lucio."
"A mogę pracować siedemdziesiąt." Przechodzę do następnej półki. Każda butelka, każde pudełko, każda mijająca minuta to kolejny dolar do długu rosnącego szybciej, niż jestem w stanie go spłacić. "Proszę, panie Bianchi. Wie pan, że można na mnie polegać."
"Madonna mia, jesteś za młoda, by być taką starą." Kręci głową, ale wyciąga grafik. "Dobrze. Od wtorku do czwartku, zmiany zamykające. Ale jeśli zobaczę, że śpisz na stojąco, wysyłam cię do domu."
"Umowa stoi." Kolejny wyćwiczony uśmiech. Kolejne małe zwycięstwo w wojnie, którą przegrywam.
Godziny zlewają się w jedną całość. Gdy zegar wybija jedenastą, sklep pogrąża się w grobowej ciszy. Liczę kasę dwa razy—1847,62 dolarów, tak samo jak za pierwszym razem.
Wystawy zamykają się jedna po drugiej, klucze brzęczą jak małe dzwonki ogłaszające koniec kolejnego dnia, który przetrwałam. Moje odbicie w szklanych drzwiach pokazuje dwudziestotrzyletnią kobietę, która wygląda na trzydzieści—ciemne cienie pod jeszcze ciemniejszymi oczami.
Sięgam do włącznika światła, gdy słyszę cichy pomruk silnika. Czarny mercedes stoi na krawężniku, przyciemniane szyby odbijają neon apteki.
Silnik gaśnie i najpierw wysiada trzech mężczyzn. Ciemne garnitury, które zbyt dobrze leżą, by były z sieciówki, oczy skanujące witrynę, ulicę, cienie.
Szukają zagrożenia.
Wtedy pojawia się mężczyzna.
Jest starszy, może około pięćdziesiątki, z nitkami srebra w ciemnych włosach zaczesanych do tyłu, z twarzą jak z antycznych monet. Garnitur w kolorze grafitowym, perfekcyjnie skrojony, a na nim krew.
Serce wali mi w piersi. Od niego bije władza, jak od ognia bije żar. Przechodzi przez drzwi, jakby był właścicielem budynku.
"Potrzebuję czystej wody, bandaży i środków przeciwbólowych."
Jego głos to aksamit owinięty wokół stali, spokojny i nieśpieszny. Te ciemne oczy—brązowe czy czarne, trudno powiedzieć w tym świetle—wbijają się w moje z taką intensywnością, że oddychanie staje się trudne.
Patrzę znów na krew. "Powinien pan iść do szpitala. To wygląda poważnie."
Jego wyraz twarzy się nie zmienia. "Żadnego szpitala."
Dwa słowa. Tylko tyle.
Nie wolno mi powtórzyć tej sugestii.
Ruszałam się bez zastanowienia, zbierając rzeczy dłońmi bardziej pewnymi, niż powinny być. Woda butelkowana z lodówki, gaza spod lady, środek odkażający, który będzie piekł jak diabli.
"Pokaż mi ranę." Te słowa zaskakują mnie tak samo, jak jego. "Przesiąka panu przez koszulę. Jeśli nie pójdzie pan do szpitala, przynajmniej pozwól mi ją oczyścić."
Jego ludzie się napinają, ale on lekko podnosi rękę i wszystko zamiera.
"Masz jakieś wykształcenie medyczne?"
"Dwa lata szkoły pielęgniarskiej. Wystarczy, żebym wiedziała, że ta rana wymaga natychmiastowej pomocy, zanim wda się infekcja."
Przez chwilę mnie ocenia, potem zrzuca marynarkę i odpina koszulę, odsłaniając rozcięcie wzdłuż żeber. Jego ludzie wyglądają na zakłopotanych.
Moje dłonie poruszają się z dawno nabywaną precyzją, gdy oczyszczam ranę środkiem odkażającym. Jego skóra jest ciepła pod moimi palcami, a jego oczy nie spuszczają mnie z oczu. To szaleństwo—udaję pielęgniarkę wobec człowieka, który prawdopodobnie dziś kogoś zabił.
"Przytrzymaj to." Kieruję jego dłoń na gazę, nasze palce się muskają. Ten kontakt przesyła gorąco wzdłuż mojego ramienia. "Utrzymaj nacisk, żebym mogła to zakleić."
"Mała szefowa z ciebie, co?" W jego głosie słychać rozbawienie, a gdy zerkam w górę, na jego ustach pojawia się coś na kształt uśmiechu. To zmienia jego twarz z niebezpiecznej w oszałamiającą.
"W sprawach ran, które mogą zabić—tak." Mocuję bandaż plastrami medycznymi, każdy przyklejony idealnie. "To wymaga prawdziwych szwów. Bez nich zostanie brzydka blizna."
"Mam już wiele blizn." Zapina koszulę z wprawą, a ja czuję dziwną pustkę, gdy jego skóra znika z pola widzenia. "Jedna więcej nie zrobi różnicy."
Ton jego głosu jasno daje do zrozumienia, że nasza dziwna wymiana dobiega końca. Zaraz wyjdzie, a ja już nigdy go nie zobaczę. Ta myśl przynosi niespodziewaną ulgę zmieszaną z... zawodem? To tylko adrenalina. Nic więcej.
"Twoje imię," mówi, choć to nie jest pytanie.
"Lucia Santoro." Nie ma sensu kłamać. W tak małym mieście i tak dowiedziałby się w pięć minut.
"Lucia." Smakuje moje imię jak drogiej whisky. "Dziękuję za pomoc medyczną."
Sięga do marynarki i wyciąga portfel. Banknoty, które wykłada, to same setki—dość, by zapłacić za czynsz dwa razy.
"To za dużo za bandaż."
"To nie za bandaż." Jego spojrzenie wbija się w moje, ciemne i nieprzeniknione. "To za dyskrecję. Nie widziałaś dziś niczego, Lucia Santoro. Rozumiesz?"
Groźba jest miękka jak aksamit, ale to wciąż groźba. Kiwam głową, szybko i pewnie.
"Dobra dziewczynka."
Ten komplement nie powinien sprawić, że ściska mnie w żołądku, ale tak się dzieje. Zakłada marynarkę, każdy ruch kontrolowany mimo rany. Jego ludzie ustawiają się w szyku, gdy rusza do drzwi.
I już go nie ma. Mercedes pochłania ich wszystkich i cicho znika w noc. Stoję sama w świetle jarzeniówek, otoczona ulotnym zapachem jego perfum i duchem jego dotyku na mojej skórze.
Biorę papierowe ręczniki i ścieram krew z podłogi, z lady, usuwając wszelkie ślady tego, co się tu wydarzyło. Setki trafiają do kieszeni, paląc mnie w biodro.
Pieniądze z krwi, dosłownie.
Gdy telefon rozdziera dławiącą ciszę, na ekranie pojawia się imię taty. Już wiem, co powie, zanim odbiorę.
"Lucia, dzięki Bogu." Jego głos jest napięty jak drut. "Słuchaj, skarbie, potrzebuję dziś trochę gotówki. Twój fundusz awaryjny dalej jest za mąką?"
To moje pieniądze na czynsz. Jedyna rzecz, która dzieli nas od eksmisji.
"Tato, nie. Nie ruszaj tych pieniędzy."
Słyszę, jak chodzi po mieszkaniu, skrzypnięcie krzesła na linoleum. Już podjął decyzję.
"To tylko pożyczka, kochanie. Potroję to dzisiaj, przysięgam. Ta gra to pewniak."
W życiu Franco Santoro nigdy nie było pewniaków, poza rozczarowaniem. Moje palce zaciskają się na telefonie tak mocno, że aż może pęknąć ekran.
"Tato, już idę. Niczego nie ruszaj."
Ale w słuchawce jest już cisza. Zatrzaskuję drzwi na klucz i wybiegam.

Like Father, Like Son
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101