

Opis
Blake spedzila cale zycie w cieniu swojej nieskazitelnej blizniaczki, Amelii - silnej, utalentowanej corki, o jakiej ich ojciec Alfa zawsze marzyl. Blake? To ta bez wilka, rozczarowanie ich linii krwi. Kiedy tragedia uderza, zostaje wrzucona w zycie Amelii, zmuszona do noszenia twarzy siostry i poslubienia jej narzeczonego zaaranzowanego przez rodzine - Alfy rywalizujacej watahy. Jej rozkazy sa jasne: szpiegowac go, ujawnic slabosci jego watahy i przekazac je rodzinie, ktora nigdy jej nie kochala. Ale zycie w swiecie Matthiasa okazuje sie zupelnie inne, niz sie spodziewala...
Rozdział 1
Dec 16, 2025
POV Blake
Wiesz, co jest gorsze niż bycie rodzinnym rozczarowaniem?
Bycie o tym przypominaną przy łososiu, kiedy twoi rodzice rozkładają twoje genetyczne porażki na czynniki pierwsze, jakbyś nie siedziała tuż obok nich.
Siedzę na samym końcu naszego mahoniowego stołu, wystarczająco blisko, by usłyszeć każdą zniewagę, ale na tyle daleko, że równie dobrze mogłabym jeść w innej strefie czasowej.
— Paczka Blackwoodów znów dzwoniła w sprawie ogłoszenia zaręczyn Amelii — mówi ojciec, krojąc stek z precyzją seryjnego zabójcy. — Chcą zaproszenie na ślub naszej wspaniałej córki.
— Oczywiście, że chcą. — Matka niemal dostaje orgazmu na samo wspomnienie. — Amelia reprezentuje wszystko, czym szczyci się nasza krew — siłę, inteligencję, umiejętności, które mogłyby rywalizować z samą Boginią Księżyca.
I zaraz się zacznie. Czekaj na to. Trzy, dwa, jeden—
— To naprawdę niezwykłe. — Ojciec spogląda na mnie jak na psie gówno, które właśnie zauważył na bucie. — Bliźniaczki jednojajowe, a tylko jedna odziedziczyła cokolwiek wartościowego. Dwadzieścia lat i wciąż żadnego wilka. Żadnych mocy. Nawet podstawowych instynktów stadnych czy połączenia umysłu. Co za żałosne stworzenie...
Zachowuję kamienną twarz, zapisując to mentalnie na mojej liście kreatywnych obelg. Ta jest właściwie dość łagodna, w zeszłym tygodniu nazwał mnie „genetycznym błędem”.
— Tato, to nie fair… — próbuje Amelia.
— Fair? — Śmiech matki mógłby rysować szkło. — Niesprawiedliwe jest to, że Bogini Księżyca zrobiła sobie żart, umieszczając wszystkie dobre geny w jednej córce, a nas zostawiając z...
Wskazuje na mnie, jakbym była wyjątkowo nieudaną próbą laboratoryjną.
— Czymkolwiek to jest.
Nadziewam kawałek łososia. Czymkolwiek to jest?
Jestem twoją córką, ty psychopatko w designerskich szpilkach. Ale jasne, niech będzie „cokolwiek”.
Ojciec odchyla się do tyłu, studiując mnie z czułością grabarza oglądającego zwłoki.
— Wiesz, co mówią inne paczki o nas, Blake? Szepczą, że jesteśmy słabi, bo wydaliśmy na świat wadliwą dziedziczkę. Że może nasza krew jest skażona.
No świetnie, przeszliśmy od ataków osobistych do polityki stada. Postęp.
— Każdego dnia twoje istnienie przypomina nam o naszym wstydzie — kontynuuje, swobodnie jakby podawał prognozę pogody. — Najsłabsza wilczyca, dziedziczka Alfy, w historii stada. Genetyczny ślepy zaułek.
Słowa trafiają jak zawsze — ostre, precyzyjne, zaprojektowane by ranić. Ale przez dwadzieścia lat nabudowałam już tyle blizn, że kilka kolejnych cięć nic nie zmienia.
Zanim ojciec zdąży przejść do Aktu Drugiego Największych Porażek Blake, Amelia gwałtownie wstaje.
— Trening wieczorny zaczyna się za piętnaście minut. Blake i ja musimy się przygotować.
— No to lećcie. — Ojciec macha widelcem lekceważąco. — Może odkryje w sobie cechę wartą przekazania dalej.
Uciekamy z jadalni, a współczucie Amelii czuć od niej jak ciepło ciała. Cisza się przeciąga, aż w końcu ją przerywa.
— Przepraszam. Nie powinni—
— Mają rację — przerywam jej, nie patrząc w oczy. — Jestem najsłabsza w całym stadzie. Może i w całej naszej przeklętej linii.
Zatrzymuję się, zmuszając się, by spojrzeć na jej idealną twarz — moją twarz, tylko lepszą.
— Ale mogę trenować. Mogę być użyteczna. Nie wspaniała, nie potężna — po prostu... nie odpychająca.
— Nie jesteś—
— Dzięki — znowu jej przerywam, bo jeśli skończy to zdanie jakimś motywacyjnym banałem, to naprawdę wybuchnę. — Że mnie stamtąd wyciągnęłaś.
Wyprzedzam ją, zanim zdąży odpowiedzieć, kierując się do siłowni. W ośrodku treningowym aż roi się od młodych wilków kończących swoje ćwiczenia.
Rzucam się w wir samotnych treningów bojowych, przelewając całą frustrację w ciosy i bloki.
Moje ciało krzyczy, płuca palą, mięśnie drżą, ale nie przestaję. Ból to tylko słabość opuszczająca ciało, czy jak to tam toksyczni trenerzy lubią mówić.
Schładzam się, myśląc, że może naprawdę przeżyję kolejny dzień, gdy dwóch wilków z młodszej grupy treningowej wślizguje się na ring.
Krążą wokół mnie jak drapieżcy, co, bądźmy szczerzy, w ich oczach pewnie jest prawdą.
— No proszę, kto tu się bawi w żołnierza — szydzi pierwszy.
Chyba nazywa się Mark. Albo Mason. Jakieś imię na „M”, które krzyczy „przyszły dupek wojownik”.
— Nawet nie ma wilka — dodaje jego kumpel, śmiejąc się jakby wymyślił komedię. — Myślisz, że możesz sparować z prawdziwymi Nightshade’ami?
Utrzymuję postawę, wykończona, ale nie ustępuję. — Któryś z was chce to sprawdzić? A może obaj?
Mikey, nazwijmy go tak, rzuca się pierwszy i o ja pierdolę, jest szybki. Jego pięść trafia mnie w twarz, zanim zdążę się uchylić.
Czuję smak żelaza — krew w ustach. W końcu udaje mi się wyprowadzić jeden porządny cios, który go zaskakuje, ale wtedy jego kumpel dołącza, bo najwyraźniej honor nie obowiązuje, gdy bijesz stadne wyrzutki.
Obchodzą się ze mną jak profesjonaliści.
Moje ciało ląduje na macie raz za razem, a widzowie mają z tego ubaw, śmiejąc się i zachęcając. Bo nic tak nie buduje jedności stada, jak patrzenie, jak wadliwa córka Alfy obrywa po tyłku.
Wtedy Amelia wpada niczym mściwy anioł. Zmiata obu wilków z ringu z taką siłą, że budynek aż się trzęsie.
Jeden z nich, zamachując się jeszcze na mnie, przypadkowo zahacza ją w policzek, zanim wylatuje z ringu. Gdy orientuje się, co zrobił, blednie na twarzy.
Nie dotyka się Złotego Dziecka. To zasada numer jeden.
— O kurwa… Przepraszam, Amelia, nie chciałem—
— Nic mi nie jest — mówi przez zaciśnięte zęby, ale ręka natychmiast ląduje na policzku i wraca zakrwawiona. — To nic takiego.
— Chodź — mruczy Amelia, już ciągnąc mnie do wyjścia z siłowni. — Musimy położyć na to lód.
Zanim docieramy do mojego pokoju, już czuję, jak pojutrze rozkwitają siniaki. Żebra bolą, ramię na pewno będzie fioletowe, a warga ma ładne rozcięcie.
Ale to policzek Amelii sprawia, że żołądek mi się skręca.
Tej nocy robię przegląd najnowszej kolekcji kolorowych śladów, gdy sylwetka matki pojawia się w moich drzwiach. Nie puka. Nigdy nie puka.
Jej sępie oczy natychmiast znajdują mały opatrunek na policzku Amelii. Oczywiście. Ta kobieta dostrzeże mikroskopijną wadę z orbity.
— Co. Się. Stało. — Każde słowo ciężkie jak lód.
Gdy wyjaśniam, nie żąda nazwisk. Nie obiecuje kary dla idiotów, którzy mnie zlali.
Zamiast tego jej dłoń wplątuje się w moje włosy i szarpie moją głowę tak mocno, że kręgosłup trzeszczy. Policzek, który następuje, sprawia, że dzwoni mi w uszach i przez trzy sekundy nic nie widzę.
— Jak śmiesz — syczy. — Twoja siostra ma ślub za dwa tygodnie! Dwa. Tygodnie. A teraz będzie musiała iść do ołtarza w makijażu na siniaku, bo byłaś zbyt żałosna, żeby się obronić!
— Mamo, przestań— — próbuje Amelia z korytarza.
Ale matka już ciągnie mnie przez dom za włosy jakbym była wściekłym zwierzęciem, które trzeba uśmiercić.
Otwiera drzwi wejściowe z taką siłą, że zawiasy aż trzeszczą, odsłaniając noc tak zimną, że oddech od razu zamienia się w mgłę. Pełnia księżyca wisi nad głową jak kosmiczny środkowy palec.
— Przemień się — rozkazuje, popychając mnie na kamienne schody. — Przemień się teraz albo zostań tu do świtu. Może jak wystarczająco mocno będziesz błagać Boginię Księżyca, zlituje się nad twoją bezwartościową skórą.
Drzwi zatrzaskują się z ostatecznością wieka trumny.
Długo klęczę, wpatrując się w jasną, szyderczą kulę skały, która powinna być święta dla naszego rodzaju. Zaciskam szczęki tak mocno, że chyba naprawdę pęknie mi ząb.
Ale nie płaczę i nie błagam. Patrzę w stronę ciemnej linii drzew za naszym idealnym podwórkiem, zaciskając pięści aż paznokcie przebijają skórę.
Po raz tysięczny sięgam w głąb siebie, wołając wilka, który powinien tam być.
Wołając tę część mnie, która uczyniłaby mnie godną, kompletną, kimś więcej niż największym rozczarowaniem rodziny.
Po raz tysięczny — nikt nie odpowiada.

Married My Twin’s Husband
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101