

Opis
Piec odrzucen. Jedna wymordowana wataha. Wiez partnerska rozdzierana przez smierc. Adeline Marlowe nauczyla sie nie oczekiwac niczego od losu-az do chwili, gdy trafia do Willow Ridge i spotyka Alfe, ktorego blizny sa tak samo glebokie jak jej wlasne. Nie chce partnera. Nie potrzebuje tej podatnosci na zranienie. Ale gdy jej wilczyca rozpoznaje Aidena Hale'a-Alfe-jako swojego drugiego prawdziwego partnera-dar tak rzadki, ze niemal mityczny-uswiadamia sobie, ze Duch Ksiezyca nie skonczyl jeszcze z zadnym z nich. Leczenie ran jest trudne. Zaufanie jest jeszcze trudniejsze. A Alfa, ktory zniszczyl watahe Adeline, nigdy nie spodziewal sie, ze ona przezyje. Niektore wilki nie pragna tylko wladzy. Chca udowodnic, ze przeszlosc powinna byla pozostac pogrzebana.
Rozdział 1
Feb 22, 2026
POV: Adeline
Coś tutaj jest.
Moja wilczyca poruszyła się pod moimi żebrami, czujna. W jej głosie drżała ciekawość, jakiej nie słyszałam od czasu, kiedy Jesionowa Dolina jeszcze istniała.
Nie spodziewałam się, że granica wywoła we mnie jakiekolwiek uczucia. Większość granic to ciche porozumienia między drzewami i liniami zapachowymi. Ale Wierzbowe Wzgórze było inne od chwili, gdy je przekroczyłam.
Las wypuścił z siebie chłodny oddech, który ślizgał się po mojej skórze, jakby sama ziemia zatrzymała się, by mi się przyjrzeć. Mgła oplatała się wokół moich butów.
Powietrze niosło ze sobą bogactwo, którego nie czułam od tygodni—sosny po deszczu, daleki dym z palenisk i warstwy zapachów wilków, które żyły na tyle blisko, by splatać swoje życia ze sobą.
"Jestem tu, żeby znaleźć schronienie," wyszeptałam, do niej i do siebie. "Nic więcej. Nie zaczynaj mieć nadziei."
Poprawiłam pasek plecaka i zobaczyłam swoje odbicie w kałuży. Brązowe włosy otaczały moją twarz w sfatygowanych falach.
Moje piwne oczy—przeplatane złotem jak iskry z dogasającego ognia—wydawały się zbyt jasne w zmęczonej twarzy. Blade cienie zapadały się pod nimi. Kurtka wisiała na mnie luźniej niż kiedyś. Buty nosiły kurz trzech odrzuconych terytoriów.
Kropla wody spadła z igły sosny na mój nadgarstek, zimna do bólu. Przypomnienie, by nie oczekiwać życzliwości.
Delikatny podmuch powietrza postawił mi włosy na karku. To uczucie było znajome—bycie obserwowaną.
Gałęzie zaszeleszczały przed nami. Wyszedł mężczyzna—wysoki, ciemnowłosy, o precyzji zwiadowcy. Kolejna obecność pojawiła się za mną, trzecia po lewej. Utworzyli cichy trójkąt wokół mnie.
"Stój tam," powiedział lider.
Zatrzymałam się.
"Imię i cel obecności na ziemiach Wierzbowego Wzgórza."
"Adeline Marlowe. Była gamma Jesionowej Doliny. Proszę o azyl."
Powietrze zgęstniało. Kobieta po lewej—mówili na nią Elena—przechyliła głowę. Mężczyzna za mną, Jonah, gwałtownie wciągnął powietrze. A lider, Marcus, patrzył na mnie tak, jak patrzy się na nóż leżący na stole.
"Przebyłaś daleko," powiedział Marcus.
"Domu już nie ma. To była jedyna droga, która nie pachniała końcem czegoś."
To nie była cała prawda. Ale wystarczająco szczera dla nieznajomego na granicy.
Marcus skinął głową. "Zaprowadzimy cię do Alfy. On zdecyduje."
Szliśmy przez las w zwartym szyku—Marcus na przedzie, Elena przy moim boku, Jonah z tyłu. Nie tłoczyli się, ale nie zostawiali żadnych luk.
Drzewa przerzedziły się. Głosy przebijały się przez mgłę—śmiech, stukot drewna, szybkie kroki. Przed nami rozwinęła się polana Wierzbowego Wzgórza, otoczona drewnianymi chatami. Z kominów unosił się dym. Wilki przechodziły przez otwartą przestrzeń z łatwością, która świadczyła o przynależności.
Przez chwilę widok ten poruszył we mnie coś surowego. Moja wilczyca wychyliła się ku temu; ja się cofnęłam.
Marcus zwolnił przy skraju polany. "Poczekaj tutaj."
Ruszył w stronę domostwa watahy. Elena i Jonah pozostali w pobliżu, jednym okiem obserwując mnie. Kilka głów się odwróciło, ciekawość zawisła w powietrzu.
Stałam bardzo nieruchomo, starając się nie myśleć o tym, ile razy czekałam już na czyjejś granicy, by zostać odesłaną.
Drzwi domostwa watahy otworzyły się.
Wyszedł mężczyzna.
I świat się przesunął.
Zszedł po schodach z cichą pewnością siebie, która przyciągała spojrzenia bez wysiłku. Wyższy od Marcusa, o szerszych ramionach, zbudowany jak ktoś, kto rozłupuje drewno, a nie ćwiczy w wypolerowanych salach.
Jego flanelowa koszula—ciemnozielona, miękka od długiego noszenia—dobrze leżała na piersiach, rękawy podwinięte do przedramion. Ciemne włosy związał w niski kok, choć jeden luźny kosmyk uciekł przy czole.
Krótka blizna przecinała jedną brew. Druga, dłuższa, biegła od skroni aż po żuchwę—blada i wyraźna, jakby coś z pazurami próbowało odebrać mu twarz i nie zdołało.
Mój wzrok powędrował po tych bliznach, zanim zdążyłam się powstrzymać. Te ślady czyniły go niebezpiecznie realnym.
Potem napotkałam jego spojrzenie.
Czarne—głębokie i nieporuszone, jak wypolerowany kamień. Skupiły się na mnie z taką intensywnością, że cała polana przestała istnieć.
Moja wilczyca podniosła się tak gwałtownie, że zabrakło mi tchu.
Ten, wyszeptała z pasją. Nasz.
"Nie," powiedziałam jej, panika zaostrzyła to słowo.
Przeszedł resztę dystansu. Im był bliżej, tym mocniej niewidzialna nić pod moim mostkiem się napinała.
Marcus odezwał się, jego głos brzmiał odlegle. "Alfo. To Adeline Marlowe. Prosi o schronienie."
Mężczyzna zatrzymał się kilka kroków dalej. Wystarczająco blisko, by poczuć bijące od niego ciepło. Niewystarczająco blisko, by dotknąć.
"Nazywam się Aiden Hale. Alfa z Willow Ridge."
Jego głos był niski i równy, niosący w sobie cichą siłę. Przesunął się po moich nerwach w sposób jednocześnie uspokajający i niepokojący.
"Była gamma z Ash Hollow," odpowiedziałam.
Jego szczęka napięła się ledwie dostrzegalnie. Słyszał już te historie.
"Współczuję twojej straty," powiedział. Nic więcej.
Proste słowa, bez litości czy teatralności. Spadły łagodniej, niż się spodziewałam.
"Dziękuję," powiedziałam.
W oddali trzasnęły drzwi. Zbliżały się kroki, niosące w sobie ostrzejszą energię.
Przy ramieniu Aidena pojawił się mężczyzna – niższy, ale krępy, ciemny blondyn, czujne oczy. Aura bety, naznaczona czymś ostrzejszym niż ciekawość.
"Luca," skinął Aiden. "To jest Adeline. Prosi o azyl."
Wzrok Luci przesunął się po mnie. Jego nozdrza się rozchyliły.
Popiół. Dym. Słabe echo bólu wypalonego więzią. Jego oczy stwardniały.
"Alfa," powiedział cicho. "Wiesz, kim ona jest. Ta, którą Ironclaw zostawił przy życiu. Mówią, że śmierć podąża za nią. Pięć stad ją odrzuciło. Musi być ku temu powód."
Moje dłonie zacisnęły się w pięści.
Wzrok Aidena przemknął na Lucę, po czym wrócił do mnie.
"Nie podejmujemy decyzji na podstawie plotek. Podejmujemy je na podstawie tego, co widzimy."
"To, co widzieliśmy, to Ash Hollow spalone do korzeni i tę jedną, która odeszła," odparł Luca. "Zaprosisz ją, zaprosisz to, co to zrobiło."
"Stoję tu, słyszę was," powiedziałam. Ciszej od nich, ale pewnie.
Luca nie przeprosił.
"Luca," rzekł Aiden, a w sposobie, w jaki wypowiedział imię, zabrzmiała Alfa.
Ramiona Luci zesztywniały. Skłonił głowę.
"Prosiłem cię, żebyś ufał moim instynktom. To jeden z tych momentów."
Luca spojrzał na mnie ponownie. Przez chwilę zobaczyłam w nim coś innego niż podejrzliwość. Strach – nie przede mną, lecz przed tym, co może nadejść. Potem to zniknęło.
"Zrozumiałem." Cofnął się o pół kroku.
Aiden ponownie skupił na mnie uwagę. Nić między nami zadrżała.
"Czego dokładnie szukasz, Adeline?"
"Łóżka. Drzwi na zamek. Jedzenia w zamian za pracę. Kilku tygodni."
"Nie szukasz nowego stada." To nie było pytanie.
"Nie."
Coś przemknęło w jego oczach. Rozczarowanie albo ulga – nie potrafiłam rozróżnić.
"To wszystko dostaniesz. Praca może poczekać, aż nie będziesz chodzić, jakby miały ci się ugiąć nogi."
"Poradzę sobie. Nie potrzebuję jałmużny."
Jego usta uniosły się lekko w jednym kąciku. "Nie powiedziałem, że potrzebujesz."
"Dlaczego ufasz obcej?"
Spojrzał mi w oczy. Między nami przepłynęło coś cichego – prywatnego, elektryzującego.
"Bo moje instynkty nigdy mnie nie zawiodły. A mówią mi, że nie jesteś zagrożeniem."
Nie wspomniał o więzi. Wiedział, że oboje ją poczuliśmy – to przyciągnięcie, wyostrzenie, zatrzymany oddech. Ale trzymał to za czarnymi oczami, zamknięte.
Nasz sekret. Nie dla jego stada. Nie dla Luci.
Moja wilczyca zadrżała z rozpoznania. Moja ludzka część zesztywniała ze strachu.
"Alfa?" – odezwał się kobiecy głos.
Aiden odwrócił się. "Freya. To jest Adeline. Zostanie naszym gościem. Pomożesz jej się zadomowić?"
Freya podeszła – ciemne włosy splecione w warkocz na ramieniu, zapach miodu i sosny.
"Oczywiście." Obejrzała mnie szybko i uśmiechnęła się. "Chodź. Wyglądasz, jakbyś za chwilę miała się przewrócić. Zajmiemy się tym, zanim się uprzesz, że jesteś w porządku."
"Nic mi nie jest," powiedziałam automatycznie.
"Każdy, kto tak mówi, jest trzy kroki od podłogi. Udowodnij mi, że się mylę, jak już coś zjesz."
Moje usta prawie wygięły się w uśmiechu. Zerknęłam na Aidena.
Nie zbliżył się, ale przestrzeń między nami i tak wydawała się skurczona. Jego czarne oczy trwały przy moich – cierpliwe, niespieszne, jakby zamierzał być dokładnie tam, gdzie mogłabym go znaleźć, jeśli tylko kiedyś zechcę poszukać.
"Witamy w Willow Ridge, Adeline."
To zdanie spadło ciężej, niż powinno. Skinęłam głową, bo wszystko więcej wymagałoby przyznania, jak bardzo te słowa zadźwięczały w pustych miejscach we mnie.
"Dziękuję," powiedziałam.
A potem poszłam za Freyą w przytulny półmrok domu stada. Zapach gotowanego jedzenia, starego drewna i wielu wilków spłynął na mnie, gdy drzwi się zamknęły.
Za mną czułam wzrok Aidena jak dłoń między łopatkami. Czułam, jak moja wilczyca wyrywa się w jego stronę.
Powtarzałam sobie, że przyszłam tu tylko po łóżko i drzwi na zamek.
Ale nie mogłam pozbyć się wrażenia, że weszłam na ścieżkę, z której nie będzie łatwo zawrócić – zwłaszcza z Alfą, którego oczy były jednocześnie jak północ i dom.

Mate Me in Moonlight
150 Rozdziały
150
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101