

Opis
Kiedy jej byly narzeczony zniknal, zostawiajac ja pograzona w dlugach, Crystal Le Grand przyjela dwie zasady: przetrwac i nigdy wiecej nie dopuscic zadnego mezczyzny zbyt blisko siebie. Milosc nie wchodzila w gre. Jedyne, czego pragnela, to poczuc cos fizycznego i zapomniec o wszystkim, co emocjonalne. Kiedy wiec tajemnicze ogloszenie o pracy obiecywalo swietne wynagrodzenie za "prace z egzotycznymi stworzeniami" w odleglej placowce na Saint-Barthelemy - bez zadawania pytan - podpisala kontrakt, nie czytajac drobnego druku. Powinna byla przeczytac drobny druk. Za siedmioma zamknietymi drzwiami mieszkaja istoty, ktore kiedys uwazala za mity. Niektore wygladaja niemal po ludzku. Niektore zdecydowanie nie. A ten z mackami, ostrym jak brzytwa jezykiem i oczami czarnymi jak gleboka woda? Powiedzial jej, zeby uciekala, gdy tylko weszla do srodka. Renard nienawidzi ludzi. Ma do tego wszelkie powody. Ale jest w Crystal cos, co go do niej przyciaga w sposob, ktorego nie potrafi wyjasnic, i ktorego jego bogini nie pozwala mu zignorowac. Paradoksalnie to wlasnie to miejsce moze dac Crystal dokladnie to, czego chciala - surowe, bez zobowiazan, niezapomniane doswiadczenie. Ale to, na co sie zgodzila, siega znacznie glebiej, niz sie spodziewa, a cena okaze sie taka, na ktora nigdy sie nie pisala.
Rozdział 1
Jul 16, 2026
Perspektywa Crystal
Stanowisko: [nie określono].
Lokalizacja: Saint-Barthélemy, zakwaterowanie na miejscu zapewnione.
Wynagrodzenie: 4 500 €/miesiąc.
Termin rozpoczęcia: natychmiastowy.
Wymagania: kobieta, singielka, dobry stan zdrowia, preferowane doświadczenie w opiece. Dobra płodność.
Charakter pracy: codzienna opieka i kontakt z egzotycznymi stworzeniami. Zainteresowane kandydatki proszone są o odpowiedź wyłącznie na ten adres.
Znalazłam to ogłoszenie ukryte na lokalnym forum, pomiędzy reklamą łodzi emerytowanego rybaka a kimś, kto sprzedawał domowy olej kokosowy. Zrobiłam zrzut ekranu, zanim zdążyło zniknąć, jak to często bywało z ogłoszeniami na tym forum.
Przeczytałam je po raz czwarty, ale nic nie wydawało się mniej podejrzane.
Poczekalnia bardzo się starała zrobić wrażenie. Białe skórzane fotele, marmurowy stolik kawowy i ogromna lotnicza fotografia wybrzeża Saint-Barthélemy.
Skrzyżowałam i rozkrzyżowałam nogi. Sprawdziłam telefon, przeczytałam ogłoszenie jeszcze raz.
„Dziwne ogłoszenie, prawda?” Kobieta dwa krzesła dalej obserwowała mnie. Po trzydziestce, opalona, włosy rozjaśnione słońcem – taki kolor mają tylko osoby, które rzeczywiście mieszkają blisko oceanu.
Wskazała głową na mój telefon. „Brak nazwy firmy, brak stanowiska. Tylko ‘egzotyczne stworzenia’ i pensja, która wydaje się zbyt dobra, by była prawdziwa.”
„Możliwe, że uznają nas za wariatki, że tu przyszłyśmy.”
„Kochana, połowa wyspy aplikowała. Te pieniądze?” Zagwizdała cicho. „Mam dwoje dzieci i byłego, który uważa alimenty za rzecz opcjonalną. Za taką kwotę szorowałabym klatki smokom.”
Prawie się zaśmiałam. Ale zanim zdążyłam otworzyć usta, drzwi na końcu pokoju otworzyły się, a głos przeciął ciszę. „Crystal Le Grand?”
Schowałam telefon tak szybko, że prawie mi wypadł.
Kobieta, która weszła, była tak piękna, że natychmiast uświadomiła ci każdą niedoskonałość twojej własnej twarzy. Jej plakietka głosiła ‘Anaïs’.
Wysoka, ciemne włosy upięte w coś perfekcyjnego bez wysiłku, ostre kości policzkowe. Wyglądała, jakby była stworzona na okładkę Vogue’a.
„To ja.” Wstałam i wyciągnęłam dłoń. „Miło mi panią poznać. Uwielbiam pani buty, czy to…”
„Proszę za mną.” Anaïs odwróciła się na tych butach, których nie mogłam pochwalić, i ruszyła przez drzwi. Poszłam za nią, z dłonią wciąż w połowie uniesioną, z uśmiechem gasnącym na twarzy.
Była asystentką właściciela ośrodka i miała w sobie tyle ciepła, co kontrola podatkowa. Zaprowadziła mnie do małego biura, wskazała krzesło i otworzyła teczkę, nie patrząc na mnie ani razu.
„Widzę tutaj, że była pani wcześniej zamężna. Czy to prawda?”
„Prawda.” Uśmiechnęłam się sztywno.
‘Najlepsza’ decyzja, jakiej nigdy nie podjęłam. Miałam dwadzieścia jeden lat, byłam głupia i zakochana, a on miał uśmiech, który sprawiał, że zapominałam, iż nikt nie opiekował się mną bez ceny.
„A obecny status związku?”
„A obecny status związku?”
„Singielka. Bardzo, bardzo singielka. Małżeństwo zostało unieważnione, więc technicznie nie byłam nawet mężatką. Taki mały prawny szczegół.”
Mój teraz już były mąż zniknął i zostawił stertę wyciągów z kart kredytowych z moim nazwiskiem. Długi, o których nie miałam pojęcia, podpisy, które głupio składałam, nie patrząc.
Teraz rozumiem, czemu tak mu się spieszyło do ślubu. Nie z miłości, ale dlatego, że nie mógł się doczekać, żeby wyczyścić karty kredytowe na nazwisko żony.
Anaïs coś zapisała, nie podnosząc wzroku. Długopis poruszał się krótkimi, precyzyjnymi ruchami. Jej paznokcie były czyste, niepomalowane, przycięte do idealnie tej samej długości.
„Historia kredytowa wykazuje pewne nieprawidłowości. Może pani to wyjaśnić?”
„Kredyty studenckie. Wie pani, jak to jest.” Zaśmiałam się. Anaïs nie. Wszystko w tej kobiecie było pod kontrolą – postawa, oddech, sposób, w jaki trzymała twarz jak maskę.
Kredyty studenckie, jasne. Mam może cztery tygodnie oszczędności, górę długów i niepełnosprawnego brata, na którego opiekę dokładam się finansowo.
„Cykl menstruacyjny. Regularny czy nieregularny?”
Mrugnęłam. „Regularny, ale to trochę…”
„Rozmiar ubrań?”
„Osiem. Czasami dziesięć, jeśli to europejska rozmiarówka, która, szczerze mówiąc, zawsze wydaje mi się osobistą zniewagą.”
„Doświadczenie zawodowe?”
„Pielęgniarka. Dwa lata w Hôpital de Bruyn, zanim zrobiłam sobie przerwę.”
Zanim narzeczony przekonał mnie do rzucenia pracy. „Zadbam o nas, kochanie. Zasługujesz na coś więcej niż nocne zmiany i baseny.” Okazało się, że miał na myśli to, że odbierze mi wszelkie zabezpieczenia, a potem zniknie.
„Ma pani rodzinę lub bliskie kontakty na wyspie? Kogoś, z kim regularnie rozmawia?”
„Mama, na kontynencie. Ona opiekuje się moim bratem, Lionelem – jest niepełnosprawny. Dzwonię do niej co kilka dni, wysyłam pieniądze, kiedy mogę. Tutaj, na wyspie? Nikogo.”
Pióro Anaïs zatrzymało się. Spojrzała na mnie i coś przemknęło po jej twarzy. Szybko, kontrolowanie, ledwie dostrzegalnie. Zaskoczenie, a pod spodem coś ostrzejszego, niemal satysfakcja.
Potem to zniknęło i znów pisała. „Masz rodzinę lub bliskie kontakty na wyspie? Kogoś, z kim regularnie rozmawiasz?”
„Moja matka, na stałym lądzie. Opiekuje się moim bratem, Lionelem. Dzwonię do niej co kilka dni, przesyłam pieniądze, gdy mogę. Tu na wyspie? Nie. Caleb był całym moim życiem towarzyskim, co, ponownie, jest czerwoną flagą. Widzę teraz wszystkie czerwone flagi.”
Anaïs zamknęła teczkę, przeprosiła i wróciła po dwóch minutach z nim.
Albert Bernard, właściciel tej firmy, wszedł do pokoju. Wysoki, obscenicznie przystojny, taki, którego szczęka wydawała się wyrzeźbiona, nie wyrośnięta.
Uścisnął mi dłoń obiema rękami i uśmiechnął się, jakbyśmy już byli starymi przyjaciółmi. „Crystal! Anaïs mówi, że jesteś idealna.”
„Ona… Naprawdę? Nie wydawała się…”
„Wspaniale! Opowiedz mi o swoim życiu seksualnym.”
Zakrztusiłam się powietrzem. „Moim czym?”
„Twoim życiu seksualnym. Aktywne, uśpione, coś pomiędzy?”
Oparł się wygodnie w fotelu. „Pytam, bo chcę, żebyś czuła się komfortowo. Niektóre zadania tutaj są intymne: nie seksualne, ale fizyczne, wymagające bliskiego kontaktu, i muszę wiedzieć, czy twoje granice nie będą problemem.”
Otworzyłam usta. Nic nie powiedziałam. Albert przechylił głowę jak ktoś, kto patrzy, jak ryba próbuje wspiąć się na drzewo.
„Zacznę pierwszy, bo wyglądasz, jakbyś miała połknąć własny język. Jestem biseksualny, a ostatnia osoba, z którą byłem, powiedziała, że mam emocjonalność lampki na biurku. Teraz twoja kolej.”
Zaskakująco, to zadziałało. Coś w jego absurdalnej szczerości przełamało barierę. Nadal byłam spięta, kiedy zaczęłam mówić:
„Uśpione. Właściwie martwe. Mój były zabił we mnie jakiekolwiek zainteresowanie mężczyznami i szczerze mówiąc, w tej chwili jedyny fizyczny kontakt, jakiego chcę, to taki, po którym nikt nie pyta, jak się czuję.”
Albert słuchał z podbródkiem opartym na pięści i kiwał głową, jakby każde moje słowo było fascynujące.
Umowa miała trzy strony. Powinnam była przeczytać wszystko. Przeczytałam tylko stawkę, klauzulę mieszkaniową i czas trwania — dwanaście miesięcy, z możliwością przedłużenia — i podpisałam.
Albert klasnął w dłonie. „Anaïs, transport! Wyruszamy teraz.”
„Ch-chwileczkę, co?”
„Po co czekać? Będziesz się tam świetnie bawić!”
Anaïs wstała, a gdy mijała fotel Alberta, jego dłoń wysunęła się i klepnęła ją po pośladku — swobodnie, z poczuciem własności, dźwięk ostry w małym pokoju. Nie drgnęła, nie zareagowała wcale. Po prostu szła dalej.
Wpatrywałam się. Moje usta otworzyły się, zamknęły.
Dwoje atrakcyjnych dorosłych, powiedziałam sobie. Widocznie coś między nimi. Kim ja jestem, żeby oceniać? Bóg wie, że sama nie miałabym nic przeciwko, gdyby któreś z nich zrobiło to mnie.
Starałam się zapomnieć miny pozostałych kandydatów, kiedy Albert z entuzjazmem kazał im wyjść, bo stanowisko zostało obsadzone.
Na zewnątrz czekał czarny SUV z włączonym silnikiem. Anaïs bez słowa zajęła miejsce za kierownicą; Albert otworzył mi tylne drzwi z lekkim ukłonem, który mógł być zarówno dżentelmeński, jak i kpiący — trudno było odgadnąć.
Wsiadłam, a skórzane siedzenia były chłodne na moich udach. Nikt się nie odezwał. Anaïs prowadziła jak ktoś, kto odbył tę trasę setki razy, oczy utkwione przed sobą, a Albert obok mnie przewijał coś na telefonie.
Droga prowadziła nas na daleki wschodni kraniec wyspy, gdzie jezdnia zwężała się do szutru, a roślinność gęstniała, aż ocean zniknął za ścianą zieleni.
Obiekt stał na końcu żwirowej drogi — niska konstrukcja z betonu, bez żadnych oznaczeń, jakby zbudowana po to, by nikt jej nie znalazł.
W środku powietrze było chłodniejsze i niosło dziwną nutę, coś organicznego i lekko mineralnego, jak mokry kamień w jaskini. Albert szedł przodem, z rękami splecionymi za plecami jak przewodnik.
„Twój grafik będzie prosty — karmienie trzy razy dziennie, poranny przegląd zdrowia, a reszta czasu należy do ciebie i mieszkańców. Pomyśl o tym jak o…”
Starałam się słuchać, naprawdę, ale wtedy minęliśmy skrzyżowanie korytarzy i zobaczyłam monitor.
Ekran bezpieczeństwa zamontowany wysoko na ścianie, pokazujący ciemne pomieszczenie w ziarnistej noktowizji. Coś masywnego poruszało się w środku: zbyt wiele kończyn, ruchy zbyt płynne, a gruby, muskularny wyrostek rozwijał się przy wzmocnionym szkle, prążkowane przyssawki przywierały płasko do powierzchni.
Obraz się przechylił. Korytarz się wydłużał i kurczył, świetlówki rozlewały się w długie białe smugi.
Moje kolana się ugięły, a ostatnią rzeczą, jaką zarejestrowałam, zanim ciemność pochłonęła wszystko, było zimno betonowej podłogi pod moim policzkiem.

Monstrously Yours
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101