

Opis
Gdy nauczycielka Cassidy Whitaker dziedziczy podupadajacy domek w Moon Hollow, jej ciche, zaplanowane zycie zaczyna sie rozpadac. Jej dawno uspiony wilk budzi sie, gdy pod skora migocze znak ksiezyca, przyciagajac ja do dwoch skloconych braci-cieplego jak slonce Theo Muraya oraz jego niebezpiecznego, wygnanego brata Xandera. Samotnicza Wieszczka, Ruth Berry, ostrzega, ze stare proroctwo budzi sie na nowo: Luna naznaczona dla dwoch partnerow, wybor, ktory moze zjednoczyc watahe lub ja rozbic. Gdy bracia rywalizuja w szescdziesieciodniowej probie Alfy, a wokol Greywood kraza obce sily, Cassidy musi odroznic podszepty magii od prawdziwych uczuc-zanim wolanie znaku stanie sie niemozliwe do zignorowania.
Rozdział 1
Sep 26, 2025
POV Cassidy
Wyjechałeś i nawet nie zostawiłeś mi swojego samochodu. Ty cholernie samolubna suko. To koniec. Wiadomość przychodzi dokładnie wtedy, gdy mijam tablicę powitalną Moon Hollow.
— Urocze — mamroczę, rzucając telefon na fotel pasażera, gdzie ląduje obok manilowej koperty z aktem własności mojej chaty i umową nauczycielską. — Mówi facet, który zdradził mnie z instruktorką jogi.
Nie odpiszę. Ostatnią ratę zapłaciłam w zeszłym tygodniu; akt z moim nazwiskiem jest złożony w schowku. On rozbił swój samochód w maju i od tamtej pory „pożyczał” mój każdego dnia. Nie zostawię znowu swojego życia na jego chodniku.
Deszcz wali w szybę coraz mocniej, wycieraczki ledwo radzą sobie z ulewą. Powinnam się zatrzymać, ale do chaty zostało trzydzieści minut — może w niej znajdę wreszcie odpowiedzi na temat przeszłości mojego ojca. Może nawet czegoś o matce, choć tata był o niej równie wylewny jak zamknięty sejf.
Minęły trzy miesiące od jego pogrzebu. Dwa tygodnie od zdrady Dereka. Dwa dni od utraty pracy nauczycielki przez cięcia budżetowe. Matematyka mojego życia stała się brutalnie prosta — odjąć wszystko, co stabilne, unieść emocjonalne zgliszcza i jechać w nieznane.
Grzmot rozdziera niebo tuż nad głową, aż bolą mnie zęby. Reflektory rzeźbią blade kręgi pośród ścian deszczu, ledwie rozświetlając wąską, górską drogę. Drzewa ściskają ją z obu stron, ich gałęzie ocierają się o siebie na wietrze jak szkieletowe palce.
Wtedy coś wybucha z linii drzew.
— Co do cholery—
To coś ogromnego, porusza się z gracją przez asfalt. Za duże na psa, zbyt płynne na jelenia. Przez jedną nierealną sekundę nasze spojrzenia spotykają się wśród burzy — bursztynowe, inteligentne, dzikie. Potem działa instynkt: wciskam hamulec.
Samochód szarpie, wpada w poślizg i zsuwa się bokiem w błotnistą rów z obrzydliwym zgrzytem metalu o kamień. Silnik kaszle raz i umiera. Reflektory gasną, zostawiając mnie w absolutnej ciemności.
Siedzę, serce wali, dłonie zaciśnięte na kierownicy. — Wilk — szepczę w ciszę. — Przysięgam, to był wilk.
Za mną chrzęści żwir. Reflektory omiatają tylne okno, a pickup z piskiem hamuje. Trzaskają drzwi i przez deszcz widzę, jak biegnie do mnie mężczyzna — szerokie ramiona, pewny krok, porusza się jak ktoś, kto zna te drogi.
Stuka knykciami w szybę. — Hej — jesteś cała?
Opuszczam ją na centymetr, nagle świadoma, że jestem sama na ciemnej drodze z zupełnie obcym facetem. Ale jego głos jest spokojny, troskliwy, a kiedy spoglądam w jego oczy, coś przesuwa się w mojej piersi. To najcieplejszy brąz, jaki kiedykolwiek widziałam, z złotymi plamkami, a patrzenie w nie jest jak powrót do domu, w którym nigdy nie byłam.
— Cassidy — mówię i od razu czuję się głupio, że podałam imię zamiast odpowiedzieć na pytanie.
Jego uśmiech przecina burzę jak promień słońca. — Theo.
— Nic mi nie jest — udaje mi się wydusić, po czym bezradnie wskazuję na deskę rozdzielczą. — Za to samochód już nie bardzo.
— Pozwól, że rzucę okiem.
Znów znika przy masce auta, a ja patrzę, jak z cichą kompetencją ocenia szkody. Gdy wraca, mokra koszula przylega mu do ciała, podkreślając czyste linie i siłę wypracowaną na wsi.
— Dziś już nie pojedzie — mówi, woda kapie mu z włosów. — Przednie koło ma paskudny luz, a zderzak nie jest twoim sprzymierzeńcem. Ale mogę cię wyciągnąć, zabrać w ciepłe miejsce. Jedzenie, suche ubrania. Po samochód wrócę jutro.
Powinnam być ostrożniejsza. Powinnam zadzwonić po pomoc drogową, zostać w aucie, zachować wszystkie zasady bezpieczeństwa wobec obcych. Zamiast tego kiwam głową. — Dobrze. Dziękuję.
Biorę kopertę i telefon, pozwalam mu się przeprowadzić do jego pickupa. W kabinie pachnie sosną i skórą, ciepłem i solidnością po ciasnocie mojego sedana.
— Co cię sprowadza do Moon Hollow w taką pogodę? — pyta, ruszając z powrotem na drogę.
— Przeprowadzam się tutaj. Odziedziczyłam chatę po ojcu, w której nigdy nie byłam. I zaczynam pracę jako nauczycielka w miejscowej szkole. — Zawieszam głos, po czym dodaję: — Tuż przed wypadkiem coś przebiegło mi przez drogę. Coś dużego.
Jego dłonie lekko zaciskają się na kierownicy. — Duże kojoty tu są — mówi, ale jego ton jest zbyt ostrożny, jakby badał grunt. — Moon Hollow kocha dobre straszne historie.
— To wyglądało jak wilk.
— Może być — odparł lekko. — Dziwniejsze rzeczy się zdarzały.
Resztę drogi pokonujemy w milczeniu, aż zatrzymujemy się przed dużym domem z werandą, rozświetloną bursztynowym blaskiem pod deszczem. Pod okapem przemykamy przez kałuże, a Theo prowadzi mnie do szerokiego, wyłożonego drewnem korytarza, który pachnie sosną i jakimś ziołem, którego nie potrafię nazwać.
— Mamo, tato — woła Theo. — Znalazłem kogoś w rowie.
Z salonu wychodzi kobieta, za nią mężczyzna, którego stalowoszare oczy natychmiast mnie lustrują. Oboje mogą mieć koło pięćdziesiątki — ona z łagodnym spojrzeniem i sprawnymi ruchami, on z postawą kogoś, kto jest przyzwyczajony do dowodzenia.
— Cassidy, to moi rodzice — Stella i Elias Muray — mówi Theo do mnie, po czym do nich: — Jej samochód nie lubi się z tym przednim kołem. Odholuję go, jak przejdzie burza.
— Cieszymy się, że jesteś cała — mówi Stella z autentycznym ciepłem w głosie. — Górskie burze łapią ludzi na tej drodze cały czas.
Odgarnęłam mokre włosy za ucho, boleśnie świadoma kałuży rozlewającej się pod moimi butami. — Nazywam się Cassidy Whitaker. Dziękuję za przyjęcie mnie.
Temperatura w korytarzu spada o dziesięć stopni. Stella i Elias wymieniają spojrzenie tak ostre i ciężkie, że niemal słyszę je jak uderzenie metalu o metal. Oczy Eliasa wracają do mnie z laserową koncentracją, jakby nasłuchiwał czegoś, co tylko on może usłyszeć.
— Whitaker? — pyta Stella, jej głos nagle ostrożny.
— Tak — mówię powoli. — Dlaczego? Zna pani to nazwisko?
Zanim ktokolwiek zdąży odpowiedzieć, przez deszcz przelatuje wycie — długie, przejmujące, tak bliskie, że szyby drżą. Korytarzowa lampa miga raz, drugi.
Szczęka Eliasa twardnieje jak granit. — Theo — mówi, cały ciepły ton znika z głosu — zamknij drzwi od północy. Teraz.

Moon Goddess, Name Him
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101