

Opis
Kyle Denver jest bezwzglednym perfekcjonista, ktory nigdy nie waha sie zwolnic tych, ktorzy nie spelniaja jego wymagan-z wyjatkiem Dakoty Lennix. Przez piec lat byla jedyna osoba, ktora potrafila sprostac jego niemozliwym standardom, zarzadzajac jego chaotycznym swiatem z gracja i precyzja. Podziwia ja. Polega na niej. Moze nawet czuje do niej cos wiecej. Kiedy wiec Dakota nagle odchodzi-ujawniajac, ze wyjezdza, by spelnic ostatnie zyczenie umierajacego dziadka i wyjsc za maz-Kyle jest zaskoczony. Nie chce, zeby odeszla, ale duma go powstrzymuje. Los jednak nie powiedzial jeszcze ostatniego slowa. Gdy ich sciezki znow sie krzyzuja, nic nie jest takie jak kiedys. Klamstwa, tajemnice i niewyjasnione emocje groza zburzeniem wszystkiego, co wydawalo sie oczywiste. Spin-off "Pana Denvera"-opowiedziany tym razem z perspektywy Kyle'a.
Rozdział 1
Oct 6, 2025
Godzina 14:00, punktualnie. Jeśli na Dakotę Lennix mogłem liczyć w jednej sprawie, to była to punktualność, a przynajmniej desperacka próba jej dochowania. Zerknąłem na zegarek na nadgarstku, potem z powrotem na monitor. Nic się nie działo. Żadnych stukających obcasów na korytarzu. Żadnego zapachu zbyt drogiego Starbucks unoszącego się w drzwiach. Dziwne.
Upiłem łyk gorzkiego espresso, które sam sobie zaparzyłem godzinę temu. To nie było to samo. Starbucks miał w sobie smak syntetycznej radości. Niezbyt to lubiłem, ale to był już rytuał. Dwie filiżanki o 14:00, jak w zegarku, a ona o tym wiedziała. Nigdy nie prosiłem jej, żeby zapamiętała moje zwyczaje kawowe. Po prostu to zrobiła. Zawsze tak robiła. Po pięciu latach pracy Dakota miała większe wyczucie mojego harmonogramu niż ja sam.
Wstałem i podszedłem do ogromnego okna w moim biurze, spoglądając na zatłoczone miasto poniżej. Śledziłem uliczny ruch bezmyślnie, zastanawiając się, czy znowu założyła te niedorzeczne szpilki. Dlaczego na nie się upierała, kiedy musiała biegać po Nowym Jorku z torbami podróżnymi, tego już nie pojmowałem. Ale z drugiej strony Dakota rzadko robiła cokolwiek z myślą o praktyczności.
Pukanie. Dwa krótkie stuknięcia.
Odwróciłem się w samą porę, by zobaczyć, jak wpada do środka, zdyszana, włosy lekko rozczochrane, dwie torby przewieszone przez ramię, a w rękach drży błogosławiony widok dwóch latte. Bez słowa postawiła napoje na moim biurku, zsunęła torby obok niego i stanęła na baczność, łapiąc oddech, jakby nie przebiegła właśnie sześciu przecznic.
Wskazałem ręką na okno. Od razu załapała i opuściła rolety pilotem. Dobrze. Nie straciła wprawy. Upiłem łyk. Ciepłe, z ekstra pianką. Lekko drżąca dłoń, sądząc po nierówno założonej pokrywce. Wciąż nadawało się do picia.
Wskazałem jej miejsce przy stole. Posłusznie usiadła, wyciągając notatnik. Włosy miała w nieładzie, bluzkę lekko pogniecioną, ale przyjmowała polecenia lepiej niż większość stażystów, których „przepaliłem” przez ostatnią dekadę.
"Odwołaj wszystkie moje spotkania do soboty," powiedziałem, odstawiając kubek, "Jadę do Vancouver." Widziałem, jak jej ramiona się napinają. Przeorganizowywała swój świat w czasie rzeczywistym, przeglądając w głowie kalendarze i listy kontaktów.
"Jaki masz plan w Vancouver, panie Denver?"
"Po prostu zarezerwuj mi bilet," odpowiedziałem. "Nie jedziesz ze mną." To ją ożywiło. Błysk w jej oku zdradził pokerową twarz. Krótka ulga od piekła. W środku niemal świętowała, pewnie już planując, że będzie spać do południa, jeść ciasto i udawać, że jej szef nie istnieje przez 96 błogosławionych godzin.
"Najwcześniejszy lot jutro. Ostatni lot w sobotę," dodałem. Zanotowała to bez podnoszenia wzroku.
"Potrzebuje pan czegoś jeszcze?" Upiłem kolejny łyk. Kawa nie była tak gorąca, jak lubię.
"Ty zajmujesz się nadzorem budowy, kiedy mnie nie będzie."
Jej dłoń znieruchomiała. Potem, niepewnie: "Czy to nie jest zadanie Boba?"
Oparłem się w fotelu, patrząc na nią. "Właśnie go zwolniłem. Sprowadził do biura dwie dziewczyny i uprawiał seks w czasie, gdy miał mi składać raport." Jej oczy się rozszerzyły. Wyglądała na autentycznie rozczarowaną. Nie nim, ale swoją wyobrażoną, czterodniową przerwą, która wyparowała na jej oczach.
"Wyślij mi bilety," powiedziałem, patrząc, jak zbiera swoje rzeczy. "Wiesz, co robić."
Kiwnęła głową, ale dostrzegłem lekki grymas w kąciku jej ust. Odprawiłem ją gestem. Dakota wyszła bez słowa, a w pokoju ponownie zapanowała cisza. Przez chwilę wpatrywałem się w zamknięte drzwi. Pięć lat. Stała się zbyt niezbędna. I nienawidziłem, że tak bardzo to zauważyłem.
Dziesięć minut później wróciła. Pukanie. Wejście. Ten sam rytm.
"Panie Denver, chyba muszę jutro rano lecieć do LA." Oderwałem wzrok od monitora. Jej ton był wyjątkowo miękki. Szept czegoś osobistego. Unieśliłem brew.
"Dlaczego?"
"Mój dziadek umiera. Tata zadzwonił do mnie wcześniej. Muszę wrócić do domu." Chwila ciszy.
"Jedź," powiedziałem po prostu. "Masz dwa dni. Poproś Cindy, żeby cię zastąpiła."
"Ona ma na imię Cynthia." Odprawiłem ją gestem.
chapter
Zostawiła szczegóły biletu na moim biurku, zanim wyszła. Przez chwilę patrzyłem na karteczkę. LA. Umierający dziadek. Niespodziewane, ale nie bez powodu. Mimo wszystko, w głowie pojawił się cichy głos, który zakwestionował ten moment.
Odwróciłem się do laptopa, ale kawa już dawno wystygła.

Mr. Denver: The Version You Didn't Hear
31 Rozdziały
31
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101