

Opis
Jocelyn spedzila jedna niezapomniana noc z nieznajomym w maskach na balu charytatywnym-noc, ktora zostawila ja w ciazy, a jego przesladowanego przez wspomnienie kobiety, ktora zniknela przed switem. Kiedy obudzila sie w jego hotelowym pokoju i dostrzegla ogromny tatuaz tygrysa rozciagajacy sie na jego plecach, rozpoznala ten symbol i w przerazeniu uciekla, zanim sie obudzil. Uswiadomila sobie, ze spedzenie nocy z takim niebezpiecznym mezczyzna bylo katastrofalnym bledem. Teraz, siedem lat pozniej, Jocelyn pracuje dla najwiekszego drania w korporacyjnej Ameryce, aby zaplacic za leczenie szescioletniej corki chorej na raka. Zayden Wolfe traktuje ja jak popsuty sprzet biurowy, ale to jego pieniadze utrzymuja dziecko przy zyciu. A ona zrobilaby wszystko, by uratowac swoja corke. Pewnej nocy Jocelyn stanela w obliczu druzgocacej prawdy-znalazla ojca swojej corki, a gdy wojna korporacyjna sciera sie z matczyna furia, wszystko wybucha.
Rozdział 1
May 1, 2026
POV Jocelyn
"Cholera, cholera, CHOLERA—"
Słowa wyrywają mi się z gardła jak bojowy okrzyk. Obcas zaczepia się o próg windy, jakby był osobiście urażony moją egzystencją.
Jestem w powietrzu dokładnie przez dwie sekundy. Papiery wybuchają z mojego martwego uścisku niczym najsmutniejsze konfetti świata. Kawa wystrzeliwuje przez nieskazitelny marmurowy parkiet, który pewnie kosztuje więcej za metr kwadratowy, niż zarabiam w miesiąc.
Moja godność? Już dawno martwa i pogrzebana sześć stóp pod ziemią.
Ląduję na podłodze jak meteoryt, a gdzieś w oddali przysięgam, że słyszę śmiech wszechświata.
"Brawo, Jocelyn. Naprawdę, do cholery, brawo."
Szuram na rękach i kolanach, zbierając rozrzucone dokumenty po marmurze tak wypolerowanym, że widzę w nim własne, upokorzone odbicie.
To jest ten moment. Tak stracę jedyną pracę, która może uratować życie Mii—twarzą w dół na czterdziestym trzecim piętrze korporacyjnego pałacu, który na każdym centymetrze krzyczy pieniędzmi i zastraszeniem.
"Proszę pani, czy wszystko w porządku—"
"Jestem w porządku!"–Słowa wypadają ostrzej, niż zamierzałam, ale panika wyostrza krawędzie.
Sekretarka za ogromnym biurkiem wygląda, jakby wolała zadzwonić po ochronę, niż przyznać, że istnieję. Na jej tabliczce lśnią złote litery: Patricia.
"To tylko... ja kontra fizyka. Fizykę wygrała, jak sądzę."–Podnoszę się, choć ręce wciąż mi drżą i nie ma to nic wspólnego z upadkiem.
Dwadzieścia sześć godzin w szpitalu, patrząc jak twoja sześcioletnia córka walczy z rakiem, robi swoje. Sen staje się opcjonalny, gdy życie twojego dziecka wisi na włosku.
Usta Patricii wykrzywiają się, jakby poczuła wyjątkowo przykry smak. "Pan Wolfe nie toleruje—"
"Zakłóceń. Jasne jak słońce."–Prostuję się, próbując wyglądać na funkcjonującą dorosłą, a nie ocalałą z tornada.
Mantra zaczyna krążyć mi po głowie jak zacięta płyta: 'Nie spieprz tego, Jocelyn. Nie możesz sobie na to pozwolić.'
Potrójna pensja.
Te słowa tańczą mi przed oczami jak miraż.
Wystarczająco na leczenie Mii. Wystarczająco na eksperymentalną terapię, o której lekarze szeptali półgłosem. Wystarczająco, by może— może —uratować moje dziecko.
O ile nie zaliczę kolejnego upadku w ciągu najbliższych pięciu minut.
"Jest pani nową asystentką?"–Głos Patricii mógłby zamrozić piekło i pobierać za to opłaty.
"Tak, to ja. Zawodowa katastrofa do usług."–Sarkazm wymyka się, nim zdążę go powstrzymać, ale już mnie to nie obchodzi.
Drzwi trzaskają za biurkiem Patricii, a dźwięk odbija się po przestrzeni jak wystrzał.
A potem on wychodzi, jakby był właścicielem świata.
Szerokie ramiona, które napinają grafitowy garnitur, podwinięte rękawy odsłaniające przedramiona, które powinny być nielegalne. Włosy gdzieś pomiędzy złotem a popiołem, perfekcyjnie potargane w sposób, który wymaga albo profesjonalnego stylisty, albo wyjątkowych genów.
Telefon przyciśnięty do ucha, głos tnący powietrze jak ostrze: "Nie obchodzi mnie, co myśli Szanghaj. Zwolnij ich. Wszystkich. Chcę nowych wykonawców do rana."
Potem odwraca się i te oczy trafiają we mnie jak pociąg towarowy z ładunkiem świętego groma.
Zielone jak powierzchnia morza, jak szmaragdy, jak każde banalne porównanie, którego używają poeci, gdy próbują opisać coś nieopisywalnego. Są ostre jak szkło i skupione tak, że w trzy sekundy mogłyby rozłożyć moją duszę na czynniki pierwsze.
Boże, on jest piękny w ten niebezpieczny, niedotykalny sposób, który sprawia, że mądre dziewczyny robią monumentalne głupoty.
Jest w nim coś. Coś, co szarpie za krawędzie mojej pamięci jak półzapomniany sen. Znam tę twarz, albo wyobrażałam ją sobie tysiące razy.
Sposób, w jaki się porusza, ten charakterystyczny przechył głowy, nawet sama jego obecność wydaje się boleśnie znajoma.
Rozpoznanie uderza jak déjà vu zmieszane z czystą, nieprzejednaną tęsknotą.
"Spóźniła się pani."–Kończy rozmowę z wojskową precyzją, wsuwając telefon do kieszeni bez przerywania kontaktu wzrokowego.
"Przepraszam, korek był—"
"Nie chcę wymówek. Chcę rezultatów i dyscypliny."
Jego głos brzmi inaczej. Niski, rozkazujący, z podtekstem, który wywołuje dziwne ciarki na moich plecach z powodów, których absolutnie nie mogę i nie chcę teraz analizować.
"Jasne. Rezultaty i dyscyplina. Rozumiem."–Mój głos brzmi obco, z zadyszką, która sprawia, że mam ochotę kopnąć samą siebie.
On już idzie, cały zdeterminowany i pełen kontrolowanej energii. "Sala konferencyjna. Akta Cunninghama. Dwadzieścia minut."
"Które akta Cunninghama?"
Zatrzymuje się. Obraca. Te zielone oczy zwężają się do punktów laserowych, które mogłyby wypalić dziury w stali.
"Te, które powinna pani była przejrzeć zamiast robić cokolwiek, przez co wygląda pani jakby przegrała dziesięć rund z blenderem."
Ała. Bezpośrednie trafienie w ego.
"Byłam w szpitalu—"
"Sprawy osobiste pozostają osobiste. To jest biznes."
Zimny drań. Piękny, onieśmielający, kompletnie bezduszny drań.
Kolejne osiem godzin to tortura psychologiczna udająca zatrudnienie.
Każde polecenie podane tak, jakbym była niekompetentnym dzieckiem, któremu nie można powierzyć nawet nożyczek. Krytykuje mój system segregowania dokumentów, umiejętność parzenia kawy, zdolność przekierowywania rozmów bez rozłączania ludziom połączeń.
Nic, co robię, nie spełnia jego standardów, które najwyraźniej istnieją gdzieś w stratosferze.
Ale potrzebuję tej pracy. Mia potrzebuje tej pracy.
Więc połykam dumę, razem z kilkoma twórczymi przekleństwami, i robię wszystko, czego żąda Zayden Wolfe. Nawet gdy moje ciało cały czas wariuje w jego obecności.
Coś w nim sprawia, że moje nerwy płoną, ale nie potrafię zrozumieć dlaczego.
Może to tylko zastraszenie. Bogaci, wpływowi mężczyźni wywołują taki efekt, prawda? Cała ta alfa-drapieżność, która sprawia, że normalni ludzie chcą albo uciekać, albo się podporządkować. Biologia. Tylko że to nie jest takie podstawowe. To skomplikowane, chaotyczne i przerażające.
Punktualnie o piątej wybiegam z tego budynku jakby płonął i tylko ja jeszcze tego nie zauważyłam.
Prosto do szpitala. Prosto do Mii. Prosto do jedynej rzeczy, która się liczy.
Jest przytomna, gdy wślizguję się do jej pokoju, ciemne loki rozsypane na poduszce jak aureola. Te wielkie jasnozielone oczy, które odziedziczyła po kimś, o kim staram się nie myśleć, rozświetlają się na mój widok.
"Mamusiu! Zobacz co narysowałam!"
Kolejny tygrys. Zawsze tygrysy.
Ten jest pomarańczowo-czarny, z groźnymi oczami i potężnymi łapami. Rysuje je od miesięcy, odkąd zaczęła nowe leczenie. Tygrysy w każdej możliwej konfiguracji—śpiące, skradające się, tygrysy z młodymi.
"Dlaczego tygrysy, kochanie?"
Zastanawia się nad tym z powagą, na jaką stać tylko sześciolatkę. "Bo są odważne i silne. Tak jak mój tata byłby, gdybym go miała."
Moje serce pęka na pół. "Mia, kochanie..."
"Wiem, że nie mam taty. To w porządku, mamo. Ale czasami wyobrażam sobie, że byłby jak tygrys. Potężny i opiekuńczy. Walczyłby ze złymi rzeczami i chronił nas."
Dłoń sama wędruje mi do znamienia na obojczyku. Ukryte pod kołnierzem, gdzie nikt go nie widzi, sercowaty kształt, który mam od urodzenia.
Siedem lat temu. Bal maskowy, na który nie miałam najmniejszej ochoty iść. Szampan, maski i nieznajomy, który sprawił, że czułam się żywa w sposób, którego wcześniej nie znałam.
Oczy, które płonęły jak ogień. Dłonie, które wielbiły każdy centymetr mojej skóry, jakbym była czymś cennym. Głos, który szeptał pochwały jak modlitwę, gdy językiem zataczał krąg na tym znamieniu, nazywając je talizmanem na szczęście.
Uciekłam, zanim zdążył się obudzić. Zanim mogłam zakochać się mocniej. Zanim mogłam mu powiedzieć, że zmienił moje życie na zawsze w sposób, o którym nigdy się nie dowie.
Gdzieś w tym mieście ten nieznajomy żyje swoim życiem—odnosi sukcesy, jest pewnie żonaty, ma idealną rodzinę—podczas gdy jego córka rysuje tygrysy i marzy o ojcu, który byłby wystarczająco silny, by ją ocalić.
Nie ma pojęcia o jej istnieniu. Nie wie, że walczy o życie. Nie wie, że każdego dnia oddala się coraz bardziej, a on zawiera milionowe kontrakty i prowadzi swoje idealne życie.
Nieznajomy, który dał mi najpiękniejszą rzecz w moim świecie.
Nieznajomy, który nigdy nie wiedział, że ma córkę.

My Boss, My Babydaddy
120 Rozdziały
120
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101