

Opis
Czy kiedykolwiek kochales kogos tak cicho, tak calkowicie, ze zgodzilbys sie byc wybrany na koncu-byle tylko pozostac blisko? Wren Callahan zbudowala swoje zycie wokol Theo Brackena: opanowanego, niedostepnego prezesa, ktory powierza jej wszystko, oprocz swojego serca. Kiedy umierajacy patriarcha uzaleznia miliardowa spuscizne od zawarcia malzenstwa, Theo prosi ja, by zostala jego dziewczyna-publicznie, przekonujaco, tymczasowo. To tylko strategia. Obopolnie korzystny uklad. Klamstwo wygladzone na tyle, by wygladalo jak oddanie. Ale w swiecie, gdzie wladza jest waluta, a uczucie narzedziem przetargowym, udawanie milosci okazuje sie bardziej niebezpieczne niz prawda. A potem pojawia sie Julian Bracken, majacy twarz Theo i zadnej z jego powsciagliwosci. Blizniak, ktory opuscil imperium. Playboy z uraza. Czlowiek, ktory dostrzega gre i z upodobaniem rozklada ja na czesci. Gdy Theo to zgorzkniala powsciagliwosc i wyrachowany dystans, Julian jest nieokielznanym zarem i brutalna szczeroscia. Jeden brat dotyka jej tak, jakby byla czescia transakcji. Drugi patrzy na nia tak, jakby byla tajemnica, ktora zamierza odkryc. A gdzies pomiedzy rodzinnymi kolacjami, wymuszona bliskoscia i pocalunkami, ktore maja przekonac otoczenie, Wren zaczyna sie zastanawiac, ktore pragnienie jest prawdziwe- a ktore zostalo wykreowane przez manipulacje.
Rozdział 1
Feb 19, 2026
Perspektywa Wren
Istnieją dokładnie dwa rodzaje czwartkowych wieczorów w moim życiu: te, kiedy Piper zmusza mnie do oglądania reality show na mojej kanapie, i te, kiedy zmusza mnie do oglądania reality show na swojej kanapie.
Dziś jesteśmy u mnie, co oznacza, że to ja zrobiłam popcorn, a ona przyniosła wino i nieproszoną opinię na temat mojego życia uczuciowego.
– Musisz się przespać z kimś – oznajmia Piper, jakby czytała notowania na giełdzie.
Podwija nogi pod siebie na mojej używanej sofie, a jej odważne, srebrne kolczyki łapią światło lampy.
Trzy lata przyjaźni—związanych wspólnymi cierpieniami przy okropnej kawie na orientacji i nienawiścią do parkingu Bracken Enterprises—a ona wciąż zaczyna każdy czwartek tą samą diagnozą.
– Radzę sobie – mówię.
– W zeszły weekend przeorganizowałaś swoją półkę z przyprawami. Alfabetycznie. – Wskazuje na mnie kawałkiem popcornu. – To nie jest radzenie sobie. To wołanie o pomoc.
Otwieram usta, żeby bronić zalet uporządkowanej kuchni, kiedy mój telefon wibruje na stoliku kawowym. Ekran rozświetla się imieniem, które całkowicie przestawia mój układ nerwowy.
Theo Bracken: Kolacja jutro po pracy? Muszę coś omówić. Szczegóły restauracji wyślę rano.
Moje serce robi to, co zawsze, gdy pojawia się jego imię—uderza mocno, potem jeszcze mocniej, jakby próbowało przebić się przez żebra i wspiąć się ku niemu.
Sześć lat tego.
Sześć lat, odkąd wszedł na mój wykład z Strategii Biznesu jako gościnny prelegent, dwudziestotrzyletni, już dźwigający ciężar miliardowej spuścizny na ramionach, które nigdy się nie garbiły.
Prowadziłam go przez obowiązkowy kurs filozofii tamtego semestru. On otworzył mi drzwi do staży, o których nawet nie śniłam.
A gdzieś pomiędzy kantowskim imperatywem kategorycznym a jego cichym śmiechem w bibliotece o północy zakochałam się tak całkowicie, że zbudowałam całe swoje dorosłe życie wokół pozostawania blisko niego.
Trzy lata jako jego asystentka wykonawcza. Trzy lata nieskazitelnego profesjonalizmu.
Trzy lata udawania, że bliskość wystarczy.
Piper wyrywa mi telefon, zanim zdążę zareagować.
– Znowu zostajesz po godzinach z tym gorącym prezesem? – Przegląda wiadomość, jedna brew unosi się niemal do rozjaśnionych włosów. – Wren, ten facet trzyma cię na smyczy, nawet o tym nie wiedząc.
– To służbowa kolacja. – Odbieram telefon. – Pewnie chce omówić harmonogram przejęcia w Singapurze.
– W restauracji? W piątek wieczorem? – Kręci powoli głową. – Potrzebujesz życia poza tym biurem. Prawdziwego, żywego, niekorporacyjnego życia. Z mężczyznami, którzy nie podpisują twoich wypłat.
– Technicznie rzecz biorąc, to nie on podpisuje moje wypłaty. Robi to dział płac.
– Urocza wymijająca odpowiedź. Zauważona i zignorowana. – Dolewa sobie wina. – Obiecaj tylko, że nie założysz tej beżowej bluzki. Tej, w której wyglądasz jak urzędniczka spisowa.
Zakładam granatową bluzkę. Tę, która sprawia, że moja talia wydaje się wąska, a brązowe oczy ciepłe. Przynajmniej tak zapewniała sprzedawczyni, gdy przez czterdzieści pięć minut przekonywałam się w przymierzalni, że zakup jest praktyczny.
Cały piątek rozmywa się wśród źle odczytanych maili i ponownie uruchamianych arkuszy kalkulacyjnych. Moje skupienie rozpada się za każdym razem, gdy zerkam na zegar.
O szóstej już trzy razy sprawdziłam swoje odbicie w łazienkowym lustrze i dwa razy poprawiłam błyszczyk do ust—czyli o dwa razy więcej, niż wymaga tego jakakolwiek sytuacja zawodowa.
O siódmej wchodzę do restauracji. Okna od podłogi do sufitu obramowują panoramę miasta złotem i bursztynem. Takie miejsce, gdzie w menu nie ma cen, bo jeśli musisz zapytać, już tu nie pasujesz.
Nie pasuję tu.
A potem go widzę i ta myśl znika. Theo stoi przy oknie, bez marynarki, rękawy podwinięte do przedramion. Miasto świeci za nim, jakby istniało tylko po to, by wyostrzyć jego sylwetkę.
Jego ciemne włosy są starannie ułożone, ale wokół szczęki widać rozluźnienie, a pod tymi głębokimi brązowymi oczami ciężar, jakiego nigdy nie widziałam w godzinach pracy.
Wygląda na zmęczonego, wręcz bezbronnego.
Wygląda jak człowiek dźwigający ciężar, o którym jeszcze nikomu nie powiedział.
Theo uśmiecha się, gdy mnie zauważa — tym powolnym, cichym uśmiechem, który najpierw pojawia się w jego oczach, zanim dotrze do ust. Uśmiechem, który zawładnął moim sercem, odkąd miałam dwadzieścia jeden lat.
— Wren. — Odciąga mi krzesło. — Dziękuję, że przyszłaś.
— Jesteś moim szefem. Powinnam była odmówić? — Utrzymuję lekki, żartobliwy ton, który przez trzy lata doskonaliłam, ukrywając wszystko za humorem.
Ale on się nie śmieje, tylko siada naprzeciwko mnie i składa dłonie na białym obrusie, a sposób, w jaki ostrożnie układa palce, mówi mi, że to nie chodzi o przejęcie w Singapurze.
— Mój dziadek umiera — mówi.
W drodze taksówką przeanalizowałam wszystkie możliwe powody tej kolacji. Awans, projekt, do którego potrzebowałby mojego spojrzenia. Nawet tę lekkomyślną fantazję, w której sięga przez stół i mówi, że w końcu zauważył to, co stało przed nim przez sześć lat.
Tego na żadnej z tych list nie było.
Odkładam menu, które udawałam, że czytam. — Theo, bardzo mi przykro. Jak długo…
— Może miesiące. Lekarze nie są optymistami. — Zawiesza głos, a ja widzę, jak dobiera kolejne słowa. — Zanim diagnoza stała się publiczna, ogłosił rodzinie, że kontrolny pakiet udziałów Bracken Enterprises przekaże temu wnukowi, który pierwszy się ożeni.
Patrzę na niego. — To jest —
— Manipulacyjne. Archaiczne. Idealnie pasujące do Victora Brackena. — Przez jego twarz przemyka cień suchego humoru, który zaraz znika.
Przeciąga dłonią po włosach — gest, który przez lata nauczyłam się rozpoznawać. Cokolwiek powie za chwilę, to właśnie dlatego tu jestem.
— Potrzebuję twojej pomocy, Wren. Potrzebuję, żebyś została moją dziewczyną. Publicznie. Przekonująco. Może nawet… — Przerywa. Zaczyna od nowa. — Może nawet moją narzeczoną, jeśli zajdzie taka potrzeba.
Powietrze uchodzi ze mnie jednym, cichym tchem.
— Kim więc będę? Tymczasową żoną, dopóki nie zapewnisz sobie spadku? — pytam, a mój głos brzmi pewniej, niż na to zasługuję.
— Jesteś osobą, której najbardziej ufam na świecie. — Jego oczy wpatrują się w moje i widzę, że mówi szczerze — całkowicie, uczciwie, bez śladu tego, czego szukam w nich od sześciu lat. — Nikogo innego bym nie poprosił.
Najbardziej ufa.
Słyszałam, jak nazywa mnie niezastąpioną, nie do zastąpienia, swoją prawą ręką. Każdą wersję „potrzebuję cię”, która nie znaczy „chcę cię”.
— Co dokładnie to oznacza? — pytam, bo zadawanie praktycznych pytań jest łatwiejsze niż czucie bólu, który rozlewa się w mojej piersi.
Przedstawia wszystko jasno — publiczne wystąpienia, rodzinne kolacje, harmonogram podporządkowany przekonaniu umierającego miliardera, że jego złoty wnuk znalazł miłość.
Mówi ostrożnie, logicznie, tak jak prezentuje raporty kwartalne.
— Mój brat Julian odszedł z firmy pięć lat temu.
Coś napina się w jego oczach, gdy wypowiada to imię — drzwi zamykające się od środka.
— Zostawił wszystkie obowiązki, wszystkie zobowiązania i nigdy nie obejrzał się za siebie. Jeśli przejmie kontrolny pakiet, rozłoży firmę na części albo sprzeda ją kawałek po kawałku. Nie mogę do tego dopuścić… Ta firma to całe życie mojego dziadka. Jej ochrona to nie moje ambicje, Wren. To mój obowiązek.
Zatrzymuje się, a gdy odzywa się ponownie, jego głos się zmienia — staje się niższy, bardziej stanowczy, ton, który rezerwuje dla wyjątkowo szczodrych propozycji.
— Jeśli to się uda, jeśli zabezpieczę udziały i przejmę pełną kontrolę… Chcę, żebyś została dyrektorem generalnym. Znasz tę firmę lepiej niż połowa zarządu. Zasłużyłaś na to.
CEO.
To słowo błyszczy przede mną jak diament położony na stole obok kontraktu. Proponuje mi karierę życia jako rekompensatę za historię miłosną, którą napisałabym za darmo.
Jestem strategią. Zmienną w równaniu.
Powinnam odmówić. Powinnam chronić to, co zostało z serca, które oddaję mu po kawałku od sześciu lat.
— Dobrze — słyszę swój głos. — Zrobię to.
Jego ramiona opadają z ulgą. Przechyla się przez stół i ściska moją dłoń — krótko, wdzięcznie, niszcząco. — Nie masz pojęcia, co to dla mnie znaczy.
Owszem, mam.
To znaczy, że będę przy nim stała i grała kobietę, którą wybrał, a on nigdy się nie dowie, że naprawdę mogłabym być nią bez pytania.
Ale pod bólem, cicho i uparcie, kiełkuje myśl, której nie potrafię wyrwać: może udawanie nauczy go tego, czego prawda nigdy nie potrafiła.

My Rival Co-CEOS
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101