

Opis
Joey Morrison jest najgorszym plywakiem w elitarnej uczelni sportowej. Sebastian Cole jest najlepszy-i jak Joey odkrywa pewnej nocy na basenie, nie do konca czlowiekiem. Ogon. Luski. Caly pakiet syreni. Teraz Sebastian chce, by Joey milczal, Joey chce przetrwac semestr, a zaden z nich nie potrafi wyjasnic, dlaczego nie moga przestac na siebie patrzec. Zmuszeni do wspolnych, tajnych treningow, zawieraja umowe: Sebastian nauczy Joey'ego, jak kontrolowac wlasna, niemozliwa przemiane, zanim obaj zostana zdemaskowani. Im sa blizej, tym trudniej ignorowac to, co ich krew juz wie-ze sa sobie przeznaczeni. Zblizaja sie eliminacje, nad glowami wisi sekret, ktory moze ich zabic, a sila przyciagania jest nie do przezwyciezenia. Joey musi zdecydowac, co przeraza go bardziej: woda, chlopak w niej, czy to, co sie stanie, jesli pozwoli sobie chciec obojga.
Rozdział 1
Jul 4, 2026
[Joey – z mojej perspektywy]
"Zamierzam cię kurwa zabić!"
Głos za mną jest przesiąknięty wilgocią i koszmarnie zły, a do tego z każdą chwilą coraz bliżej. Kurwa!
Pędzę korytarzem przy basenie, telefon ściskam mocno w dłoni, bose stopy klepią po kafelkach. Za mną nieludzko szybkie kroki, jakby prawa fizyki nie dotyczyły tego, co mnie goni.
Jako nowy na tej uczelni spodziewałem się drwin, szeptów, oceniających spojrzeń. W końcu do tego przywykłem.
Czego się nie spodziewałem? Wejść po godzinach na basen i zobaczyć... syrena.
Tak, mówię poważnie. Kurwa syrena, cała w rybich łuskach, z ogonem, kompletna – jakby mitologia miała rację – sunąca przez wodę, jakby basen był jej osobistym królestwem. Ledwo zdążyłem podnieść telefon, gdy jej oczy natychmiast skierowały się na mnie.
To koniec. Tak właśnie się kończę. W kąpielówkach, zamordowany przez ryboludzia. Kurwa!
Mój ojciec zawsze powtarzał, że do niczego się nie nadaję, ale nawet on nie przewidział, że to "nic" będzie aż tak konkretne. Zamordowany przez syrenę w korytarzu – nawet nie w wodzie, tylko w korytarzu – i to właśnie najbardziej boli.
Skręcam za róg i uderzam ramieniem w ścianę, łapiąc równowagę. Kiedy oglądam się przez ramię, korytarz za mną jest pusty – żadnych kroków, żadnych dźwięków, tylko brzęczenie lamp i mój urywany oddech.
I kiedy już mam biec dalej, czyjaś dłoń ląduje na moim ramieniu od tyłu z żelaznym uściskiem i w ułamku sekundy cały tlen ucieka z moich płuc. Kiedy zostaję obrócony twarzą do wyroku śmierci, który mnie gonił, po raz kolejny tego wieczoru nie wierzę własnym oczom.
Czy syrena to naprawdę on?! No to pięknie... Chciałem jeszcze trochę pożyć.
* Trzy tygodnie temu *
Zawsze kochałem wodę. To coś, czego ludzie nie rozumieją, gdy dowiadują się o moim lęku.
Myślą, że to fobia, jak pająki czy wysokość, coś, czego po prostu nienawidzisz. Ale ja nie nienawidzę wody. Kocham ją tak, jak kochała ją moja mama: ocean, przypływ, ciężar i przyciąganie, to uczucie, że coś ogromnego oddycha pod tobą.
Utonęła, gdy miałem siedem lat. Ocean ją zabrał i nie oddał.
Od tamtej pory byłem kiepskim pływakiem. Za każdym razem, gdy wchodzę do wody powyżej pasa, coś w mojej klatce piersiowej przekonuje mnie, że umieram, i żadna racjonalna myśl tego nie zmienia. Moje ciało po prostu... odmawia. Uznaje, że ta woda to ta sama woda. Za każdym razem.
Po pogrzebie mój ojciec wsadził mnie do basenu sześć tygodni później i nie mógł zrozumieć, czemu jego syn krzyczy, dlaczego od tamtej pory boję się basenów. Jego rozwiązaniem, jak się okazuje, było wysłać mnie do sportowego college'u po liceum.
Nie pytał. Zapisał mnie, powiedział przy kolacji i brzmiało to tak, jakby robił mi przysługę. "Zmierzyć się z tym. Utoniesz albo popłyniesz."
Tak. Naprawdę powiedział to ostatnie. Utoniesz albo popłyniesz.
Nie wiem dokładnie, czemu się zgodziłem. Może żeby udowodnić, że naprawdę dam radę, że pokonam ten lęk. Może żeby udowodnić jemu, tej wersji jego twarzy, która przez dziewiętnaście lat nigdy nie była ze mnie dumna, że nie jestem totalną porażką jako syn.
Więc jestem tutaj. Rezerwowy pływak w Harwick College, uczelni, która w ostatniej dekadzie wydała trzech medalistów olimpijskich, stojąc na słupku startowym i mając zanurkować jak wszyscy inni. Ale jak zwykle moje ciało odmawia.
"Hej, nepobaby!" – głos Sebastiana rozbrzmiewa przy basenie i cała drużyna cichnie. "Zamierzasz dziś wskoczyć, czy mam przynieść ci poduszkę i koc, pizdo?"
Jedynymi potworami w moim życiu są chlorowany prostokąt i chłopak stojący obok niego.
Sebastian Cole. Kapitan drużyny pływackiej i taki typ, o którym nawet narzekając, ludzie mówią z lekkim szacunkiem.
Dzięki kilku telefonom mojego ojca też jestem w drużynie.
Zero kwalifikujących czasów. Zero historii startów. Po prostu znajomości mojego ojca z jakimś administratorem i miejsce, które powinno przypaść komuś, kto naprawdę na nie zasłużył.
Wiem o tym. Drużyna wie o tym. Sebastian też i właśnie w tym tkwi mój problem.
Stoi przy krawędzi basenu, skrzyżowane ramiona na klatce piersiowej, wciąż mokry po ostatniej serii. Krople wody spływają po jego obojczyku i wilgotnym, umięśnionym brzuchu, a ja patrzę na to z niespodziewanie suchymi ustami.
Od razu też siebie nienawidzę za to, że to zauważam, bo on dosłownie mnie w tej chwili prześladuje i najwyraźniej nic to nie zmienia w tym, co jest we mnie popsute. Popsute od dnia przed rozpoczęciem pierwszego roku studiów.
Gdy spotkałem go po raz pierwszy, przechodziłem przez pływalnię z walizką i oniemiałem.
Wyszedł z wody jednym płynnym ruchem, którego nie dało się nie zauważyć. Potrząsnął głową, próbując otrzeć oczy, ciemne włosy rozpraszały krople, a ja się zatrzymałem, wpatrzony w jego silne ramiona i szerokie barki.
A jednak nigdy wcześniej… Powinienem coś wyjaśnić.
Nigdy nie spojrzałem na żadną osobę i nie poczułem tego. Ani dziewczyny, ani chłopcy, nikt. Potem o tym przeczytałem i zrozumiałem: nic ze mną nie było nie tak. Po prostu jestem aseksualny. I pogodziłem się z tym lata temu. Nic wielkiego.
Więc kiedy moje oczy powędrowały po jego ciele bez mojej zgody, a coś nisko w moim brzuchu się ścisnęło, nie miałem żadnych ram odniesienia. Mój mózg całkowicie się wyłączył.
Czy o to ludziom chodzi? Konkretne to uczucie tu, nisko?
Ta myśl była tak szokująca, że stałem tam, gapiąc się jak idiota. Wtedy on spojrzał w górę, jego oczy trafiły na moje, były najpiękniejszego niebiesko-zielonego koloru, a on do mnie puścił oczko.
Zabawny. Niespieszny. Jakby dokładnie wiedział, że w tej chwili moje serce jest już w jego kieszeni.
Potknąłem się o własną walizkę, a hałas, jaki to wywołało, był katastrofalny. Umierając ze wstydu, uciekłem do swojego pokoju w akademiku i przysiągłem, że nigdy więcej go nie spotkam.
Tyle że okazało się, że on to Sebastian Cole i nie miałem wyboru, musiałem go spotkać.
Nie miałem wyboru, musiałem stać się jego celem w chwili, gdy dowiedział się, jak dostałem się do drużyny.
„Dopiero się rozkręcam.” – Moje słowa, w przeciwieństwie do zamiaru, wychodzą cienkie i żałośnie ciche.
„Rozkręcasz się… Cztery pieprzone minuty rozkręcania?” Przechyla głowę, a światło tak ładnie pada na jego skórę, że zapominam oddychać. „Jaki masz czas na pięćdziesiątkę dowolnym? Setkę delfinem? A może tatuś po prostu przesłał twoje zdjęcie z dzieciństwa i grzeczne proszę?”
Po pokładzie rozchodzi się śmiech, dźwięk tłumu wybierającego ofiarę. Gorąco wspina mi się po szyi.
Mój tata nauczył mnie też utrzymywać się na wodzie tam, gdzie zginęła jego żona, ale jasne, pogadajmy o telefonach.
„Umiem pływać.” powiedziałem z obronnym tonem.
„Umiem pływać.” – Przytakuje powoli i zwraca się do drużyny. – „Wszyscy słyszeli? Gość z naboru bez żadnych czasów kwalifikacyjnych mówi, że umie pływać, ale nie chce zejść z deski!”
Blondyn składa dłonie przy ustach. „Udowodnij to, nepobaby!”
To słowo odbija się od kafelków i jeszcze dwóch chłopaków je podchwytuje – nepo, nepo – narasta rytmiczny, złośliwy skand. Ktoś chlapie na mnie wodą. Ktoś inny gwiżdże, ostro i szyderczo.
„Dość.” Sebastian podnosi rękę i skandowanie natychmiast ustaje, jakby był właścicielem każdego tutaj.
Podchodzi do mnie powoli i z rozmysłem, a z bliska wydaje się jeszcze większy. Serce mi przyspiesza, czuję zapach chloru i coś słodszego pod spodem, coś, co sprawia, że i tak już bezużyteczna część mojego mózgu chce się do niego przybliżyć.
Nie. Zwracanie uwagi na jego zapach, kiedy zaraz zrobi z ciebie przestrogę, w niczym nie pomaga.
Ale nie mogę przestać sobie wyobrażać, jak wdycham ten zapach do końca. Czy to… wanilia?
„Ta drużyna kwalifikuje się jako całość.” Jego głos jest niski. Tylko dla mnie. „Każdy członek, każdy wyścig. Jeden słaby punkt i wszystko, co zbudowałem, idzie na dno.”
„Nie możesz tego na mnie zwalać.” Słowa padają, zanim zdążę je powstrzymać. „Nie prosiłem, żeby tu być. Myślisz, że to ja wybrałem? Stać tutaj, gdy dwadzieścia osób na mnie skanduje?”
„To odejdź.” Jego oczy powoli przesuwają się po mnie od góry do dołu, wystarczająco wolno, bym poczuł się, jakby mnie obdzierał ze skóry, a ciało aż mnie swędzi tam, gdzie pada jego wzrok.
„Może nie chcę odejść.” Patrzę na niego, co okazuje się błędem, bo jego oczy robią coś z powietrzem w moich płucach. „Może chcę zasłużyć na swoje miejsce.”
Jego brwi unoszą się lekko i przysiągłbym, że w jego oczach pojawia się cień szacunku.
Chociaż to może tylko moje widzenie się zamazuje ze stresu.
„Urocza przemowa.” Przytakuje raz. „Ale nadal nie umiesz pływać. A jeśli nie potrafisz się wykazać, nie masz tu czego szukać.”
Otwieram usta w oburzeniu i to właśnie wtedy jego dłoń łapie mnie za kark. Mocny chwyt, palce wgniatają się w skórę, a to dotknięcie przeszywa mnie dreszczem aż do kręgosłupa, który nie ma nic wspólnego ze strachem.
Potem puszcza, a ja spadam.
Uderzam klatką piersiową o wodę i już jestem pod powierzchnią – ręce młócą, nogi kopią w pustkę. Panika ściska mi płuca i z pewnością nie tak chciałem cokolwiek komukolwiek udowodnić.

My Soulmate Has a Tail
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101