

Opis
Ona lapie takich mezczyzn jak on zawodowo. On obserwuje ja od dziewieciu miesiecy. Detektywka wydzialu zabojstw Audrey Wilson jest rozczarowana mezczyznami, lecz skrycie podkochuje sie w swoim uroczym sasiedzie Charliem. On sie rumieni, gdy ja wita. Pomaga jej we wszystkim, zanim jeszcze o to poprosi. Jest pierwszym mezczyzna od lat, o ktorym odwazyla sie pomyslec, ze moze byc naprawde porzadny. A dokladnie w tej samej chwili, gdy pozwala sobie uwierzyc, ze tacy dobrzy mezczyzni istnieja, w jej zyciu pojawia sie przesladowca - z bukietami, zakupami i tym samym modelem kajdanek, ktory ogladala w historii przegladarki - wymieniajac kazda mroczna, brudna fantazje, ktora wolalaby umrzec, niz wypowiedziec na glos.
Rozdział 1
Jul 14, 2026
Perspektywa Audrey
Dziś są dziesiąte urodziny naszej córeczki Ruby. Dziś miał być dobry dzień. To także pierwszy raz, kiedy zachowanie mojego męża od samego początku wydawało się niezwykle dziwne.
Tort. Musiałam pamiętać o torcie. Kyle miał odebrać tort.
Ale Kyle wciąż nie odpisał w sprawie odebrania go. A pytałam go już dwa razy. Dwa razy.
Co wydawało się absolutnym minimum rozsądnych próśb kierowanych do męża, kiedy ciągniesz pół zmiany w wydziale zabójstw i próbujesz wrócić do domu na czas, by powiesić serpentyny, zanim twoja córka wróci spocona z treningu piłki nożnej.
Oddychaj, Audrey. Po prostu oddychaj, nie ma powodu do paniki.
Sprawdziłam telefon w lustrze w łazience na komisariacie. Wciąż nic. Tylko zdjęcie Ruby na ekranie blokady, w pół śmiechu na boisku, z szczerbą w zębach i obiektywnie dziką – w najlepszym tego słowa znaczeniu.
JA: Kyle. Tort. Proszę.
Wysłałam trzecią wiadomość, gdy woda leciała z kranu i patrzyłam na siebie w lustrze. Wyglądałam na zmęczoną. Zawsze byłam zmęczona. Ale dziś miało być dobrze – zdecydowałam, że będzie dobrze – bo umiałam rozdzielać rzeczy.
Praca w jednym pudełku, urodzinowe serpentyny Ruby w innym.
Wytarłam ręce i wróciłam na fluorescencyjnie rozświetlone drugie piętro komisariatu w Halford. Sandy czekała na mnie z kawą i miną zwiastującą katastrofę.
„Powiedz mi, że to szybko” – powiedziałam, mijając ją w drodze do ekspresu.
„To zależy.” Poszła za mną. „Dzisiaj rano VICAP namierzył podejrzanego w sprawie Dusiciela. Mamy podejrzanego w pokoju numer dwa, ale…”
Godzina, pomyślałam. Złamać go w godzinę, wrócić do domu na czwartą, serpentyny do piątej.
„Daj mi akta.” Sandy wciąż mówiła, a ja wyłapywałam tylko strzępy – „może być trudniej tym razem… powinnaś wiedzieć zanim wejdziesz… Audrey, poczekaj..!” – kiedy już przeglądałam dokumenty, już budowałam strategię.
Miałam swoją metodę. Nie potrzebowałam komentarza w tle.
„Audrey!”
„Mam to,” powiedziałam płasko, przechodząc przez drzwi.
Otworzyłam akta i usiadłam. Ale w momencie, gdy oderwałam wzrok od dokumentów, świat się zatrzymał. Zupełnie znieruchomiał i przeorganizował wokół mnie, gdy przetaczało się przez mnie straszliwe zrozumienie.
Mężczyzną siedzącym naprzeciwko mnie w kajdankach był Kyle.
Mój ukochany mąż. Ojciec mojego dziecka.
Wyglądał dokładnie tak, jak zawsze. Spokojny. Znajomy. Delikatnie zaniepokojony w ten swój dyskretny, ujmujący sposób. Na jego twarzy nie było nic, co sugerowałoby, że coś jest nie tak.
A jednak zabił cztery kobiety.
Własnymi rękami. Tymi samymi, które odgarniały włosy mojej córki, gdy kładł ją spać. Tymi, które znają moje ciało lepiej niż ktokolwiek inny.
To właśnie to przeszywa mnie lodowato. Jak bardzo wygląda jak mój mąż, bo on JEST moim mężem. Siedzi w mojej sali przesłuchań i patrzy na mnie tak, jak patrzy podczas śniadania.
Patrzę, jak rozpoznanie przebiega przez jego twarz, po czym znów zamiera. Układa swoją twarz w coś ostrożnego, coś, co już czekało.
Kolejne czterdzieści minut to najprecyzyjniejsza praca, jaką kiedykolwiek wykonałam. Podążam za każdym tropem, który pozostawia. Notuję każdą pauzę, którą celowo robi. Około dwudziestej drugiej minuty lekko się pochyla i jego głos robi się taki, jak wtedy. Ten niedzielny poranek – „nie wstawaj jeszcze”. Miękki.
„Nie musisz tego robić…”
To mnie zabija. Rozdziera mnie od środka, słyszeć ten dokładnie ten sam łagodny ton. Ten, którym mówił, gdy Ruby była noworodkiem, ja nie spałam cztery dni, a on siedział na podłodze w łazience obok mnie i mówił: „Zajmę się nią. Odpocznij, kochanie.”
Ale zmuszam się, by zachować kamienną twarz. Nawet jeśli kosztuje mnie to więcej, niż kiedykolwiek powiem.
„Kyle.” Powiedziałam płasko i precyzyjnie. „Czy znałeś Sarah Ellerton?”
„Audrey.” Moje imię w jego ustach brzmi jak zawsze. Jego oczy przesuwają się po mojej twarzy z wyrazem tak przepełnionym troską, że zasługiwałby na Emmy. „Wyglądasz na wykończoną, kochanie.”
Ten jeden. To była ta kwestia, która wwierciła się we mnie i została.
Nie pół-przyznanie się na trzydziestej czwartej minucie. Nie sposób, w jaki patrzył na mnie, gdy go wyprowadzali – tylko to. Czułość. Małżeńska. Najintymniejszy rodzaj okrucieństwa, przebrany za troskę.
Wyglądasz na wyczerpaną, kochanie.
Powiedziane tak, jak mówi to mąż. Powiedziane przez mężczyznę, który myślał, że wciąż może do mnie dotrzeć. Przez mężczyznę, który…
BIP-BIP-BIP-BIP.
Alarm mnie nie budzi. On mnie napada.
6:42 przebija się przez ciemność, a ja już jestem wyprostowana, już w ruchu, przepraszam, zanim jeszcze zorientuję się, gdzie mam stopy. „Ruby, kochanie, wiem! Cztery minuty, daj mi tylko cztery minuty, przepraszam, wiem, że masz…"
Co ona ma? Co ona ma dzisiaj?
Występ… Nie, to było w marcu. Dentysta? Nie, to czwartek.
Przeglądam kalendarz w głowie. Poniedziałek. Ona ma... coś. Coś, co napisałam na tablicy suchościeralnej, a potem starłam, bo potrzebowałam miejsca na harmonogram sprawy. Coś ważnego.
Jestem już na korytarzu, zanim w pełni odzyskam świadomość, kolejne przeprosiny już są gotowe, i zatrzymuję się w progu pokoju Ruby. Jej łóżko pościelone, korki zniknęły, lampka zgaszona.
Racja. Jest u mojej matki. Od piątku.
Turniej był w sobotę, kiedy pracowałam. Wysłałam wiadomość głosową, która zaczęła się pewnie, dopóki nie... i moja matka odpisała 'ona rozumie, Audrey' tonem kobiety, która absolutnie tego nie miała na myśli.
Stoję tam, aż moje serce przestanie galopować ze strachu.
W tej konkretnej chwili żadne dziecko nie zawodzi przez przepracowaną i wyczerpaną matkę. A ogólnie, w szerszym kontekście obietnic danych i przegapionych turniejów, i kolacji z torebki, bo wróciłam o dziewiątej i nie mogłam lepiej... to małe zwycięstwo. Nawet jeśli to inny rodzaj problemu.
Ale to ten, na który nie mam czasu w poniedziałek, przy pełnym obciążeniu sprawami i powracającym śnie, który przez trzy lata roztrząsa najgorszy dzień mojego życia.
Idę pod prysznic, a gorąca woda robi to, co robi gorąca woda — rozluźnia węzeł za łopatkami, ucisza szum snu, przywraca mnie do czegoś, co w przybliżeniu przypomina człowieka.
Wychodzę o 6:40 z ręcznikiem ledwo trzymającym się na miejscu, a mokre włosy ściekają mi po plecach, i zamieram w progu łazienki.
Na moim łóżku są kwiaty.
Dwanaście białych róż owiniętych w papier rzeźniczy, co w moim zawodzie jest albo głęboko ironiczne, albo głęboko niepokojące. Skłaniam się ku obu.
Ktoś był w moim mieszkaniu.
Mam tajemniczego wielbiciela, który zostawia kwiaty pod moimi drzwiami. Tak jest od kilku miesięcy. Najpierw tulipany, jakby testował grunt. Potem piwonie, bo najwyraźniej to już awans. W zeszłym tygodniu jaskry — które musiałam wygooglować, bo kto w ogóle wysyła jaskry? I kartka, na której zawsze były te same słowa: Myślę o tobie.
Słodkie. Nieszkodliwe. Coś, co sprawia, że zastanawiasz się, czy to nie ten nieśmiały informatyk z czwartego piętra w końcu zebrał się na odwagę. Romantyczne, prawda?
Tylko że dziś rano ulepsza swój plan do włamania. A te kwiaty zawsze zostawały pod drzwiami, tam, gdzie ich miejsce. Te są na moim łóżku, gdzie miejsce mam tylko ja.
Kucam i podnoszę kartkę dwoma palcami. Dziś była inna.
'Wiem, co trzymasz w dolnej szufladzie, niegrzeczna dziewczynko. Następnym razem, gdy ją otworzysz — pomyśl o mnie.'
Żołądek opada mi jak winda z przeciętymi linami.
Szuflada przy moim łóżku to… potrzebuję chwili, zanim na nią spojrzę. Dolna szuflada w żadnej wersji mojego życia nie istnieje dla innych ludzi.
Są tam mój ulubiony wibrator, druga zabawka kupiona po szczególnie ponurym lutym, i mała butelka dobrego lubrykantu. Wszystko kupione pod nazwiskiem, którego używam wyłącznie na jednej stronie internetowej i nigdzie indziej.
To najbardziej prywatny metr kwadratowy, jaki posiadam. Ostatni pokój w moim życiu, który należy tylko do mnie — żadnych akt spraw, żadnego harmonogramu Ruby, żadnego ducha Kyle’a. Nic poza tym, czego chcę i kiedy chcę.
Ostrożnie odkładam notatkę i wreszcie dostrzegam papierową torbę na szafce nocnej, której nie było tam wczoraj wieczorem. Otwieram ją i znajduję gumki do włosów. Te konkretne, które Ruby uznaje za nieosiągalne w promieniu dwudziestu mil od września. Zeszyt, którego potrzebuje do szkoły i o którym zapomniałam zamówić już cztery razy z rzędu. Paczka długopisów, które lubi.
I kolejna karteczka.
'Nie martw się o nią. Mam to pod kontrolą.'

My Sweet Stalker
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101