

Opis
Dziesiec lat temu Hild zostala odurzona, porzucona i oddana na laske dwoch nieznajomych, ktorych omylkowo wziela za bogow. Tamta noc dala jej trzech synow - i sekret, ktory moglby zniszczyc ich wszystkich. Dzis, majac dwadziescia osiem lat, Hild stala sie najbardziej budzaca postrach tarczowniczka Polnocy. Sluzy jako przysiegla doradczyni krwawego przysiega staremu jarlowi, wychowujac swoich synow w bezpieczenstwie jego odleglych ziem, z dala od tych, ktorzy mogliby rozpoznac prawde wypisana na ich twarzach. Lecz jarl umiera. Jego terytorium przechodzi pod nowe rzady. Blizniacy krolowie wjezdzaja o swicie - Ragnar Lodowato Skuty i Leif Smiejacy sie Plomien. Zdobywcy. Legendy. Najpotezniejsi mezczyzni w krainie. Ci sami, ktorzy tamtej nocy, dziesiec lat temu, zabrali ja sobie. Hild przez dekade uciekala przed ta chwila. Teraz musi ukleknac przed ojcami swoich dzieci, przysiac miecz na ich sluzbe i modlic sie, by nigdy nie odkryli, co tak naprawde ukrywala. Ale niektore sekrety nie chca pozostac pogrzebane. A niektorzy mezczyzni nie zamierzaja wypuscic tego, co do nich nalezy.
Rozdział 1
Dec 30, 2025
* Dziesięć zim temu *
Zasuwa zasuwa się z głuchym łoskotem i znajduję się zamknięta w klatce.
Za ścianami stodoły uczta ryczy jak żywe stworzenie—śmiech i śpiewy, brzęk rogu wznoszonego na cześć synów konunga.
Przez szczeliny w szorstkim drewnie migocze światło pochodni niczym odległe gwiazdy, których nie mogę dotknąć.
Ciepło wielkiej sali, zapach pieczonego mięsa i miodu pitnego, muzyka, która porywa do tańca—wszystko to istnieje w świecie oddzielonym ode mnie deskami i żelazną zasuwą.
Jedynym towarzystwem jest oddech istot w ciemności wokół mnie.
Wilgotne parskanie świń grzebiących w słomie. Ciche beczenie kozy, której żółte oczy obserwują mnie z kąta, cierpliwie i bez roszczeń.
Wyciągam pomarszczoną marchewkę z kieszeni fartucha i podaję ją jej. "Tylko ty mnie rozumiesz, Sago."
Koza bierze ją delikatnie, jej szorstki język ociera się o moją dłoń. Nie ocenia. Nie szydzi. Nie patrzy na mnie tak, jakbym była zrobiona z dymu i rozczarowania.
W tej stodole pełnej zwierząt jestem po prostu kolejnym stworzeniem szukającym ciepła.
"Przynajmniej ty na mnie patrzysz," szepczę, drapiąc ją za uszami. "To więcej, niż większość potrafi się zdobyć."
Mam osiemnaście zim, jestem wysoka i chuda od niekończącej się pracy, i niewidzialna dla wszystkich, którzy się liczą. Gorzka prawda mojego istnienia osiada wokół mnie jak zapach świńskiego łajna i starego siana.
Moja matka chciała syna—dziecka, które mogłoby wynieść ją z pozycji nałożnicy Jarla do szanowanej kobiety, które dałoby jej przewagę w delikatnej polityce domu mojego ojca.
Zamiast tego dostała mnie.
Dziewczynkę tam, gdzie miał być chłopiec. Żywe przypomnienie niespełnionych oczekiwań, niewysłuchanych modlitw, zakładu przegranego w chwili, gdy akuszerka ogłosiła, co mam między nogami.
Ojciec nie chciał niczego od córki, która się pojawiła. Ma inne dzieci, prawowite dzieci, złote dzieci, które z dumą noszą jego imię.
Na co mu bękart zrodzony z kobiety, którą trzyma dla ciepła i wygody? W jego sali jestem cieniem, zauważanym tylko wtedy, gdy trzeba coś wyszorować, przynieść lub posprzątać.
Więc noszę wodę, aż ramiona pieką. Szoruję garnki, aż dłonie pękają i krwawią. Sprzątam stajnie, podczas gdy dom ucztuje, i nigdy się nie skarżę, bo skarga niczego nie zmienia.
Tymczasem moja przyrodnia siostra Astrid siedzi przy ogniu, opatulona w importowany jedwab. Jej włosy splecione są srebrną nicią, a palce miękkie, białe i wolne od śladów pracy.
Łączy nas tylko krew ojca—żadnej czułości, lojalności, żadnej więzi poza przypadkiem jego błądzącego oka.
Odkąd byłyśmy dziećmi, ona urządzała z mojego życia studium okrucieństwa.
Chowała mi jedzenie, żebym chodziła głodna. Drzeła moje ubrania, żebym musiała zmagać się z gniewem matki. Szeptała służbie kłamstwa, aż patrzyli na mnie z podejrzliwością i pogardą.
Nosi swoją złośliwość jak cenną biżuterię, wypolerowaną i dumną, a ja jestem jej ulubionym celem.
Zasuwa znów zgrzyta, a mój kręgosłup prostuje się przy ścianie z bali.
Astrid wchodzi w towarzystwie dwóch chichoczących przyjaciółek, ich policzki zaróżowione od miodu i złośliwości.
Za nimi wpada światło pochodni, podkreślając misterny haft jej sukni—kwiaty i pnącza wyszywane jedwabną nicią. Na nadgarstku błyszczy srebro niczym schwytane światło gwiazd.
Jest piękna w ten sposób, w jaki piękne są ostre rzeczy.
A ja mam blizny na dowód, jak głęboko potrafi ciąć.
"Biedna świnko-dziewczynko," przeciąga głosem ociekającym fałszywą słodyczą, obejmując wzrokiem moją więzienną klatkę z teatralnym współczuciem. "Zamknięta ze zwierzętami, podczas gdy reszta z nas świętuje synów konunga. Na pewno jesteś strasznie głodna, prawda?"
Milczę. Nauczyłam się, że milczenie to jedyna zbroja, jaką mam przeciwko jej okrucieństwu.
"Dzisiejszy pieczony dzik był wyśmienity," ciągnie, wymieniając spojrzenia z towarzyszkami, które chichoczą jak sroki. "A miodowy trunek płynie przez salę jak rzeka. Ale pewnie nie masz pojęcia o takich przyjemnościach, prawda?"
Wyciąga w moją stronę gruby kawałek miodowego mięsa w cieście, z którego wciąż unosi się para nad złocistą skorupką. Zapach uderza mnie jak cios—bogaty, słodki i niewiarygodnie kuszący po dniu pracy i wieczorze o pustym żołądku.
Żołądek skręca mi się od głodu i podejrzliwości jednocześnie.
Astrid nigdy nie dała mi niczego bez ukrytego ostrza. Każda jej uprzejmość kryła pułapkę.
"Dlaczego miałabyś mi coś dać?" pytam cicho.
"Dlaczego?" Śmieje się, lekko, melodyjnie i zupełnie fałszywie. "Bo nawet świnko-dziewczynki zasługują na resztki, droga siostro. Może dziś jestem hojna. Weź. Nalegam."
Ale głód gryzie moją wolę. Kiedy podaje mi placek z tą piękną, zatrutą miną, głód wygrywa.
Biorę. Gryzę. Żuję.
Słodycz zalewa mi usta, i przez jedną zdradliwą chwilę pozwalam sobie na wdzięczność. Ciasto jest kruche i bogate, mięso delikatne i idealnie doprawione.
Może się myliłam. Może ten jeden akt hojności jest szczery—
Uśmiech Astrid ostrzeje się w coś okrutnego, w coś triumfującego, w coś, co zamienia placek w popiół na moim języku.
"Naprawdę zjadłaś wszystko," śmieje się, a jej towarzyszki wyją z zachwytu nad jakimś prywatnym żartem, którego jeszcze nie rozumiem. "Każdy ostatni okruszek, jak ta głodna mała bestia. Och, siostrzyczko, to jeszcze lepsze, niż sobie wyobrażałam."
Posmak powraca—ziemia i zgnilizna pod słodyczą, coś nie tak rozkwita na moim języku. Obraz faluje. Ściany stodoły zdają się oddychać, rozszerzać i kurczyć jak płuca jakiegoś wielkiego zwierzęcia.
Jej słowa na pożegnanie odbijają się echem przez szaleństwo, które już zawładnęło moim umysłem: "Ciesz się spotkaniem z bogami dziś w nocy, brudna bękartko."
Drzwi trzasnęły. Zasuwa zatrzasnęła się niczym gwóźdź do trumny.
"Sago," szepczę, sięgając do kozy, lecz odnajduję tylko powietrze i cień. "Sago, pomóż mi..."
Wtedy zapada ciemność, przeszyta światłem ognia i halucynacją.
Nie pamiętam dokładnie, jak znalazłam szparę w ścianie stodoły. Nie pamiętam przeciskania się przez drzazgi drewna w noc.
Wiem tylko, że zataczam się w świat przemieniony przez szaleństwo.

My Viking Son’s Two Fathers
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101