

Opis
Leo Brennan ma jedno zadanie na Harvardzie: wtopic sie w tlum, unikac skandali i absolutnie nie calowac nikogo, kto moglby go pozniej rozpoznac. Dosc proste - gdyby nie byl potajemnie czlonkiem rodziny krolewskiej, beznadziejnie biseksualny i chronicznie niezdolny do przestrzegania zasad. Wtedy pojawia sie facet, ktorego Leo widzi wszedzie: na imprezach, w bibliotece, nawet podejrzanie blisko podczas wyjsc po kawe. Wysoki, ponury i zdecydowanie zbyt atrakcyjny, by byc bezpiecznym - albo bedzie kolejnym bledem Leo, albo chodzacym zagrozeniem dla bezpieczenstwa. Mozliwe, ze jednym i drugim. Teraz dwie swiete zasady Leo - trzymac sie na uboczu i nie wdawac w romanse - leza w gruzach. Oblewa zadania, flirtuje z niebezpieczenstwem (i prawdopodobnie swoim stalkerem), a co najgorsze... zaczyna sie angazowac emocjonalnie. Przyjechal na studia, by wiesc spokojne, anonimowe zycie. A dostal zmieniajaca sie obsade flirtujacych rozpraszaczy, wiecej dramatu niz w netflixowym reboocie i jednego konkretnego faceta, ktory wcale nie robi notatek na jego temat - po prostu miesza mu w glowie w coraz bardziej atrakcyjny sposob.
Rozdział 1
Mar 24, 2026
POV Leo
Trzy miesiące na Harvardzie, a ja wciąż powtarzam w myślach te same dwie zasady, które moja ochrona wbiła mi do głowy przed wysłaniem do Ameryki.
Zasada pierwsza: Trzymaj głowę nisko i ukrywaj swoją tożsamość. Leo Brennan, bogaty dzieciak znikąd szczególnego – nie Jego Królewska Wysokość-Ból-W-Tyłku.
Zasada druga: Bądź bezpieczny. Żadnych przygód na jedną noc. Żadnego wdawania się w relacje z ludźmi, którzy mogą pamiętać twoją twarz na trzeźwo.
Proste. Czyste. Kuloodporne.
Tyle że kuloodporne plany nie biorą pod uwagę czwartkowych imprez w piwnicy, gdzie bas wstrząsa twoimi organami, a wolność smakuje jak tanie piwo.
"Leo! Stary!" Tyler-albo-Trevor z ekonomii wpada na mnie, rozchlapując piwo. "Wyglądasz zdecydowanie za trzeźwo jak na czwartkowy wieczór. To tragedia wymagająca natychmiastowej interwencji."
"Pracuję nad tym," śmieję się, unosząc czerwony plastikowy kubek. "Chociaż ktokolwiek kupił to piwo, najwyraźniej żywi głęboką urazę do ludzkich kubków smakowych. Jestem pewien, że to narusza kilka punktów konwencji genewskiej."
"Na tym polega jego piękno," szczerzy się, już pijany. "Po trzecim kubku twoje kubki smakowe po prostu się poddają. To jak syndrom sztokholmski, tylko z większym żalem następnego ranka."
Tłum jest gęsty, spocony, idealny.
Nikt tu nie przejmuje się moją postawą ani tym, którego widelca używam. Przeciskam się w stronę podwórka, żeby uciec przed chmurą dezodorantu Axe.
Wtedy go zobaczyłem.
Ciemne włosy, pretensjonalny szalik, opiera się o balustradę werandy, jakby wyszedł prosto z reklamy perfum. Jest w tym, jak się trzyma, coś pewnego siebie, ale nie na siłę, co powoduje zwarcie w moim mózgu i nieoczekiwane napięcie w spodniach.
Boże, jest gorący. I też mnie lustruje.
Okej...
"Też nie jesteś fanem puszki z sardynkami tam w środku?" Jego głos gładko przebija się przez hałas imprezy. "Czy może masz tu jeden z tych głębokich, pijackich momentów filozoficznych? Na przykład zastanawiasz się, dlaczego hot dogi sprzedają w paczkach po dziesięć, a bułki po osiem?"
Zasada pierwsza: Trzymaj głowę nisko.
Zasada druga: Żadnych przygodnych numerów.
Ale jego uśmiech jest krzywy w ten idealny, niszczycielski sposób, i nagle moje starannie skonstruowane zasady wydają się jak sugestie napisane znikającym atramentem.
"Właściwie to obliczałem, ile dokładnie komórek mózgowych morduje to piwo."
Podszedłem bliżej, bo najwyraźniej moje instynkty przetrwania zmarły gdzieś nad Atlantykiem.
"Ale twoja teoria ma sens. Chociaż muszę przyznać, że widok tutaj właśnie stał się znacznie lepszy niż jakikolwiek kryzys filozoficzny."
Śmieje się, szczerze i bez zahamowań. "Okej, to albo niewiarygodnie gładkie, albo niewiarygodnie tandetne. Naprawdę nie wiem, czy być pod wrażeniem, czy martwić się o twój podryw."
"Po co wybierać? Jestem za łamaniem schematów." Teraz na tyle blisko, by poczuć jego perfumy – zdecydowanie nie z drogerii. "Jestem Leo i tak, używam swojego prawdziwego imienia na podejrzanej domówce, bo lubię żyć niebezpiecznie."
Prawdziwe imię. Cóż, fałszywe prawdziwe imię, ale jednak. Już łamię zasadę pierwszą.
"James," uśmiecha się, gdy jego dłoń ląduje na mojej szczęce, kreśląc delikatne kółka kciukiem.
Dwie zasady, dwie zasady, dwie zasady...
Zanim zdążę powstrzymać się przed wpadnięciem w kolejny możliwy problem, jego usta są już na moich i całujemy się, jakby świat miał się skończyć za pięć minut.
A niech to.
Lądujemy w cieniu za przerośniętymi krzakami. Jego usta są gorące przy moich – wymagające w sposób, w jaki zdecydowanie nie była ta dziewczyna z wczorajszej imprezy.
Jak ona miała na imię? Coś na A.
Boże, kocham Harvard. Zero odpowiedzialności, maksimum rozpusty.
Jego ręce wsuwają się pod moją koszulkę, a ja chwytam jego włosy, mocniej niż zamierzałem.
"Jezus, kurwa," James dyszy przy mojej szyi. "Gdzie się, do cholery, ukrywałeś przez cały semestr?"
Śmieję się, bez tchu. "Biblioteka, sale wykładowe, egzystencjalne kryzysy na dziedzińcu o drugiej w nocy – wiesz, jak zwykle."
Jego udo wsuwa się między moje. To właśnie po to przyjechałem do Ameryki – wolność całowania każdego, kto przyspiesza moje tętno, bez królewskiego doradcy kalkulującego dyplomatyczne konsekwencje.
W domu każde zauroczenie wiąże się z raportem oceny ryzyka: która płeć wywoła mniej tabloidowych dramatów, która rodzina ma odpowiednią błękitną krew.
Tutaj? Mogę odkrywać kontury mojej seksualności na bieżąco, w sposób nieuporządkowany i niefiltrowany.
Wtedy to czuję. To mrowienie na karku, ten sam system ostrzegawczy, który utrzymał mnie przy życiu przez dziewiętnaście lat pałacowych intryg.
"Hej, co jest nie tak?" James odsuwa się. "Nagle zesztywniałeś. Jeśli za szybko albo..."
"Nie, to nie ty." Lustruję podwórko i zamieramy. Ktoś stoi przy tylnym ogrodzeniu, na wpół ukryty w cieniu, ale tak naprawdę nie próbuje się ukryć. Ciemne ubranie, wyprostowana postawa, rysy twarzy na tyle ostre, że mogłyby przeciąć nocne powietrze. Dziwnie pociągający w ten sposób "może być niebezpieczny, ale mi się to podoba".
"Chyba mamy widownię," mruczę, czując mrowienie na skórze. "I nie przypadkową."
James podąża za moim wzrokiem. "Okej, to cholernie dziwne. Twój znajomy?"
Kiedy patrzę ponownie, postać zniknęła. Rozpłynęła się jak dym.
"Ja... nie. Może. Cholera wie." Moja paranoja teraz wykonuje gimnastykę na olimpijskim poziomie. "Przepraszam, za dużo true crime'owych podcastów. Zachowuję się dziwnie."
Wymieniamy się numerami z obietnicami, których obaj wiemy, że nie dotrzymamy, a ja spędzam resztę nocy, próbując pozbyć się tego uczucia bycia obserwowanym.
Dwa dni później jestem w bibliotece, gdy znowu go zauważam. Te same ciemne ubrania, ta sama niepokojąca nieruchomość, trzy stoliki dalej z książką, która jest zdecydowanie tylko rekwizytem.
"To zaczyna być kurewsko śmieszne," mruczę.
"Co jest śmieszne?" Ashley, moja partnerka do nauki, podnosi wzrok znad notatek. "To, że profesor Chen zadał czterdzieści zadań, czy to, że połowa z nich nawet nie jest w podręczniku?"
"Jedno i drugie, ale też..." Kiwam głową w stronę mojego prześladowcy. "Ten facet ostatnio jest wszędzie. Zaczynam czuć się jak gwiazda czyjejś cholernie nudnej taśmy z monitoringu."
Ashley mrużąc oczy patrzy w głąb biblioteki. "Ciemny i ponury na trzeciej? Hmm. Ma ten cały klimat 'może cię zamordować, ale zrobi to z klasą'. Jestem zaintrygowana."
"Twój gust co do mężczyzn nadal mocno mnie niepokoi, Ash." Zamykam książkę z trzaskiem. "Ale nieważne, i tak jestem zbyt nakręcony, żeby się skupić."
Następnego dnia stoję z Jakiem w kolejce po kawę, gdy zgadnij kto jest trzy osoby za nami? Pan Tajemniczy.
"To przechodzi od dziwnego do terytorium nakazu sądowego," szepczę do Jake'a. "Typu, czy on nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo jest oczywisty? To obraża moją inteligencję."
"Może po prostu jest kiepski w byciu subtelnym?" Jake szepcze z powrotem. "Albo może się w tobie zadurzył, ale ma umiejętności społeczne rośliny doniczkowej. Przyciągasz tych dziwnych."
"Dzięki za to wotum zaufania dla mojego osądu." Łapię swoją kawę i oczywiście, Pan Ponury śledzi mój ruch jakbym był kropką GPS. "Jeśli skończę w true crime'owym podcaście, najpierw nawiedzę twój tyłek," mamroczę pod nosem.
Kiedy we wtorek wychodzę ze statystyki i znajduję go opartego o drzewo na dziedzińcu – nawet nie udającego, że się ukrywa – mam dość. Mój niepokój sięgnął zenitu przez ostatnie dni, ledwo spałem i mam dość czucia się jak ofiara.
"Pieprzyć to," mamroczę, zmieniając kierunek w pół kroku.
Nie ucieka, kiedy widzi, że nadchodzę. Nawet nie wygląda na zaskoczonego. Po prostu obserwuje tymi niepokojąco spokojnymi oczami, jakby na to czekał.
"Dobra, musimy poważnie porozmawiać o granicach."
Staję dokładnie przed nim, nie ma drogi ucieczki.
"Bo to całe chodzenie za mną po kampusie? To nie jest tajemnicze ani intrygujące, to jest przerażające. Typu 'zadzwonić po ochronę kampusu i złożyć zawiadomienie na policję' poziom przerażający. Nie wiem, co jest z tobą nie tak, ale jeśli chciałeś mnie poznać, prześladowanie nie było najlepszym sposobem na to."
Nie wzdryguje się, nawet nie mrugnął. Po prostu utrzymuje moje spojrzenie z niepokojącą stałością, te ciemne oczy oceniają mnie, jakbym był układanką z brakującymi elementami.
Potem spogląda na swój zegarek – drogi, zauważam – zanim patrzy na mnie z powrotem z wyrazem twarzy, który sprawia, że moja skóra mrowi.

My Wild Prince
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101