

Opis
Podjela sie pracy pod przykrywka, by zdemaskowac skorumpowanego gubernatora. Zamiast tego zostala zawlaszczona przez bossa mafii. Lyra Ashen to bystra, niezalezna dziennikarka z jednym celem - obalic wplywowego polityka powiazanego ze swiatem przestepczym. Jej misja jednak rozpada sie w chwili, gdy na jej drodze staje Pierce Leneghan, bezwzgledny przestepca i dominujacy Alfa, ktory oznacza ja jako swoja przeznaczona partnerke. Kiedy ucieczka okazuje sie niemozliwa, a opor przynosi jej nie tylko siniaki, lecz takze rozkosz - swiat Lyry pograza sie w obsesji, wladzy i pozadaniu. Moze z nim walczyc. Moze go nienawidzic. Przysiegala sobie, ze nigdy nie zakocha sie w takim potworze jak on. Ale potwory nie caluja w ten sposob i prawdopodobnie nie krwawia dla ciebie.
Rozdział 1
May 7, 2026
Perspektywa Lyry
Gdyby ktoś mi powiedział w zeszłym roku, że będę półnaga tańczyć dla obleśnych polityków w jakimś luksusowym podziemnym klubie z podsłuchem pod stanikiem, pewnie zakrztusiłabym się mrożoną kawą i uznała cię za wariata.
A jednak oto jestem. Wpatrzona w swoje odbicie w garderobie The Burning Sun, takiego klubu, gdzie sekrety płyną szybciej niż szampan.
Poprawiłam czarny, cekinowy stanik ledwo zakrywający piersi i przestawiłam pasujący string, który zupełnie nic nie robił dla mojej godności. Aksamitna maska oplatała mi oczy, dając tyle anonimowości, bym mogła udawać, że to nie jest najgorszy pomysł, na jaki kiedykolwiek wpadłam.
A ten mały mikrofon brzęczący pod stanikiem? Tak, to miało sprawić, że poczuję się jak twarda agentka. Spoiler: nie sprawił.
– Dasz radę, Lyra – wymamrotałam, starając się nie zakrztusić własnymi nerwami. – Po prostu tańcz. Nagraj skorumpowanego gnoja. Wynoś się stąd.
Łatwizna, prawda?
– Pokój Trzeci – warknął ktoś chrapliwym głosem. Jeden z ochroniarzy stał przy drzwiach, skrzyżowane ramiona i twarz niczym wykuta ze skały. – Gubernator czeka.
Zrobiło mi się niedobrze. Czas na przedstawienie.
– Idealnie – powiedziałam z najbardziej fałszywym uśmiechem, jaki widział świat, mijając go, obcasami stukając o podłogę jakbym wiedziała, co robię.
Korytarz pachniał drogimi cygarami, zbyt mocnymi perfumami i ego. Przesunęłam się przez aksamitną kotarę do Pokoju Trzeciego, czyli VIP-owskiej jamy grzechu. Skórzane kanapy oplatały małą, prywatną scenę, a na środku, jakby był królem świata, siedział gubernator Renshaw.
Gruba ryba. Jeszcze grubsze ego. Sączył whisky, jakby przed chwilą nie przyłapano go na praniu milionów, rzekomo.
Towarzyszyło mu trzech facetów, wszyscy nadęci w garniturach, aż za bardzo próbujący wyglądać na ważnych. Z wyjątkiem jednego. Gościa na końcu kanapy? Nie poruszył się, nie odezwał. Po prostu patrzył.
Wysoki. Ostry podbródek. Gładkie, czarne włosy. Miał taki rodzaj twarzy, której się nie zapomina, a uwierz mi, chciałam zapomnieć. Bo w chwili, gdy weszłam, jego oczy przypięły się do moich, jakbym właśnie wchodziła do jaskini lwa w zwolnionym tempie.
Nie. Nie patrz na niego. Skup się na Renshawie. Jesteś tu dla misji.
Chwyciłam rurę jakby była jedyną stabilną rzeczą w tym pomieszczeniu i zmusiłam ciało do ruchu w rytmie pulsującym z głośników. Powoli i zmysłowo.
– O cholera – mruknął ktoś. – Renshaw, skąd bierzesz te laski?
– Jest nowa – odpowiedział gubernator z szerokim uśmiechem. – Lubię tę maskę. Nadaje jej tajemniczości i trochę niebezpieczeństwa. – Urocze. Tak oryginalne.
Zrobiłam przysiad i zaczęłam pełzać do przodu, nie spuszczając wzroku ze wszystkich prócz tego wycofanego typa, który patrzył na mnie jak na własną ofiarę. Ale potem... tak. Zerknęłam.
Jego drink nawet nie drgnął, palce nie drgnęły. Ale te oczy, lodowato niebieskie i rozpalone jak powolny ogień, były wlepione we mnie, jakby właśnie wyszeptałam sekret, który tylko on mógł usłyszeć. Co on do cholery wyprawia?
Skup się, Lyra. Jesteś tu dla Renshawa. Nie dla faceta, który wygląda, jakby mógł łamać karki i popijać drogiego szkockiego jednocześnie.
Obróciłam biodra, podpełzając do gubernatora. Czas podkręcić atmosferę. Zarzuciłam nogę na jego kolana, dłonie przesuwając po jego klatce piersiowej, biodra kołysały się w rytmie wolnego basu dudniącego w ścianach. Złapał oddech, a ja pochyliłam się, muskając usta przy jego uchu.
Uśmiechnął się zbyt zadowolony z siebie. – Transport dociera we wtorek – mruknął do faceta obok. Bingo.
– Idzie prosto do–
– Alfa – przerwał mu jeden z garniturów, zerkając w stronę typa w cieniu. – Włoch chce pogadać po tym.
Alfa? To imię? Kryptonim?
Nie miałam czasu tego przemyśleć, bo coś we mnie, jakaś głupia magnetyczna siła, już ciągnęła mnie z powrotem do niego. Próbowałam dalej kręcić się przy Renshawie, ale to było już wymuszone. Jakby ciało wiedziało, że jestem zwrócona w złą stronę.
Spojrzałam znowu na tego, którego nazwali „Alfa”.
Wciąż się nie ruszył, tylko uniósł drinka do ust, sącząc go powoli, patrząc na mnie spojrzeniem, od którego aż drżał mi kręgosłup. To był ten rodzaj wzroku, który rozbierał nie tylko z ubrań, ale z wymówek… kłamstw… masek.
Moje kolana zadrżały. Zdradzieckie. Głodne odpowiedzi, niebezpieczeństwa, czegoś, czego nawet nie umiałam nazwać. Zsunęłam się z kolan gubernatora, ignorując jego ciche westchnienie protestu, i wolno opadłam znów na podłogę.
Dłonie dotknęły sceny, biodra kołysały się w rytmie, gdy czołgałam się od gubernatora w jego stronę, ku mężczyźnie, którego imię smakowało kłopotami i władzą.
Zatrzymałam się, klęcząc dokładnie między jego nogami. Mówiłam sobie, żeby odwrócić wzrok. Udawać obojętność. Ale nie zrobiłam tego. Spojrzałam w górę, prosto w jego oczy, i wtedy wiedziałam: przegrałam jakąkolwiek grę, w którą myślałam, że gram.
Wciąż nie wypowiedział ani słowa, ale wtedy się poruszył. Jego dłoń sięgnęła do moich włosów, powoli i zdecydowanie, zaciskając je w pięści.
Nie szarpał, nie bolało. Wystarczająco mocno, bym nie mogła się oddalić. Pewny chwyt. Ostateczny. Posiadawczy w sposób, który nie pytał, tylko oznajmiał.
Zamarłam, gdy pochylił się i powąchał moją szyję. Wciągnęłam powietrze. Całe ciało mi zesztywniało. Mózg wrzeszczał: wstań, uciekaj, ugryź go, zrób cokolwiek – ale nie zrobiłam nic.
Zastygłam w miejscu, ciepło rozlewało się po szyi jak nieodwracalna reakcja chemiczna.
Drugą ręką sięgnął do marynarki, wyjął plik banknotów i położył mi na piersi. Prosto między piersiami. Kostki musnęły moją skórę, jakby robił to celowo. Jakby każdy ruch był groźbą w przebraniu pieszczoty.
Potem odezwał się cicho, bardzo blisko, jakby jego głos był przeklętym sekretem. – Co za piękna partnerka.
Zamrugałam. Mocno. Partnerka? Jak... bratnia dusza? Obroża? Superzaborczy język sekty?
Zanim zdążyłam coś powiedzieć, jego palce zostawiły banknoty, powędrowały w górę i ujął moją brodę, zmuszając do spojrzenia na siebie, jakby odwrócenie wzroku nie wchodziło już w grę.
Z bliska pachniał dymem, przyprawami i czymś ciemniejszym, czego nie umiałam nazwać. Kciukiem musnął kącik moich ust i przez ułamek sekundy zapomniałam, po co tu w ogóle jestem.
– Spotkamy się jeszcze – powiedział. Po czym wstał, puszczając mnie, jakby oddawał mnie grawitacji.
Odchodził, jakby właśnie nie wywrócił mi nocy do góry nogami. Jakby nie przerwał mojej misji i nie zresetował mi całego układu nerwowego.
A ja zostałam tam na kolanach, z sercem bijącym mi w gardle, z mózgiem, który odmawiał restartu.

Obey or Bleed
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101