

Opis
Grace Miller spedzila osiemnascie miesiecy, probujac dac mezowi rodzine, o ktorej marzy. Osiemnascie miesiecy negatywnych testow i narastajacej watpliwosci, ze cos jest z nia nie tak. Potem wypadek samochodowy zmienia wszystko. Ryan przezywa, ale diagnoza go niszczy: jest nieplodny. Calkowicie sie wycofuje-nie dotyka Grace, nie patrzy na nia, nie dopuszcza jej do siebie. Mezczyzna, za ktorego wyszla za maz, znika, pozostawiajac po sobie obcego, ktory wzdryga sie na jej dotyk. Zdesperowany i zalamany Ryan sklada niewyobrazalna propozycje. Chce, by jego najlepszy przyjaciel Cole dal Grace to, czego on juz nie moze-fizyczna bliskosc, pozadanie, wiez. Poliamoryczny uklad we troje-bo Ryan woli dzielic sie zona, niz patrzec, jak usycha z samotnosci. Cole pragnal Grace od dnia, gdy sie poznali. Przez lata tlumil to uczucie, wmawiajac sobie, ze jest poza jego zasiegiem. Teraz jego najlepszy przyjaciel daje mu na to przyzwolenie. Ale pozwolenie na dotyk to nie pozwolenie na uczucia. To, co zaczyna sie jako uklad majacy uratowac malzenstwo, przeradza sie w cos, czego nikt z nich sie nie spodziewal. A gdy granice miedzy obowiazkiem a pozadaniem zacieraja sie nie do poznania, cala trojka musi stanac w obliczu bolesnej prawdy: niektore kontrakty nie sa w stanie pomiescic ludzkiego serca.
Rozdział 1
Mar 30, 2026
Kafelki w łazience wbijają się w moje uda przez cienkie spodenki od piżamy, gdy siedzę tu, zastygła w bezruchu od – jak mi się wydaje – godzin, choć minęły pewnie tylko trzy albo cztery minuty.
Test ciążowy leży odwrócony w mojej dłoni, jego ciężar jednocześnie nieistotny i przytłaczający.
Głos Ryana przesącza się przez drzwi, ciepły i beztroski w sposób, którego nie słyszałam od miesięcy, malując obrazy przyszłości, która może nigdy nie nadejść.
– Myślałem o imionach – mówi, a w jego słowach pobrzmiewa nadzieja, od której boli mnie serce. – Dla chłopca. Coś mocnego. Klasycznego. Może po moim dziadku – Thomas. Kiedy będzie mały, Tommy.
Przyciskam kciuk do plastikowej krawędzi testu, odwlekając nieuniknioną chwilę, gdy będę musiała go odwrócić i zmierzyć się z kolejnym możliwym rozczarowaniem.
– Kupimy mu jeden z tych małych kijów baseballowych. Zaczniemy wcześnie, wiesz? Trening odbijania w ogródku każdej niedzieli.
– Będziesz tam w swoich trenerskich spodenkach – mówię, próbując nadać swojemu głosowi lekkości, której nie czuję. – Spełniając swoje marzenia z Little League.
Ryan się śmieje, a ten dźwięk otula mnie jak wspomnienie szczęśliwszych czasów. – No jasne, że tak. Nauczę go rzucać krzywą piłkę, zanim pójdzie do gimnazjum.
Serce mnie boli, gdy dalej buduje tę rozbudowaną fantazję, już tworząc pełne życie dla kogoś, kto jeszcze nie istnieje.
– A na jego szesnaste urodziny?
– Samochód. Nic wymyślnego – po prostu coś niezawodnego. Może używana Honda. Trzeba go nauczyć, że wszystko, co warte posiadania, wymaga pracy.
W końcu odwracam test i ta pojedyncza kreska gapi się na mnie jak oskarżenie.
Negatywny. Znowu.
To słowo osiada mi w kościach jak zimna woda. Osiemnaście miesięcy prób, testów owulacyjnych, uniesionych bioder i wstrzymywania oddechu za każdym razem, gdy spóźniał mi się okres.
Osiemnaście miesięcy zastanawiania się, czy coś jest ze mną nie tak, czy to przeze mnie Ryan nie ma wymarzonego syna.
A jeśli to ja? Może to ja jestem tą zepsutą, wadliwym elementem w naszym perfekcyjnie zaplanowanym życiu?
Powoli wstaję, a z lustra patrzy na mnie moje odbicie – zmęczone oczy, niechlujny kucyk, kobieta powoli znikająca w swoim rozczarowaniu i zwątpieniu.
Kiedy otwieram drzwi, uśmiech Ryana gaśnie, gdy tylko widzi moją twarz, nadzieja znika z jego oczu. Ale szybko się otrząsa, dwiema szybkimi krokami pokonuje dystans między nami.
– Negatywny? – pyta cicho, a gdy kiwam głową, nie mogąc wydusić słowa, jego ramiona otulają mnie mocno i ciepło.
Jego usta odnajdują moją szyję, składając delikatne pocałunki na moim pulsie, jakby mógł pocałunkami odpędzić rozczarowanie.
– Hej – mruczy przy mojej skórze. – W porządku. Będziemy próbować dalej.
– Ryan...
– Naprawdę. – Odsuwa się, patrzy mi w oczy, jego dłonie delikatnie obejmują moją twarz z cichą determinacją. – To niczego nie zmienia. To tylko kwestia czasu, Grace.
– A jeśli nie? – Słowa wymykają mi się z ust, niosąc cały ciężar moich potajemnych obaw. – A jeśli coś jest ze mną nie tak? Jeśli to ja jestem problemem?
– Lekarze mówią, że niektórym parom to zajmuje czas – jego kciuki głaszczą moje kości policzkowe, ale słyszę niepewność kryjącą się pod jego zapewnieniami. – Oboje jesteśmy zdrowi. Robimy wszystko, jak trzeba.
A jeśli nie? A jeśli to ja nie robię? Ta myśl gryzie mnie nieustannie, uporczywy głos szepczący, że to przez mnie wszystkie te negatywne testy, że miesiąc po miesiącu go zawodzę swoim wadliwym ciałem.
– Chcę tego. Chcę ciebie. Pozwól mi to ci pokazać. – Jego dłonie zsuwają się na moją talię, już kierując mnie w stronę łóżka z dobrze znaną pewnością.
Kładzie mnie delikatnie i pozwalam mu na to, bo tego on potrzebuje, może oboje tego potrzebujemy – pocieszenia rutyny, złudzenia, że jeśli tylko będziemy próbować dalej, wszystko się ułoży.
Misjonarski. Zawsze misjonarski, gdy Ryan układa się między moimi udami, a ja czuję go twardego przy sobie, chcącego w sposób, który musi coś znaczyć.
– Jesteś taka piękna – szepcze, wchodząc we mnie z niskim jękiem, który wibruje przez nas oboje.
Wyginam się ku niemu, oplatając go nogami i dopasowując się do jego stabilnego, celowego rytmu – tych sprawnych pchnięć trafiających w te same miejsca co zawsze.
Cicho jęczę pod nim, bo tego oczekuje, tego potrzebuje usłyszeć, nawet jeśli część mnie odpływa zupełnie gdzie indziej.
Chciałabym poprosić o więcej – pragnę jego rąk bardziej szorstkich, tempa mniej przewidywalnego, by chwycił mnie za biodra tak mocno, że zostaną siniaki, by odwrócił mnie i wziął jakby nie mógł się powstrzymać.
Ale Ryan nigdy nie chciał eksperymentować, zadowala się tym, co działa, a ja połknęłam to pragnienie dawno temu, zakopałam je tak głęboko, że niemal o nim zapomniałam. Niemal.
– Tak dobrze się z tobą czuję – szepczę zamiast tego, dając mu to, czego potrzebuje, gdy jego oddech przyspiesza, a ruchy stają się ostrzejsze.
Kończy z jękiem, kończąc we mnie i zostaje tam jeszcze chwilę z czołem opartym o moje, zanim się przetacza. Sufit patrzy na mnie z góry – biały, pusty, bez końca – kiedy rzeczywistość wraca.
– W końcu się uda – mówi Ryan, dochodząc do siebie obok mnie.
Kiwam głową bez słowa, bo nasza intymność stała się rachunkami – okienka owulacji, wykresy temperatur, ciche modlitwy szepczące w poduszkę.
Nie namiętność czy pożądanie, lecz obowiązek przebrany za pragnienie.
Ja też chciałam być matką, tęskniłam za tym z desperacją, która mnie zaskoczyła. Ale miesiąc po miesiącu przynosi tylko pojedyncze kreski i cichą żałobę, a teraz także dodatkowy ciężar myśli, czy to przeze mnie wszystko.
Ryan opiera się na łokciu, patrzy na mnie znowu rozświetlonymi oczami, już zostawiając rozczarowanie za sobą.
– Myślałem o domu – mówi, rozpoczynając kolejne rozbudowane plany. – Powinniśmy popatrzeć na coś większego. Co najmniej trzy sypialnie. Może cztery, jeśli będziemy chcieli mieć miejsce na rozwój.
– To dużo miejsca dla dwóch osób.
– Nie będziemy we dwoje na zawsze. – Uśmiecha się z niezachwianą pewnością. – Znasz plan. Dwójka dzieci przed trzydziestką piątką. Może trójka, jeśli się poszczęści.
– Plan – powtarzam, czując na języku jego gorycz.
Opowiada dalej o swojej perfekcyjnej przyszłości – duży ogród dla nieuniknionego psa, może basen, gdy dzieci podrosną, niedzielne obiady z całą rodziną, gdy przez dom niosą się kłótnie o futbol.
Nazywa to dynastią Mitchellów, a ja się uśmiecham, bo tego oczekuje, bo zawsze tak robię.
– Za pięć lat spojrzysz na ten moment i będziesz się śmiać – mówi, przyciągając mnie bliżej i kładąc dłoń na moim brzuchu – płaskim, pustym, być może wadliwym.
Zamykam oczy i próbuję zobaczyć to, co on widzi, ale widzę tylko osiemnaście negatywnych testów i narastającą pewność, że go zawodzę. – Wierzę ci – szepczę, bo to łatwiejsze niż wypowiedzieć swoje lęki.
– Dobra dziewczyna.
Opada z powrotem na poduszki, a po kilku minutach jego oddech pogłębia się we śnie. Ryan nigdy nie zabiera zmartwień do łóżka – nigdy tego nie robił.
Leżę czuwając, tęsknota znów wijąca się we mnie, ten bezimienny ból, którego nie mogę zbyt uważnie oglądać.
To nie tylko kwestia dzieci, nie całkiem, ale coś jeszcze, co ignorowałam dłużej, niż chcę przyznać – głód, którego skuteczne dotyki Ryana nigdy nie zaspokajają, niepokój narastający w ciszy.
Odwracam głowę, by patrzeć na śpiącego męża – dobrego, niezawodnego Ryana z jego pięcioletnim planem, stabilną pracą i przyszłością rozpisaną w arkuszach kalkulacyjnych. Kocham go i on kocha mnie, i to musi wystarczyć.
Wpatruję się w sufit, aż w końcu wyczerpanie mnie pokonuje, ale gdzieś w ciemności wciąż krążą pytania: Czy to wystarczy?

Our Three-Way Marriage
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101