

Opis
Myslala, ze wyjezdza z domu do pracy. Zamiast tego oddano ja jak dlug - temu, ktorego jej ojciec kiedys zdradzil. Mary Callahan zostaje porwana przez nieznajomego w czarnym samochodzie i slyszy cos nie do pomyslenia: ,,Twoj ojciec nie mial pieniedzy. Mial ciebie." William Flanagan to nie jakis spadkobierca mafii ani elegancki don. Jest bronia wykuta w rynsztoku, wychowana przez czlowieka, ktory zniszczyl jego rodzine... a teraz przyszedl odebrac zaplate w najbardziej osobisty sposob. To, co mialo byc zemsta, zamienia sie w cos znacznie bardziej zawilego - ,,Myslalem, ze sprawie, ze bedziesz cierpiec za jego grzechy. Ale nie potrafie przestac cie pragnac." Przetrzymywana w jego posiadlosci, odziana w jedwab, zwiazana kontraktem, a potem malzenstwem, Mary jest zmuszona grac idealna zone mafiosa, jednoczesnie planujac ucieczke. Ale gdy srebrny noz wypada z jej szlafroka, a krew splywa na oltarz w dniu jej slubu, staje sie jasne: nikt nie jest bezpieczny. Bo w mafii dlugi sa swiete. Milosc to wojna. A jesli nie potrafisz zabic potwora, do ktorego nalezysz... mozesz zostac jego zona.
Rozdział 1
Dec 9, 2025
Myślała, że opuszcza dom z powodu pracy. Zamiast tego została oddana jak dług — temu, którego jej ojciec niegdyś zdradził.
Mary Callahan zostaje porwana przez nieznajomego w czarnym aucie i słyszy coś nie do pomyślenia: „Twój ojciec nie miał pieniędzy. Miał ciebie.”
William Flanagan nie jest dziedzicem mafii ani eleganckim bossem. Jest bronią wykutą w rynsztoku, wychowaną przez człowieka, który zniszczył jego rodzinę… a teraz przyszedł odebrać zapłatę w najbardziej osobisty z możliwych sposobów.
To, co miało być zemstą, zamienia się w coś znacznie bardziej skomplikowanego — „Myślałem, że sprawię, byś cierpiała za jego grzechy. Ale nie potrafię przestać cię pragnąć.”
***
Wiatr drapał łuszczącą się farbę domu, jakby miał do wyrównania rachunki. Mary stała na ganku obok ojca, u jej stóp leżały dwie walizki, podeszwy butów ugniatały popękany beton.
Dom za nimi uginał się, jakby był zbyt zmęczony, by dalej stać. Tak jak Ben.
Przejechał dłonią po nieogolonej, pooranej zmarszczkami szczęce i nie mógł spojrzeć jej w oczy.
Samochód podjechał do krawężnika.
Nie była to taksówka. Nawet nie przypominała. To był ten rodzaj auta, którego nie widywało się na ich ulicy, chyba że coś poszło naprawdę po myśli… albo bardzo, bardzo źle.
Lśniąca czerń. Przyciemniane szyby. Cichy jak groźba.
„Co to jest?” spytała Mary, cofając się o krok.
Ben ciężko westchnął. „Nie było nas stać na taksówkę,” wymamrotał. „Stary znajomy zaoferował, że podwiezie cię na lotnisko.”
Znów spojrzała na samochód. „Serio?”
Otworzył bagażnik i wrzucił jej walizkę. Rękaw podjechał mu trochę do góry, odsłaniając wyblakły tatuaż na nadgarstku — żeton kasyna przecięty nożem, otoczony drutem kolczastym. Wpatrywała się w niego.
„Nigdy nie powiedziałeś mi, co to znaczy.”
„Nigdy nie chciałem.” Odwrócił się do niej, głos miał szorstki. „Słuchaj. Wiem, że nie tak wyobrażałaś sobie wyjazd. Ale masz pracę. Przyszłość. Skorzystaj z tego. Nie oglądaj się za siebie.”
Mary przeszukiwała jego twarz, ale czego by nie szukała — żalu, wyjaśnienia, czegokolwiek prawdziwego — nie znalazła. Tylko zmęczenie.
Więc wsiadła na tylne siedzenie.
Wewnątrz powietrze było chłodniejsze. Gładsze. Pachniało lekko drogą skórą i czymś ostrzejszym pod spodem — może ozonem. Albo niebezpieczeństwem.
Sięgnęła do torebki. Zmarszczyła brwi. Zaczęła grzebać szybciej.
Serce zabiło jej mocniej. „Cholera. Zapomniałam paszportu.”
Zamek drzwi zatrzasnął się.
Podniosła głowę gwałtownie. „Co jest, do diabła?”
Kierowca nie odpowiedział. Uniósł tylko coś do lusterka wstecznego. Jej paszport.
„Tego szukasz?” spytał.
Zrobiło jej się zimno w żołądku. „Kim jesteś?”
Nie odwrócił się całkiem, ale jego głos naostrzył się jak potłuczone szkło. „Kimś, komu się należy.”
„Co ci się należy?” warknęła.
Teraz się odwrócił. Tylko na tyle, by dostrzegła zarys jego profilu — wyrzeźbiony, nieprzenikniony. Blizna ciągnęła się wzdłuż szczęki, blada na opalonej skórze.
„Twój ojciec,” powiedział spokojnie, „zadarł z niewłaściwymi ludźmi i narobił sobie długów. Wielkich. Brudnych. Głupich długów.”
Mrugnęła. „I co z tego? To nie ma ze mną nic wspólnego—”
Przerwał jej. „Zastaw, księżniczko. Nie miał pieniędzy. Miał ciebie.”
Słowa wniknęły w nią jak jad. Rzuciła się do drzwi. Ani drgnęły.
„Tato!” wrzasnęła, waląc w szybę. „Powiedz mi, że to nieprawda!”
Ben nie drgnął. Nawet się nie zatrzymał. Po prostu wszedł z powrotem do domu i zamknął za sobą drzwi.
Zamek znowu kliknął.
Krzyk odbił się echem w ciasnej kabinie, gdy samochód szarpnął do przodu.
Chwyciła telefon, wystukała trzy cyfry drżącymi palcami—
Hamulce zapiszczały. Telefon wyrwano jej z ręki, wyrzucono przez okno jakby nic nie ważył.
Zabrakło jej tchu. „Oszalałeś?!”
Mężczyzna już wysiadał z samochodu. Sekundę później tylne drzwi otworzyły się gwałtownie i sięgnął po nią.
Mary kopała, szamotała się, klęła—
Złapał jej nadgarstki jednym, brutalnym ruchem i wepchnął ją z powrotem na siedzenie. Jego sylwetka zamykała ją w klatce, oczy miał jak lodowe burze.
„Nie walcz ze mną.”
„Idź do diabła.”
„Już tam byłem,” wyszeptał. „Ale to ja jestem twoją drogą stąd.”
Wpatrywała się w niego, złość i strach ściskały jej gardło w ciasny węzeł.
„Możesz odejść,” powiedział cicho. „Ale wtedy wrócę i odbiorę to, co moje, od Bena.”
Cisza.
Zacisnęła szczękę. Serce waliło jej jak oszalałe.
„Nienawidzę cię,” wyszeptała.
Jego oczy nie drgnęły. „O, założę się, że tak.”
Potem drzwi trzasnęły, a resztę pochłonęło miasto.

Paying My Father's Debt
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101