

Opis
Majac szesnascie lat, Lisa byla lyzwiarka figurowa z przyszloscia. Potem przyszla kontuzja kolana, przybranie na wadze i okrucienstwo ze strony wszystkich, ktorym ufala. Jej chlopak upokorzyl ja publicznie. Jego przyjaciele zamienili jej zycie w pieklo. I pewnej nocy na studiach, chlopak, ktoremu w koncu pozwolila sie zblizyc, zrobil zdjecie, na ktore nigdy nie powinna byla pozwolic - a rano bylo juz wszedzie. Nazywali ja ,,Ksiezniczka Prosiaczkiem". Jej kariera, jej reputacja, zycie jej rodziny - wszystko przepadlo. Teraz ma dwadziescia szesc lat. Jest nie do poznania. Nie do namierzenia. I wlasnie zostala zatrudniona w firmie mezczyzny, ktorego obwinia za wszystko. On jest dyrektorem generalnym z lodowata narzeczona i nie ma pojecia, kim naprawde jest jego nowa pracownica. Plan Lisy jest doskonaly. Sprawic, by sie w niej zakochal. Zniszczyc jego zycie. Zostawic go z niczym - tak, jak on zostawil ja. Jest tylko jeden problem, ktorego nie przewidziala: on zaczyna sie zakochiwac, a ona razem z nim.
Rozdział 1
Jul 2, 2026
[Perspektywa Lisy]
W końcu zniszczę mu życie tak, jak on kiedyś zniszczył moje.
Ta myśl przebiega przeze mnie jasno jak dzień, gdy idę za menedżerką HR przez korytarz ze szklanymi ścianami i wypolerowanym betonem, udając, że tutaj pasuję.
"Kuchnia po lewej, pojemniki do recyklingu tutaj, proszę używać—" Ton jej 'proszę' sugeruje, że nikt tego nie robi. "A to piętro to analityka i strategia—twój dział. Pokochasz zespół."
"Brzmi idealnie. Rozkwitam w pracy zespołowej." Kłamstwo przychodzi mi tak naturalnie, że mogłoby być prawdą. Lisa Monet jest entuzjastyczna, ciepła, zapomniana—nikt, kogo warto obserwować dwa razy.
Moje oczy jednak ciągle uciekają w stronę narożnego biura na końcu korytarza. Mężczyzna w grafitowym garniturze przechadza się za szybą z telefonem przy uchu—starszy, z ostrzejszą szczęką, szerszymi ramionami pod materiałem, który kosztuje więcej niż mój czynsz.
Lata były dla niego łaskawe. Mój żołądek skręca się na myśl o tej niesprawiedliwości, bo on dorósł do władzy, podczas gdy ja głodziłam się, by zmieścić się w ubrania o dwa rozmiary mniejsze, złamałam nos i zapłaciłam chirurgowi za nowy, rozjaśniłam włosy do niepoznania, a moje nazwisko zostało pogrzebane w urzędzie.
"Ach, to nasz COO!" Menedżerka HR zauważa, że się patrzę. "Wkrótce się zaręcza, zresztą. Z córką właściciela. Niezła para władzy."
"Serio?" Przytykam dłoń do obojczyka, szeroko otwartymi oczami udając plotkarską kobietę, którą nigdy nie byłam. "To niesamowite."
"No właśnie? Każdego nowego pracownika wita osobiście, więc go poznasz." Pochyla się konspiracyjnie. "Między nami—to bardziej układ biznesowy niż historia miłosna."
W środku rachunek jest prosty: zaręczony z Kamilą oznacza jego tytuł, miejsce w zarządzie, narożne biuro—wszystko zszyte do tego pierścionka. Wyciągnij pierścionek, wszystkie szwy puszczą.
Nie podniósł wzroku. Nie zauważył mnie. Dobrze .
"Możemy?" Wskazuje windę. Pozwalam sobie na ostatnie spojrzenie przez szkło—on przechadza się, śmieje do telefonu, ani rysy na swoim drogim życiu.
Nie przyszłam tu patrzeć, jak dostaje szczęśliwe zakończenie. Przyszłam mu je odebrać.
* Dziesięć lat temu *
Miałam szesnaście lat, stałam przy bandzie w bluzie o dwa rozmiary za dużej, naciągając ją niżej, żeby nie było widać brzucha. Dziewczyny, z którymi kiedyś trenowałam, ślizgały się po lodzie podczas rozgrzewki przed regionalnymi zawodami.
Moje kolano było sztywne po ostatniej rehabilitacji—dzisiaj się zgina, jutro odmówi posłuszeństwa. Ale tak bardzo tęskniłam za lodowiskiem, że po prostu musiałam przyjść.
Pierwsza zauważyła mnie Weronika. Podjechała do bandy i uśmiechnęła się, pokazując wszystkie zęby. "Liz! Przyszłaś nas wspierać. To takie słodkie z twojej strony."
"Przyszłam życzyć wam powodzenia." Głos miałam pewny. Pięści, schowane w kieszeniach bluzy, już nie. "Regionals to wielka sprawa."
"No tak! Dla tych, którzy się kwalifikują." Powiedziała to słodko, przechylając głowę, ociekając troską. "Może lepiej kibicuj z trybun? Szczerze mówiąc, nie jestem pewna, czy lód wytrzyma dodatkowe obciążenie."
Na lodowisku wybuchł śmiech—Chloe na środku, Mina przy ławce. Dźwięk odbijał się od ścian lodowiska, potęgując się.
"Dobre, Nic!" krzyknęła Chloe. "Może Liz zostanie naszą maskotką—maskotki nie muszą się mieścić w kostiumy, prawda?"
Uśmiech Nic rozszerzył się, karmiąc się śmiechem. Paznokcie odcisnęły mi ślady w dłoniach schowanych w kieszeniach, ale stałam tam, pozwalając im na to, bo odejście w trakcie śmiechu byłoby przyznaniem, że żart mnie zabolał.
Mój trener pojawił się przy moim łokciu. "Ignoruj je—denerwują się przez regionalne. Jeszcze kilka tygodni rehabilitacji i znów pokażesz im, jak się to robi."
"Wiem." Wymusiłam uśmiech, który był dokładnie taki jak moje kolano—sztywny i nieposłuszny. "Do zobaczenia w poniedziałek."
Ścisnęła mi ramię, a ja chciałam jej uwierzyć—desperacko, żałośnie chciałam. Ale w jej oczach był ten wyraz, który mają ludzie, gdy cię zarządzają, a nie wspierają.
Wyszłam z podniesioną brodą i palącym gardłem. Najpierw poczułam zimno—styczeń w Michigan—a pod nim zrozumienie, że właśnie wyśmiano mnie z jedynego miejsca, gdzie kiedykolwiek czułam, że coś znaczę.
Parking powinien być pusty. Potem zobaczyłam Jeepa Maxa—ten sam samochód, w którym jeździłam setki razy, jego dłoń na moim kolanie, jego okropne playlisty.
Opierał się o maskę. Przez jedną żałosną, desperacką sekundę moje nogi przyspieszyły, bo głupie serce uznało, że przyszedł dla mnie—że wie, jak dzisiaj mnie to zniszczy i mimo to się pojawił.
Potem zobaczyłam Chloe. Wtulona w jego bok, jego ramię wokół jej talii—swobodnie i jakby od dawna, jakby to trwało od tygodni. Ta sama Chloe, która przed chwilą nazwała mnie maskotką. Moje nogi się zatrzymały, a styczniowe powietrze przestało być zimne, bo nie czułam już nic poniżej klatki piersiowej.
Spojrzał na mnie przelotnie—potem wrócił wzrokiem, spojrzenie jak u jelenia w świetle reflektorów, które może jeszcze coś dla mnie znaczy. "Co tu się dzieje?" Głos mi się załamał w połowie, ale i tak nie odwróciłam wzroku.
"To nie jest to, co myślisz—" zaczął, spanikowany.
"To co to jest, Max?" Wskazałam na dłoń Chloe na jego klatce, na brak przestrzeni między nimi. "Bo z tej perspektywy wszystko jest jasne."
Opadło mu ramię z talii Chloe—nie ze wstydu, tylko żeby skrzyżować oba na piersi. "Dobra. Tak. To jest to, co myślisz." Raz poruszył szczęką. "Nie będę błaznem, który spotyka się z grubą dziewczyną, podczas gdy wszyscy śmieją się za moimi plecami. Po prostu spójrz na siebie."
Chloe przytuliła się do niego, uśmiechając się szeroko. "Kochanie, nie bądź niemiły—jeszcze na ciebie usiądzie." Zaśmiała się ze swojego żartu, wysoko i ostro, a usta Maxa drgnęły ku górze. Nie poprawił jej. Pozwolił, by to wybrzmiało i zostało.
Moja ręka odnalazła zamek bluzy i zacisnęła go, bo palce potrzebowały czegoś twardego, inaczej by się rozpadły. Sześć miesięcy temu ten chłopak całował mnie w czoło na tym samym parkingu i mówił, że będzie na moich pierwszych zawodach po powrocie.
Teraz był trzy metry dalej z czyimiś perfumami na kurtce, a każde jego słowo było zamykającymi się drzwiami—i najgorsze nie było to, co mówił, tylko że wciąż chciałam, żeby to cofnął.
"Gdy ciebie wyśmiewają? Przecież wiesz , co o mnie gadają." Głos miałam cienki, błagalny, a nienawidziłam siebie za to brzmienie. Nie zasłużył na moją złość.
Wiedziałam o tym, a i tak nie mogłam przestać być zła na siebie. Dlaczego wtedy źle wylądowałam? Ćwiczyłam ten skok tysiąc razy, jak mogłam się połamać? Jak mogłam zacząć brać hormony, jak mogłam pozwolić, by tak się stało, by na końcu go do siebie zrazić?
"No i?" Wzruszył ramionami—naprawdę wzruszył ramionami, jakbym pytała o pogodę. "Ona jest fajna. Ty—wiesz, po prostu już nie . Już nie." Otworzyłam usta, a on podniósł dłoń, by mnie uciszyć. "Nie. Serio. To żenujące dla nas obojga."
Za mną otworzyły się drzwi lodowiska—Weronika, Mina, nowa dziewczyna—już śmiały się, zanim do nas doszły. Teraz to ja byłam widowiskiem. Ja byłam tym żartem, który nigdy się nie kończy.
Otworzyłam usta i nic nie powiedziałam. Parking przechylił się na krawędziach, asfalt się rozmazał, a moje płuca zapomniały się napełnić powietrzem.
Przyjechał tu. Przejechał całe miasto i myślałam, że dla mnie , a to nigdy, przenigdy nie było dla mnie, i to wszystko dlatego, że już nie byłam dla niego wystarczająca.
Stałam tam z tuszem palącym szlaki na policzkach, z pulsującym kolanem i rękami zaciśniętymi w bluzie, którą kupiłam specjalnie po to, by się w niej chować. Bez broni, bez riposty, bez przyszłej wersji siebie, do której mogłabym sięgnąć.
Tylko dziewczyna, rozbierana na kawałki na oczach wszystkich, przez każdą osobę, którą uważała za swoją.

Piggy Princes's Revenge
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101