

Opis
Harley przetrwala dwa lata w Wentworth Academy dzieki perfekcyjnym ocenom i czystej zlosliwosci. Uczennica z stypendium. Siostra czlonka gangu, corka ojca siedzacego w wiezieniu. Dziewczyna, ktora nigdzie nie pasuje. Tate Mercer jest wszystkim, czego nienawidzi. Zloty chlopiec gubernatora. Chlopak, ktory upokorzyl ja w pierwszej klasie i od tamtej pory uczynil z niej cel. Wrog, ktorego nauczyla sie nienawidzic z precyzja. Potem Harley odkrywa sekret, ktory moglby zniszczyc cala jego rodzine. Nie chce jego pieniedzy. Chce czegos lepszego-Tate'a na smyczy, grajacego oddanego chlopaka, chroniacego ja przed przesladowcami i pomagajacego jej wygrac wybory do samorzadu uczniowskiego. W zamian zachowa milczenie.
Rozdział 1
Jul 9, 2026
Perspektywa Harley
Mrożona latte uderza mnie w pierś niczym wypowiedzenie wojny.
Zimno przenika przez cienką bawełnę mojej bluzki – tej samej, nad którą spędziłam dwie godziny poprzedniego wieczoru, starannie zaszywając ukrytą dziurę, żeby nikt nie zauważył, że pochodzi z używanej sterty w Goodwill.
Teraz jest zniszczona, brązowa ciecz rozlewa się po białej tkaninie jak plama, której nigdy nie zdołam usunąć.
„O mój Boże, tak strasznie przepraszam!” – głos Sloane ocieka fałszywą troską, jej wypielęgnowana dłoń przyciśnięta do obojczyka w teatralnym przerażeniu. „Nawet cię nie zauważyłam. Po prostu wtapiasz się w tło, prawda?”
Tłum materializuje się tak, jak zawsze dzieje się to w Wentworth Academy – telefony w górze, głodni treści, gotowi patrzeć, jak dziewczyna na stypendium zostaje sprowadzona na swoje miejsce.
„Śmieci z Southside”, ktoś mruczy. Słowa odbijają się echem od marmurowych ścian, a po nich następuje fala śmiechu.
Moje ręce drżą. Nie ze strachu – nigdy ze strachu. Z wysiłku, by utrzymać je przy bokach, zamiast zaciskać wokół opalonej sprayem szyi Sloane.
Mogłabym to zakończyć. Jeden telefon do Mateo, jedno wyszeptane ostrzeżenie o tym, co się dzieje z bogatymi dziewczynami, które biorą na cel jego młodszą siostrę, i Sloane Whitmore nigdy nawet nie spojrzałaby w moją stronę.
Southside Wolves mają reputację nie bez powodu.
Ale dokładnie tego oczekują, prawda? Siostra członka gangu, córka kryminalisty, potwierdzająca każdy stereotyp, który już dawno wypisali mi na czole.
Więc zamiast tego uśmiecham się – lodowato, ostro jak brzytwa.
Robię krok w stronę Sloane, obserwując, jak jej pewność siebie na chwilę przygasa. Przesuwam po niej wzrokiem – oczywiste doczepy, torba pokryta logotypami, opalenizna kończąca się pomarańczową linią na nadgarstku.
„Wiesz, co w tobie lubię, Sloane?” – utrzymuję lekki, niemal przyjazny ton, zbliżając się do niej. Jej uśmiech blednie. Przechylam głowę, pozwalam wzrokowi zatrzymać się na jej odrostach, zanim znów spotkam jej oczy. – „Tak bardzo się starasz, żeby być zapamiętaną.”
Kolejny krok. Nie cofa się, ale widzę, jak przełyka ślinę.
„Te doczepy.” – leniwie wskazuję na jej głowę, a kilka osób w tłumie chichocze. – „Te designerskie torebki.” Mój wzrok opada na monogramowaną skórę zwisającą z jej ramienia. – „Karta kredytowa tatusia płaci za wszystko.”
Jestem już tak blisko, że czuję jej perfumy – coś drogiego i duszącego. Pochylam się lekko, opuszczając głos na tyle, by telefony musiały się wysilić, żeby to nagrać.
„Tyle wysiłku, tyle pieniędzy, a co masz do pokazania?” – robię pauzę, pozwalając ciszy wybrzmieć. – „Jesteś tylko kolejną kopią każdej rozjaśnionej blondynki w tej szkole. Nie jesteś zapamiętywalna, Sloane. Jesteś podróbką.”
Śmiech zamiera, a idealnie wykonturowana twarz Sloane blednie pod bronzerem.
„Słyszałam, że firma twojego ojca jest właśnie pod lupą za oszustwa podatkowe” – dodaję, przechylając głowę tak, jakbym dzieliła się plotką z przyjaciółką. – „Musi być stresująco. Dlatego tak się zachowujesz? Potrzebujesz z kimś porozmawiać o swoich uczuciach?”
Jej usta się otwierają, zamykają, znów otwierają.
Nie czekam, aż wymyśli jakąś słabą odpowiedź. Obracam się na pięcie i odchodzę, wyprostowana, z podniesioną brodą, z kawą wsiąkającą w moją skórę z każdym krokiem. Tłum rozstępuje się przede mną, jakbym to ja nosiła markowe metki.
Łazienka jest pusta, kiedy do niej docieram. Na szczęście.
Zamykam się w kabinie i opieram czoło o chłodne metalowe drzwi, pozwalając sobie poczuć wszystko – zmęczenie, samotność, przygniatający ciężar codziennej walki o przetrwanie w tej samej bitwie.
Oczy pieką, ale nie płaczę. Dawno temu nauczyłam się, że łzy to luksus, na który mnie nie stać.
Przy umywalce szoruję plamę mokrymi papierowymi ręcznikami, patrząc, jak brązowa woda wiruje w odpływie. Bluzka jest zniszczona. Kolejna rzecz, którą będę musiała naprawić, wymienić albo wymyślić dla niej usprawiedliwienie.
Moje odbicie patrzy na mnie – ta sama ciepłobrązowa skóra, te same czarne włosy gładko zebrane w praktyczny kucyk, te same zmęczone, ciemnobrązowe oczy. Cienki złoty łańcuszek na szyi łapie światło jarzeniówki.
Prezent od ojca, wręczony mi dzień przed tym, jak zabrała go policja.
Spraw, żebym był z ciebie dumny, mija.
Jego głos rozbrzmiewa w mojej głowie, pewny i spokojny, jak zawsze podczas naszych comiesięcznych rozmów przez grubą plastikową szybę w więzieniu.
Nie wie o kawowych incydentach, o zwykłych wyzwiskach, ani o tym, że jem lunch sama w bibliotece, bo stołówka to dla mnie jak wejście na terytorium wroga. Myśli, że rozkwitam w prestiżowej prywatnej szkole – pozwalam mu w to wierzyć.
I sprawię, że będzie ze mnie dumny.
Wyciągam mój planer z torby i przewracam strony do sekcji poświęconej strategii kampanii. Przewodnicząca samorządu uczniowskiego. Wybory za sześć tygodni, a ja potrzebuję tego zwycięstwa bardziej niż powietrza.
Nie chodzi o tytuł—chodzi o udowodnienie, że należę tutaj, że zasłużyłam na to miejsce, że żadne rozlane latte ani obelgi nie zdołają mnie wypchnąć i odciąć od mojej przyszłości.
Zawsze myślę o dłoniach mojej matki, popękanych i szorstkich od wybielacza, od podwójnych zmian w spożywczaku i fabryce opakowań. Pracuje ponad siły, żebym mogła stać w tych marmurowych korytarzach i udawać, że jestem jedną z nich.
Nie pozwolę, by ta ofiara poszła na marne.
Pokój samorządu uczniowskiego jest na drugim piętrze, i już prawie tam jestem, kiedy nagle zamieram. Pan Patterson, nasz opiekun z ramienia kadry, stoi przy wejściu z kimś u boku.
Piaszczysto-blond włosy swobodnie opadające na czoło, znajoma, ostra linia szczęki i niebieskie oczy, które wyciągnęły go z każdego kłopotu, na jaki sobie zasłużył.
Tate, kurwa, Mercer.
Jego dłonie spoczywają niedbale w kieszeniach mundurka, postawa emanuje swobodną arogancją kogoś, komu nigdy nie odmówiono. Świat układa się wokół chłopaków takich jak on—zawsze tak było, zawsze tak będzie.
„Ach, panna Valdez,” mówi pan Patterson, zerkając na zegarek. „Idealnie, mam ważne ogłoszenie dla samorządu. Chodźmy do środka.”
Znika za drzwiami, zostawiając mnie samą na korytarzu z moim najgorszym koszmarem, który uśmiecha się z wyższością. Gdy tylko Patterson znika, czuję dłoń Tate'a, zanim w ogóle pojmuję, co się dzieje.
Palce zaczepiają się pod brzegiem mojej spódnicy, podnosząc ją od tyłu.
Obnażając mnie.
„Najnudniejsze majtki, jakie widziałem,” mówi, głosem niskim, rozbawionym. „Spodziewałem się czegoś innego, szczerze. Dziewczyna z przedmieść z tyłkiem jak twój? Myślałem, że będziesz miała panterkowe. Może jakiś tandetny string. Wielkie rozczarowanie, Valdez. Naprawdę.”
Odwracam się tak szybko, że aż kręci mi się w głowie, zdzielam jego rękę z taką siłą, że będzie go dłonią piekło jeszcze długo. „Dotknij mnie jeszcze raz, Mercer, a stracisz tę rękę. Znam ludzi, którzy uznaliby to za przysługę.”
Jego uśmieszek nie znika. Jeśli już, to tylko się pogłębia.
„Widzisz, to twój problem. Dziewczyna z Southside nie powinna robić scen. Twoje słowo przeciwko mojemu, a oboje wiemy, czyje ma tu znaczenie. Więc może dwa razy się zastanów, zanim grozisz synowi gubernatora, co? To kiepsko wygląda.”
„Tak samo jak molestowanie seksualne stypendystek, ale to cię chyba nie powstrzymuje.” Słowa wychodzą ostro, jadowicie. „Twój ojciec wie, jak spędzasz czas? Czy bycie drapieżcą to rodzinna cecha?”
Coś migocze w jego oczach, na chwilę, zanim znów przyjmuje wyraz zimnej rozbawionej obojętności. „Skoro już mowa, kochanie, nie przeleciałbym cię nawet za niezłą sumkę. Niektórzy z nas mają standardy.”
Słowa trafiają dokładnie tam, gdzie zamierzał, i czuję uderzenie w piersi, gorące i upokarzające.
Zanim zdążę się pozbierać, głos pana Pattersona dobiega z wnętrza sali samorządu. „Panno Valdez? Panie Mercer? Możemy zaczynać.”
Tate gestem zaprasza do drzwi z udawaną galanterią, wciąż z tym wkurzającym uśmieszkiem. „Po pani, Valdez. Nie chcemy trzymać wszystkich w niepewności.”
Zmusiłam się do ruchu, wchodząc przez próg ze sztywnym kręgosłupem i starannie wypracowanym, pustym wyrazem twarzy.
Pozostali członkowie już siedzą przy długim stole, ich ciekawe spojrzenia wędrują między mną a złotym chłopcem depczącym mi po piętach.
Szepty zaczynają się natychmiast—wyłapuję urywki, zdezorientowane pytania o to, dlaczego Tate Mercer nagle zaszczycił nas swoją obecnością.
Nie siada przy stole jak normalny człowiek. Zamiast tego omija wolne krzesła i opada na to na samym końcu, wygodne, zwykle zarezerwowane dla nauczyciela, rozsiadając się w nim jakby był właścicielem tego miejsca.
Długie nogi wyciągnięte, ręce swobodnie przewieszone przez oparcia. Ten uśmiech pewny siebie, gdy omiata wzrokiem radę, jakbyśmy byli tu po to, żeby go zabawić.
Pan Patterson odchrząkuje. „Jak niektórzy słyszeli, podczas niedawnego spotkania na terenie szkoły doszło do incydentu. W związku z tym pan Mercer został przydzielony do odbycia godzin prac naprawczych, które odbędzie pod nadzorem samorządu uczniowskiego.”
Robi pauzę, patrząc prosto na mnie, i wcale mi się to nie podoba.
„Panno Valdez, biorąc pod uwagę pani wzorową opinię, to pani będzie nadzorować jego zadania.”
W sali zapada cisza, gdy oczy Tate’a odnajdują moje po drugiej stronie stołu, niebieskie i skrzące się mroczną rozbawioną ekscytacją.
Jego uśmiech zaostrza się, przybierając niemal wyraz oczekiwania. „Wygląda na to, że utknęłaś ze mną, Valdez.”

Pretend You Love Me
51 Rozdziały
51
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101