

Opis
Harley przetrwala dwa lata w Wentworth Academy dzieki perfekcyjnym ocenom i czystej zlosci. Stypendystka. Siostra czlonka gangu, z ojcem w wiezieniu. Dziewczyna, ktora nigdzie nie pasuje. Tate Mercer jest wszystkim, czym ona gardzi. Zloty chlopiec gubernatora. Chlopak, ktory upokorzyl ja w pierwszej klasie i od tamtej pory uczynil z niej cel. Wrog, ktorego nauczyla sie nienawidzic z precyzja. Az Harley natyka sie na sekret, ktory moglby zniszczyc cala jego rodzine. Nie chce jego pieniedzy. Chce czegos lepszego-Tate'a na smyczy, grajacego oddanego chlopaka, chroniacego ja przed przesladowcami i pomagajacego jej wygrac wybory do samorzadu uczniowskiego. W zamian ona zachowa milczenie.
Rozdział 1
Feb 19, 2026
Perspektywa Harley
Mrożona latte uderza mnie w pierś niczym wypowiedzenie wojny.
Zimno przenika przez cienką bawełnę mojej bluzki – tej samej, nad którą spędziłam dwie godziny poprzedniego wieczoru, starannie zszywając ukrytą dziurę, żeby nikt nie zauważył, że pochodzi z kosza z używaną odzieżą w Goodwill.
Teraz jest zniszczona, brązowy płyn rozlewa się po białym materiale jak plama, której nigdy nie wypiorę.
– O mój Boże, tak mi przykro! – Głos Sloane ocieka fałszywą troską, a jej zadbana dłoń ląduje na obojczyku w udawanym przerażeniu. – W ogóle cię nie zauważyłam. Tak się wtapiasz w tło, prawda?
Tłum pojawia się tak, jak zawsze pojawia się w Wentworth Academy – telefony w górze, głodni sensacji, gotowi zobaczyć, jak dziewczyna na stypendium dostaje nauczkę.
– Śmieć z Southside – ktoś mruczy. Słowa odbijają się echem od marmurowych ścian i rozchodzi się fala śmiechu.
Moje dłonie drżą. Nie ze strachu – nigdy ze strachu. Z wysiłku, by trzymać je przy sobie, zamiast zacisnąć wokół opalonej na sprayu szyi Sloane.
Mogłabym to zakończyć. Jeden telefon do Mateo, jedna szeptana groźba o tym, co spotyka bogate dziewczyny, które biorą na cel jego młodszą siostrę, i Sloane Whitmore już nigdy nawet by na mnie nie spojrzała.
Southside Wolves mają reputację nie bez powodu.
Ale właśnie tego się spodziewają, prawda? Siostra członka gangu, córka przestępcy, potwierdzająca każdy stereotyp, jaki już wypisali mi na czole.
Zamiast tego uśmiecham się – lodowato, jak brzytwa.
Robię krok w kierunku Sloane, obserwując, jak jej pewność siebie na moment gaśnie. Moje spojrzenie celowo przesuwa się po niej – oczywiste doczepy, torba oblepiona logotypami, opalenizna kończąca się pomarańczową linią na nadgarstku.
– Wiesz, co w tobie lubię, Sloane? – Mój głos jest lekki, niemal przyjazny, gdy skracam dystans. Jej uśmiech słabnie. Przechylam głowę, pozwalając spojrzeniu zatrzymać się na jej odrostach, zanim znów patrzę jej w oczy. – Tak bardzo się starasz, żeby być zapamiętaną.
Kolejny krok bliżej. Nie cofa się, ale widzę, jak przełyka ślinę.
– Doczepy. – Wskazuję leniwie na jej głowę, a kilka osób w tłumie chichocze. – Torby od projektantów. – Mój wzrok pada na skórzaną torbę z monogramem zwisającą z jej ramienia. – Kartę kredytową tatusia, która za wszystko płaci.
Jestem już tak blisko, że czuję jej perfumy – coś drogiego i mdlącego. Pochylam się lekko, ściszając głos na tyle, żeby telefony musiały się wysilić, by to nagrać.
– Tyle wysiłku, tyle pieniędzy, i co z tego masz? – Zawieszam głos, pozwalając wybrzmieć ciszy. – Jesteś tylko kolejną kalką każdej rozjaśnionej blondynki w tej szkole. Nie jesteś zapamiętywana, Sloane. Jesteś podróbką.
Śmiech cichnie, a idealnie wykonturowana twarz Sloane blednie pod bronzerem.
– Słyszałam, że firma twojego ojca jest właśnie badana pod kątem oszustw podatkowych – dodaję, przekrzywiając głowę, jakbym dzieliła się plotką z przyjaciółką. – To musi być stresujące. Czy dlatego się tak zachowujesz? Potrzebujesz kogoś, z kim mogłabyś porozmawiać o swoich uczuciach?
Jej usta otwierają się, zamykają, znów otwierają.
Nie czekam na jakąś żałosną odpowiedź, którą próbuje sklecić. Odwracam się na pięcie i odchodzę, wyprostowana, z podniesioną brodą, z kawą przesiąkającą materiał aż do skóry z każdym krokiem. Tłum rozstępuje się przede mną, jakbym to ja nosiła markowe ubrania.
Łazienka jest pusta, gdy do niej docieram. Dzięki Bogu.
Zamykam się w kabinie i opieram czoło o chłodne metalowe drzwi, pozwalając sobie poczuć to wszystko – zmęczenie, osamotnienie, przygniatający ciężar codziennie toczonej tej samej walki.
Oczy pieką, ale nie płaczę. Dawno nauczyłam się, że łzy to luksus, na który nie mogę sobie pozwolić.
Przy umywalce szoruję plamę mokrymi papierowymi ręcznikami, obserwując, jak brązowa woda spływa do odpływu. Bluzka jest zniszczona. Kolejna rzecz, którą będę musiała naprawić, wymienić albo wymyślić dla niej kolejną wymówkę.
W lustrze widzę to samo odbicie – ta sama ciepła, brązowa skóra, te same czarne włosy wygładzone w praktyczny kucyk, te same zmęczone, ciemnobrązowe oczy. Cienki złoty łańcuszek na szyi łapie światło świetlówki.
Prezent od ojca, wręczony dzień przed tym, jak zabrała go policja.
Spraw, żebym był z ciebie dumny, mija.
Jego głos wybrzmiewa w mojej głowie, pewny i spokojny, jak zawsze podczas naszych comiesięcznych rozmów przez grubą plastikową szybę w więzieniu.
Nie wie o kawowych incydentach, o obelgach, o tym, że jem lunch samotnie w bibliotece, bo stołówka to jak wejście na terytorium wroga. Myśli, że świetnie sobie radzę w prestiżowej prywatnej szkole – pozwalam mu w to wierzyć.
I sprawię, że będzie ze mnie dumny.
Wyciągam planer z torby i przewracam strony do rozdziału o strategii kampanii. Przewodnicząca samorządu uczniowskiego. Wybory za sześć tygodni, a ja potrzebuję tego zwycięstwa bardziej niż powietrza.
Nie chodzi o tytuł—chodzi o udowodnienie, że należę tutaj, że zasłużyłam na swoje miejsce, że żadne rozlane latte ani obelgi nie wypchną mnie stąd i nie odetną od mojej przyszłości.
Zawsze myślę o dłoniach mojej matki, popękanych i szorstkich od wybielacza, od podwójnych zmian w sklepie i fabryce opakowań. Haruje do granic możliwości, żebym mogła stać w tych marmurowych korytarzach i udawać, że jestem jedną z nich.
Nie pozwolę, by ta ofiara poszła na marne.
Pokój samorządu uczniowskiego jest na drugim piętrze, i jestem już prawie na miejscu, gdy nagle się zatrzymuję. Pan Patterson, nasz opiekun z kadry, stoi przy wejściu, a obok niego ktoś jeszcze.
Piaszczyste blond włosy niedbale opadają mu na czoło, znajoma ostra linia szczęki i błękitne oczy, które wyciągnęły go z każdej konsekwencji, na jaką sobie zasłużył.
Tate, kurwa, Mercer.
Jego dłonie spoczywają swobodnie w kieszeniach mundurka, postawa emanuje nonszalancką arogancją kogoś, kto nigdy nie usłyszał "nie". Świat układa się wokół chłopaków takich jak on—zawsze tak było i zawsze tak będzie.
"Ach, panna Valdez," mówi pan Patterson, zerkając na zegarek. "Idealne wyczucie czasu, mam ważne ogłoszenie dla samorządu. Chodźmy do środka."
Znika za drzwiami, zostawiając mnie samą na korytarzu z moim najgorszym koszmarem wciąż z tym kpiącym uśmieszkiem. Kiedy tylko Patterson znika, czuję dłoń Tate’a zanim w ogóle zdążę zrozumieć, co się dzieje.
Palce zahaczają o dół mojej spódnicy, unosząc ją od tyłu.
Obnażając mnie.
"Najnudniejsze majtki, jakie w życiu widziałem," mówi, głosem niskim i rozbawionym. "Szczerze mówiąc, spodziewałem się czegoś innego. Dziewczyna z osiedla z tyłkiem jak twój? Myślałem, że będziesz nosić panterkę. Albo jakiś tandetny string. Taki zawód, Valdez. Naprawdę."
Odwracam się tak szybko, że obraz mi się rozmazuje, i zrzucam jego rękę z taką siłą, że dłoń będzie go piekła przez chwilę. "Dotknij mnie jeszcze raz, Mercer, a stracisz tę rękę. Znam ludzi, którzy potraktowaliby to jako przysługę."
Jego uśmiech nawet nie drgnie. Jeśli już, to jeszcze się pogłębia.
"Widzisz, to jest twój problem. Dziewczyna z Southside nie powinna robić scen. To twoje słowo przeciwko mojemu, i oboje wiemy, czyje tutaj się liczy. Więc może przemyśl dwa razy, zanim zagrozisz synowi gubernatora, hm? To nie jest najlepszy pomysł."
"Tak samo jak molestowanie seksualne stypendystek, ale to jakoś cię nie powstrzymuje." Słowa wychodzą ostro, jadowicie. "Twój ojciec wie, w jaki sposób spędzasz czas? Czy bycie drapieżnikiem to cecha rodzinna?"
Coś mignęło mu w oczach, i zniknęło, zanim jego wyraz twarzy znów przybrał chłodny, rozbawiony grymas. "Kochanie, nawet za niezłą sumkę nie pieprzyłbym cię. Niektórzy z nas mają standardy."
Słowa trafiają dokładnie tam, gdzie zamierzał, a ja czuję ten cios w piersi, gorący i upokarzający.
Zanim zdążę się pozbierać, z wnętrza sali rozlega się głos pana Pattersona. "Panno Valdez? Panie Mercer? Jesteśmy gotowi zaczynać."
Tate gestem wskazuje drzwi z udawaną galanterią, wciąż z tym doprowadzającym do szału uśmiechem. "Po panience, Valdez. Nie chcielibyśmy, żeby wszyscy musieli czekać."
Zmuszam się do ruchu, przechodzę przez drzwi z wyprostowanymi plecami i starannie wypraną z emocji twarzą.
Pozostali członkowie samorządu już siedzą przy długim stole, ich ciekawe spojrzenia przeskakują między mną a złotym chłopcem idącym za mną.
Natychmiast zaczynają się szepty—wyłapuję urywki, zdezorientowane pytania, dlaczego Tate Mercer nagle zaszczycił nas swoją obecnością.
Nie zajmuje wolnego miejsca przy stole jak normalna osoba. Zamiast tego omija puste krzesła i siada na końcu, na wygodnym fotelu zwykle zarezerwowanym dla nauczycieli, rozsiadając się w nim jakby był właścicielem tej sali.
Długie nogi wyciągnięte, ramiona swobodnie przewieszone przez oparcia. Uśmiech nie znika, gdy taksuje nas wzrokiem, jakbyśmy byli tu tylko po to, by go zabawiać.
Pan Patterson chrząka. "Jak niektórzy z was mogli już słyszeć, podczas niedawnego spotkania na terenie szkoły doszło do incydentu. W związku z tym pan Mercer został przydzielony do odpracowania godzin prac naprawczych, które będzie odbywał pod nadzorem samorządu uczniowskiego."
Robi pauzę, patrząc prosto na mnie, i nie podoba mi się to.
"Panno Valdez, ze względu na pani wzorowy dorobek, będzie pani nadzorować jego zadania."
W sali zapada cisza, gdy oczy Tate’a odnajdują moje po drugiej stronie stołu, błękitne i lśniące ponurą rozbawieniem.
Jego uśmiech ostrzeje się w coś, co niemal przypomina oczekiwanie. "Wygląda na to, że utknęłaś ze mną, Valdez."

Pretend You Love Me
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101