

Opis
Armando Morales nie potrzebuje ratunku. Potrzebuje napiwkow, swoich zmian w pracy i wystarczajaco duzo ryzu, by nakarmic czworo rodzenstwa, zanim jego pijany ojciec zauwazy, ze pieniadze zniknely. Musi przetrwac jeszcze jeden semestr na stypendium, nie pozwalajac nikomu dowiedziec sie, kim naprawde jest. Zdecydowanie nie potrzebuje Tadeo Garcii - zlotego chlopca, kapitana druzyny rugby, ksiecia kampusu - ktory znow pojawia sie w jego zyciu, jakby ostatnie osiem lat nie mialo miejsca. Jakby wciaz byli dwojka dzieci na letnim obozie, jakby swiat nie przezul Armando i nie wyplul go, podczas gdy Tadeo byl zajety stawaniem sie ulubiencem wszystkich. Ale Tadeo pamieta. I nie zamierza sie nigdzie wybierac. Gdy miejsce w druzynie rugby wciaga Armando z powrotem w orbite Tadeo, dystans, ktory tak bardzo staral sie utrzymac, zaczyna sie kruszyc - na boisku, w szatni, w ciemnej szafie na imprezie, gdzie siedem minut niemal zmienilo wszystko. Armando zna zasady: nie zblizaj sie, nie daj sie zlapac, nie pragnij rzeczy, ktorych nie mozesz miec. Ale Tadeo gra tak, jakby zasady go nie dotyczyly. I Armando powoli koncza sie powody, by sie z nim nie zgadzac.
Rozdział 1
Jul 9, 2026
POV Armando
Zostać napadniętym przez pięciu pijanych facetów – to było dla mnie nowe.
Tylko dlatego, że wyglądam zbyt ładnie i zbyt gejowsko.
W liceum dręczyciele przynajmniej byli mojego wzrostu. Dzieciaki, którym mogłem oddać, nawet gdy było ich więcej, odkąd ujawniono moją orientację i nagle każdy zakompleksiony kutas w tym budynku potrzebował mnie jako worka treningowego.
Ale to nie były dzieciaki. To byli dorośli faceci z baru, w którym pracowałem: dwie godziny taniego piwa i krzywych spojrzeń w moją stronę, aż jeden z nich uznał, że jestem zbyt kobiecy, żeby to puścić płazem, a reszta się zgodziła.
Zaczęło się godzinę temu od komentarzy, jak zwykle.
"Ej, chodź tutaj." Najbardziej czerwony na twarzy i najgłośniejszy, z grubą szyją i obrączką na palcu, pstryknął palcami na mnie jak na psa. "Jesteś chłopcem czy dziewczyną, amigo? Serio. Te rzęsy, te napompowane usta i twoja twarz... jesteś ładniejszy niż moja żona!"
Jego kumple ryknęli śmiechem, gdy odstawiałem im piwa i milczałem.
Przywykłem przez lata do takich komentarzy, bo za bardzo przypominam kobietę, która mnie urodziła. Brali mnie za dziewczynę, gdy byłem dzieckiem, a to, że stałem się wyższy czy bardziej umięśniony niż większość chłopaków w moim wieku, niewiele zmieniło.
"Chyba się rumieni," powiedział kolejny. "Patrzcie na niego – zdecydowanie maricón."
"Nie, nie." Najgłośniejszy pochylił się do przodu, szczerząc się, jakbyśmy właśnie wymieniali się żartami. "Po prostu tak wyglądasz, co? Z tą twarzą? Założę się, że często to słyszysz."
Masz rację. Nazywano mnie gorzej niż tylko pedałem, ale akurat to słowo zdawało się mnie prześladować.
Zebrałem puste szklanki z ich stolika, zachowując kamienną twarz i milczenie. Potrzebowałem napiwków, a jeszcze bardziej – żeby mnie nie wywalili. Potrzebuję pieniędzy, by wykarmić i utrzymać przy życiu czwórkę rodzeństwa w domu bardziej, niż potrzebuję dumy.
"Ej. Mówię do ciebie, maricón!" Złapał mnie za nadgarstek, gdy przechodziłem. "Co, za dobry jesteś, żeby z nami rozmawiać?"
Wyswobodziłem się bez patrzenia na niego i poszedłem za bar. Zacząłem przerwę wcześniej, bo gdybym został przy tym stoliku choćby minutę dłużej, zrobiłbym coś, przez co straciłbym robotę.
Więc oczywiście poszli za mną na zewnątrz, wszyscy pięciu. Ledwo zdążyłem zamknąć za sobą tylne drzwi, a najgłośniejszy był już przy mojej twarzy, cuchnący piwem i śliną.
"Dokąd idziesz, ślicznotko? Jeszcze nie skończyliśmy." Pierwszy pchnięcie przyszło, zanim zdążyłem odpowiedzieć. "Trzymać go!"
Drugi przycisnął mnie do ściany, a ten czerwony syczał mi prosto w twarz. "Już nie taki ładny, co?"
Jedyną ulgą było to, że nie ułatwiałem im zadania. Codzienne bieganie od trzynastego roku życia i treningi za zamkniętymi drzwiami zbudowały tyle mięśni, że miało to znaczenie. Nie byłem napakowany – zbyt wiele pominiętych posiłków – ale byłem szybki, byłem żylasty i byłem bity już tyle razy w życiu, że wiedziałem, jak utrzymać się na nogach.
Walnąłem najgłośniejszego w szczękę tak mocno, że poczułem to aż w nadgarstku, a on się zachwiał. "Hijo de…"
Splunąłem krwią prosto w twarz najgłośniejszemu i uśmiechnąłem się do niego. "Pięciu was, a ja wciąż stoję. Założę się, że twoja żona przewraca oczami za każdym razem, gdy napomykasz o seksie."
"Złapać mu ręce!" Twarz mu zfioletowiała. "Zabiję tego jeb... pedała!"
Ktoś chwycił mnie od tyłu, przyciskając mi ręce, gdy najgłośniejszy wrócił z kolejnymi ciosami. Pięść trafiła mnie w policzek. Kolejna walnęła w żebra. Kolano wbiło się w brzuch i zgiąłem się, aż plecy uderzyły o chodnik, a światło uliczne zamieniło się w żółtą smugę.
Za dużo ich.
Dwóch, może trzech dałbym radę w dobry dzień. Ale nie pieprzoną piątkę.
Ręce robiły się ciężkie, wzrok się dwoił, a każdy oddech był jak połykanie szkła. Jeszcze kilka minut i nie wstanę.
Wtedy niespodziewanie chaos nadszedł, gdy grupa ze stolika przy oknie – widziałem ich, ale nie obsługiwałem – wybiegła tylnymi drzwiami.
"Ej! Odpieprzcie się od niego!" Wysoki facet z ciemnymi kręconymi włosami złapał najgłośniejszego za kołnierz i oderwał go ode mnie jakby nie ważył nic.
Dwóch następnych rzuciło się za nim, goniąc resztę facetów, którzy uciekli w alejkę.
"Złap też tamtego! Nie, nie jego, tego drugiego!" krzyknął krępy i szybki do swojego kumpla.
"Próbuję, stary!" – syknął szczupły z ogoloną głową. "Rozbiegają się jak szczury!"
"Dzwonię na policję!" Blondynka próbowała nadążyć i uderzyła kogoś swoją ewidentnie drogą torebką. Jeden z facetów przypadkiem się o nią oparł, a jej twarz natychmiast przybrała wyraz obrzydzenia, odtrącając go. "Fuj! To jest Versace, kretynie!"
"¡Por Dios!" Kolejna dziewczyna z kręconymi włosami przebiegła obok blondynki. "Helena, po prostu rozmawiaj już z policją!"
"Dobra, dobra... Tak, halo! Za barem na Calle..."
Cała grupa pogoniła za pijanymi facetami, a potem zostałem tylko ja, ceglana ściana i smak miedzi w ustach.
Ale jeden facet został. Największy z nich.
"Wszystko w porządku?" zapytał, przykucając przy mnie ostrożnie, jakby obawiał się, że mogę ugryźć.
Kiedy nie odpowiedziałem, uniósł mój podbródek ku światłu dwoma palcami i obejrzał pękniętą wargę, spuchnięty policzek. Potem zniknął, by wrócić dziesięć sekund później z zimną butelką piwa i przycisnąć ją do sińca rozkwitającego pod moim okiem.
"Co to zaczęło?" zapytał.
Mogłem powiedzieć prawdę, wiem o tym. Ale wolałbym umrzeć. Dosłownie, fizycznie umrzeć na tym chodniku, niż pozwolić, by jeszcze jedna osoba dowiedziała się, że jestem gejem i zostałem zaatakowany właśnie z tego powodu.
"Byli pijani," odpowiedziałem zamiast tego. "Szukali zwady. Znaleźli łatwy cel."
Nie naciskał, tylko trzymał butelkę nieruchomo i patrzył mi w twarz. Pierwszy raz spojrzałem na niego porządnie. Był duży, taki rodzaj postury nie bierze się bez pieniędzy: dobre jedzenie, dobrzy trenerzy, wszystko na poziomie. Designerska kurtka, czyste dłonie, szczęka jak wyrzeźbiona do katalogu.
Wtedy coś się zmieniło w jego oczach, jakby już nie sprawdzał obrażeń. Jakby próbował dopasować to, co widzi, zanim cała jego twarz się rozjaśniła.
"Kurczę… Czy ty…?" Prawie szept. "Armando? Armando Morales?"
Mrugnąłem do niego przez moje jedno sprawne oko. Nie ma szans, żeby ktoś taki jak on znał kogoś takiego jak ja.
"To ja, Tadeo!" Jego głos nabrał entuzjazmu, uśmiech rozjaśnił mu całą twarz, szeroki i głupi. "Tadeo Garcia z obozu rugby w León. Pamiętasz?"
O… Pamiętałem. Jak mógłbym nie pamiętać?
Jak można zapomnieć swojego najlepszego przyjaciela w wieku jedenastu lat, swoją pierwszą miłość?
Chłopak, który mówił za dużo, śmiał się za głośno i od pierwszego dnia wybrał mnie na swojego, jakby to było już przesądzone. Te dwa letnie obozy były najbliżej ucieczki, jaką kiedykolwiek miałem, a Tadeo był tego powodem.
Nie przejmował się moją torbą oklejoną taśmą, moimi rozpadającymi się butami ani tym, że drżałem, gdy ktoś podnosił głos. Pisaliśmy do siebie listy — prawdziwe, odręczne listy, bo nie miałem telefonu.
Przez chwilę to było prawdziwe, jedyna dobra rzecz w moim gównianym życiu.
Potem mój ojciec zrobił się gorszy. Pieniądze znikały, a jakiekolwiek obozy stały się niemożliwe, w końcu nawet na znaczki nie było, kiedy rodzeństwo musiało coś jeść. I tak po prostu byłem zmuszony zniknąć z jego życia, wymazać go z mojego.
Ale to było całe życie temu.
A przepaść między nami stała się jeszcze bardziej widoczna.
Teraz siedziałem krwawiąc na betonie przed barem, który płacił mi pod stołem, zastanawiając się, czy w domu jest wystarczająco ryżu na śniadanie dla czwórki dzieci. Mając nadzieję, że mój pijący ojciec jeszcze nie znalazł moich oszczędności, bo jeśli tak, to pieniądze na zakupy przepadły — pochłonięte przez butelkę albo cokolwiek, co tylko wpadło mu w ręce.
Tadeo tymczasem klęczał obok mnie, wyglądając, jakby wyszedł z zupełnie innego świata, pachnąc pieniędzmi i jasną przyszłością.
Urósł od tamtego obozu, ale zmiana nie była subtelna. Był wyższy, szerszy, zbudowany jak sportowiec, którym ewidentnie się stał. Szczęka ostrzejsza, ramiona szerokie na tyle, by zasłonić latarnię za nim, odziany w markowe ubrania.
Złoty chłopiec, który nigdy nie znał złego dnia.
Przesunąłem się na bok, tworząc między nami dystans. "Tak," powiedziałem beznamiętnie. "Pamiętam."
Tadeo rozpromienił się, jakbym podarował mu coś cennego. "Nie wierzę! No, może nie w takich okolicznościach…" Wskazał na krew, na zaułek. "Ale jesteś tutaj, w Walencji. Kiedy ty…"
"Ten semestr, Santa María. Stypendium na budownictwo."
Powinienem był na tym skończyć.
"Serio? To moja uczelnia!" Tak cholernie błyskotliwy. "Gram tam w rugby, właściwie jestem kapitanem, i…"
"Dobrze dla ciebie."
Tadeo nawet nie zauważył chłodu. Ta sama energia, co za dzieciaka, tylko większa — ten szczególny rodzaj ciepła, przez które zawsze był nie do zignorowania.
"Boże, tęskniłem za tobą," powiedział. "Moglibyśmy zacząć tam, gdzie skończyliśmy, wiesz? Nadal dobrzy starzy przyjaciele. Pamiętasz, jak siedzieliśmy po zgaszeniu świateł i gadaliśmy o wszystkim i niczym? Nadal mam twoje listy. Wszystkie. O, i pamiętasz, jak…"
"Nigdy nie byliśmy przyjaciółmi, Tadeo." Cisza nas okryła. Patrzył na mnie, a ja mówiłem płasko i równo, jakbym stwierdzał fakt, a nie bronił serca przed kolejnym rozbiciem o rzeczywistość. Znowu. "Po prostu nie dawałeś mi spokoju. To nic nie znaczyło, więc odpuść już. Robisz mi cholerny ból głowy."
Widziałem cień zaskoczenia w jego oczach. Jakby nawet nie przyszło mu do głowy, że nie będę się cieszyć na jego widok.
Bo dlaczego miałoby? W świecie Tadeo Garcii ludzie zawsze byli szczęśliwi, że go widzą.
Ale nie pękł, nie odwrócił wzroku. Został tam gdzie był, przykucnięty na brudnym chodniku obok mnie, jakby nie miał nic lepszego do roboty, a uśmiech, który powrócił, był teraz mniejszy, cichszy.
"Nigdy nie jest za późno, by zacząć," powiedział.
"Śnij dalej, bogaty chłopcze…" rzuciłem, wstając i szykując się do odejścia.
"Dobrze się składa, że wiem jak śnić na wielką skalę," odparł Tadeo z taką pewnością, że dostałem gęsiej skórki. "I zawsze dostaję to, czego chcę."

Save Me Not
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101