

Opis
Asher Carpenter zawsze zyl w cieniu Blaze'a Wilsona-swojego rywala, konkurenta, a teraz nowego kapitana druzyny hokejowej na uczelni. Gdy uraza spotyka sie z rozczarowaniem, skradziony pocalunek pomiedzy wrogami rozpala przyciaganie, ktorego Asher nie chce przyznac. Zmuszony do utrzymywania zwiazku w tajemnicy, Asher zmaga sie z zaprzeczeniem, podczas gdy Blaze ukrywa przeszlosc, ktora moglaby ich rozdzielic. W miare jak pozadanie przybiera na sile, a zagrozenia sie zblizaja, Asher musi wybrac: chronic swoja reputacje czy zaryzykowac wszystko dla jednej osoby, ktorej nigdy nie mial pokochac.
Rozdział 1
Mar 31, 2026
Perspektywa Ashera
Nowi uczniowie wchodzą na arenę jeden po drugim, a mnie nie obchodzi żaden z nich.
Łyżwy mam już zasznurowane, kij oklejony świeżą taśmą z samego rana, a myśli skupione tylko na jednym — tytule kapitana, za którym gonię od trzech cholernych lat.
Trener Wellington zasugerował, że dzisiejszy sparing przesądzi o wszystkim. Trzy lata porannych treningów o szóstej, zakrwawionych kostek i mięśni błagających o litość. Trzy lata bycia pierwszym na lodzie i ostatnim, który go opuszcza.
To mój moment i nic mi go nie odbierze.
Rozciągam ramiona, rozluźniam napięcie w karku, gdy śmiech przebija się przez zgiełk. Nie byle jaki śmiech. Śmiech, który rozpoznałbym wszędzie, nawet po tylu latach.
Serce mi zamiera.
Odwracam się — i tam jest. Blaze Wilson. Włosy w nieładzie opadają mu na ciepłe, brązowe oczy, ta sama swobodna pewność siebie bije od niego falami. Wyższy teraz, szerszy w ramionach, ale nie da się go pomylić z nikim innym.
Chłopak, który nauczył się jeździć na łyżwach, bo ciągnąłem go na zamarznięte stawy, gdy mieliśmy dziesięć lat.
Chłopak, który płakał, kiedy jego rodzina ogłosiła, że przeprowadzają się na drugi koniec kraju.
„Obiecaj mi, że jeszcze kiedyś spotkamy się na tym samym lodzie.” Jego dłoń ściskała moją tak mocno, że aż bolało. „Obiecaj mi, Ash.”
Obiecałem. Każde słowo było szczere.
Przez lata ta obietnica napędzała mnie podczas brutalnych poranków i bolących mięśni. Zawsze, gdy chciałem się poddać, przypominałem sobie jego twarz. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że spełni się to właśnie w ten sposób.
Blaze wchodzi na mój lód, w barwach mojej szkoły, uśmiechnięty do mnie przez taflę.
„Ash! To ty!” Pokonuje dystans między nami długimi krokami, a jego twarz rozjaśnia się tym uśmiechem, który kiedyś sprawiał, że wszystko wydawało się w porządku. „Mówiłem, że w końcu tu trafimy!”
Moje serce zalewa coś ciepłego i obcego. Mój najlepszy przyjaciel wrócił. Wreszcie jesteśmy w jednej drużynie, na tym samym lodzie, z tym samym marzeniem.
„Blaze.” Jego imię brzmi dziwnie na moim języku po tylu latach. „Nie wierzę, że naprawdę tu jesteś. Kiedy… Jak—”
„Przeniosłem się w zeszłym tygodniu. Chciałem cię zaskoczyć.” Obejmuje mnie ramieniem, ściskając krótko. Jego uścisk jest silniejszy, niż to zapamiętałem. „Tęskniłem, stary. Mamy sporo do nadrobienia. Nawet nie wiesz, jak długo na to czekałem.”
Chciałbym go złapać, wypytać o wszystko, co mnie ominęło, powiedzieć mu, jak bardzo te dziecięce wspomnienia dźwigały mnie przez samotne noce, kiedy hokej wydawał się bez sensu. Słowa piętrzą się w moim gardle, ale zanim zdążę cokolwiek powiedzieć, gwizdek trenera Wellingtona przeszywa powietrze.
„Dobra, słuchać!” Jego głos odbija się echem po arenie, uciszając rozmowy. „Dzisiejszy sparing zdecyduje o waszych pozycjach w drużynie. Chcę zobaczyć, z czego jesteście zrobieni. Wszyscy na lód za pięć!”
Nowi uczniowie rzucają się do sprzętu. Blaze ściska jeszcze raz mój bark, zanim się cofa, z tym samym uśmiechem na twarzy.
„Widzimy się tam, Ash. Spróbuj nadążyć.”
Patrzę, jak odchodzi, a w żołądku rodzi się coś niepokojącego.
Spróbuj nadążyć.
Co to znaczy? On też walczy o kapitana?
Sparing się zaczyna, a ja rzucam się w każdą akcję ze wszystkich sił. Po to trenowałem. Każde ćwiczenie, każda ofiara, każda chwila bólu — wszystko sprowadza się do tego. Cisnę mocniej, szybciej, zdeterminowany, by udowodnić, że zasługuję na to C na mojej koszulce.
Wtedy dostrzegam Blaze’a.
Porusza się po lodzie z płynnością, która sprawia, że ściska mnie w żołądku. Każdy zwrot, każdy strzał, każde przewidywanie gry przychodzi mu bez wysiłku. Naturalnie. Techniki, które ja opanowywałem latami przez krew i powtarzanie, on wykonuje, jakby to było najprostsze na świecie.
Odbieram krążek obrońcy i pędzę w stronę bramki, nogi pracują, wzrok mam wlepiony w siatkę. Ale Blaze pojawia się znikąd, czysto mnie blokuje, aż czuję wstrząs w kościach.
Krążek ląduje na jego kiju i trzy sekundy później wpada do siatki.
„Niezły strzał.” Przejeżdża koło mnie tak blisko, że spod lodu i potu czuję zapach jego perfum. Mruga do mnie. „Prawie ci się udało.”
Szczęka mi się zaciska tak, że aż bolą zęby.
Prawie.
Historia mojego cholernego życia.
Sparing trwa, a z każdą minutą wszystko staje się jasne. Blaze nie jest tylko dobry — jest niezwykły. Czyta grę trzy ruchy naprzód, przewiduje podania, zanim się wydarzą, rządzi taflą bez podnoszenia głosu.
Reszta zawodników instynktownie się do niego garnie, słucha jego poleceń, ufa jego decyzjom. Ja trenowałem latami, by być tak dobrym. Poświęciłem imprezy, związki, sen.
A on po prostu... jest.
Kiedy trener gwiżdże po raz ostatni, płuca mnie palą i nogi się trzęsą. Pot ścieka mi po plecach, mocząc koszulkę. Ale fizyczne zmęczenie jest niczym w porównaniu z zimnym lękiem, który gromadzi się w mojej piersi.
„Zbiórka!” Trener Wellington czeka, aż formujemy luźny krąg. Jego wzrok omiata grupę, na chwilę zatrzymuje się na mnie, po czym przesuwa na Blaze’a. „Solidny występ. Właśnie tego potrzebowałem zobaczyć.”
Prostuję plecy, ignorując drżenie mięśni.
To jest to. Wszystko, na co pracowałem.
„Potrzebujemy nowego kapitana, który poprowadzi nas na mistrzostwa,” kontynuuje trener, a jego głos rozchodzi się po cichej arenie. „Kogoś, za kim drużyna pójdzie do walki, na lodzie i poza nim.”
Serce wali mi o żebra.
Trzy lata. Trzy lata bycia pomijanym, czekania na swoją kolej, ciągłego udowadniania swojej wartości.
„Na podstawie dzisiejszego występu…” Trener robi pauzę, a cisza się przeciąga. „Blaze Wilson zostaje kapitanem tej drużyny.”
Te słowa trafiają mnie prosto w pierś, odbierając oddech.
Przez chwilę nie mogę oddychać. Nie mogę myśleć. Nie mogę zrobić nic poza wpatrywaniem się w lód pod moimi łyżwami, podczas gdy świat wiruje wokół mnie.
Wszyscy koledzy klaszczą i wiwatują. Ktoś klepie Blaze’a po plecach. On przyjmuje to wszystko z typową dla siebie swobodą, kiwa głową drużynie, uśmiecha się tym swoim złotym uśmiechem. A potem jego oczy odnajdują moje po drugiej stronie kręgu.
Mruga do mnie. Naprawdę mruga, jakby to była kolejna gra, w którą się bawimy.
Może dla niego właśnie jest.
Próbuję znaleźć na jego twarzy coś — przeprosiny, zawahanie, świadomość, że właśnie odebrał mi wszystko. Ale nie ma tam nic. Tylko pewność siebie. Tylko ten urok, któremu wszyscy ulegają bez sprzeciwu.
To ciepło, które czułem jeszcze chwilę temu, zamienia się w coś gorzkiego. Coś ostrego i brzydkiego, co wżyna się między żebra i nie chce puścić.
„Ash!” Blaze podjeżdża do mnie, ciągle się uśmiechając. „Musimy to później uczcić, co? Kapitan stawia pierwszą kolejkę, nie? Pozwól, że cię wyciągnę, nadrobimy wszystko. Za długo czekałem, stary.”
Patrzę na niego. Na chłopaka, który pokochał hokej, bo ja go kochałem. Który obiecał, że podzielimy kiedyś ten sam lód. Który właśnie wparował z powrotem do mojego życia i bez wysiłku ukradł mi jedyne marzenie, jakie mi zostało.
Moje dłonie zaciskają się w pięści. Przyjaciel z dzieciństwa, za którym tęskniłem latami, nagle wydaje się obcym w znanej twarzy. Wrogiem.
„Gratulacje, Kapitanie .” Słowa są płaskie. Martwe. Zupełnie nie tak wyobrażałem sobie to spotkanie po latach.
Uśmiech Blaze’a blednie, w jego brązowych oczach pojawia się zdezorientowanie. „Czekaj, co– Ash, no weź. Nie bądź taki. Jesteśmy teraz w jednej drużynie. Czy nie o to nam zawsze chodziło?”
Nam chodziło.
Jakby cokolwiek z tego było tym, o czym marzyłem.
„Muszę iść.” Odwracam się, zanim zobaczy, co pęka za moimi oczami. „Mam jutro rano zajęcia.”
„Ash, czekaj—!”
Ale już odchodzę, a dźwięk jego głosu goni mnie przez całą arenę.
Nie oglądam się. Jeśli to zrobię, może zobaczy — zniszczenie, zdradę. Gorzki wniosek, że obietnice składane w wieku dziesięciu lat nic nie znaczą, gdy naturalny talent przeważa nad latami poświęcenia.

Score me, Captain
150 Rozdziały
150
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101