

Opis
Upadla gwiazda i wschodzacy talent zostaja zmuszeni do wejscia na wspolna orbite, zwiazani wspolna przeszloscia, pogrzebanymi prawdami i ciezarem wszystkiego, czego nie wolno im pragnac. On walczy o druga szanse; ona probuje odnalezc wlasny glos w swiecie, ktory ciagle mowi za nia. Uwiezieni miedzy lojalnoscia a tesknota, dziedzictwem a pragnieniem, beda musieli zdecydowac, czy to, co jest miedzy nimi, warte jest zaryzykowania wszystkiego - wlaczajac w to ich reputacje, przyszlosc i jedyna rodzine, jaka kiedykolwiek znali.
Rozdział 1
Aug 13, 2025
POV Marina
"Trzymaj ten cholerny nadgarstek wyżej, Marina!"
Głos mojego ojca przeciął kort jak bat, rozbrzmiewając głośniej niż wiwaty tłumu.
Właśnie zdobyłam decydujący punkt, posyłając piłkę z chirurgiczną precyzją wzdłuż linii końcowej, kończąc ćwierćfinał w dwóch setach. Stadion ryknął. Błyskały flesze. Moja przeciwniczka powlokła się do siatki ze zwieszonymi ramionami.
Ale Vincent Chen nie klaskał, nie uśmiechał się, nawet nie skinął głową. Stał sztywno za barierką, z założonymi rękami i zimnym spojrzeniem. Nie był tylko moim ojcem – był moim trenerem. Wysoki i sztywny w perfekcyjnie wyprasowanym dresie, z ulizanymi czarnymi włosami i twarzą jakby wykutą w kamieniu, emanował ciszą. Dla niego każdy mecz był listą kontrolną, a każdy błąd – kolejnym zapisem w rejestrze, który nigdy nie wybaczał.
"Straciłaś timing w bekhandzie w trzecim gemie," powiedział, gdy schodziłam z kortu, pot spływał mi po plecach.
"Tato, wygrałam," powiedziałam, ciężko oddychając.
Nawet nie mrugnął. "I prawie zawaliłaś to dwoma niewymuszonymi błędami w drugim secie."
Szłam dalej. Moje nogi drżały, nie z wyczerpania, ale od sposobu, w jaki jego głos zwijał się w mojej głowie, zaciskając się z każdym krokiem. Bądź czujna. Nie świętuj. To nie koniec, dopóki nie padnie ostatni punkt. Słowa nie musiały już być wypowiadane na głos; żyły we mnie teraz, automatyczne jak oddech.
Za kulisami, w ostrym świetle fleszy i migotaniu lamp, stałam się tym, kim zostałam wyszkolona – nieskazitelna, opanowana. Perfekcyjna. Zawsze taka byłam.
"Marina, grasz najlepszy tenis w swoim życiu," zawołał jeden z reporterów, głos pełen uznania. "Czy to twój rok?"
Uśmiechnęłam się, mimo że czułam się jak zaszyta w wersji siebie, z której nie mogłam uciec. "Po prostu skupiam się na jednym punkcie na raz," powiedziałam, gładko i wyćwiczenie.
Chichot z tyłu sali, niski, rozbawiony, kłujący. "Niektórzy krytycy twierdzą, że jesteś robotyczna. Co o tym sądzisz?"
Uniosłam podbródek, pozwoliłam uśmiechowi wyostrzyć się, aż poczułam, że mógłby ciąć szkło. "Roboty nie załamują się pod presją."
Zaśmiali się, notowali, robili więcej zdjęć. Ale żadne z nich nie widziało drżenia moich palców, tuż poza kadrem. Żadne z nich nie słyszało jego ciszy w moich uszach, głośniejszej niż oklaski.
Opuściłam salę prasową trzydzieści dwie minuty później, każde słowo wypowiedziane perfekcyjnie, każdy mięsień wciąż napięty. Dziesięć minut później leżałam na zimnych kafelkach w łazience hotelowej, obejmując kolana.
Moja klatka piersiowa nie chciała się otworzyć. Gardło się zaciskało, jakbym połknęła coś zbyt dużego, by móc oddychać.
Szarpnęłam szufladę i wyciągnęłam małą niebieską buteleczkę ukrytą za szczoteczką do zębów. Olejek lawendowy. Nałożyłam go na nadgarstki, pod obojczyk, za uszy.
"Oddychaj," szepnęłam, opierając się o wannę.
"Wdech... raz, dwa, trzy. Wydech... raz, dwa..."
Ale drżenie nie ustępowało. Lawenda. Głębokie oddechy. Szklanka wody. Zimny ręcznik na twarzy.
Wczołgałam się do łóżka, pot kleił włosy do czoła. Olejki pomogły. Wystarczająco, by zasnąć. Wystarczająco, by udawać spokój.
Zaczęło się, gdy miałam trzynaście lat, zaraz po pierwszym tytule krajowym. To był rok, kiedy tata przestał mnie przytulać po meczach. Zaczął nagrywać każdy trening. Zaczął nazywać mnie "projektem".
Nie wierzył w terapię. "Słabość psychiczna to luksus," powiedział mi kiedyś. "Chcesz być przeciętna, idź się wypłakać do psychologa."
Więc nauczyłam się to ukrywać. Jak wszystko inne.
Kiedy się obudziłam, w pokoju było ciemno. Ból głowy nie ustąpił. I to uczucie nie minęło. Ta drapiąca pustka w piersi, jakbym straciła coś istotnego.
Sięgnęłam po telefon, palce wciąż niestabilne. Świat na zewnątrz huczał od pochwał i hałasu, ale wewnątrz wszystko zawęziło się do ostrego, pulsującego bólu, którego nie potrafiłam nazwać.
Była tylko jedna osoba, do której mogłam napisać – ktoś, kto nie zadawałby pytań, nie sugerowałby aplikacji do medytacji ani nie kazałby mi "otworzyć dialogu" z ojcem, jakby to był jakiś szkolny dramat. Nie oferowałby rad. Oferowałby ucieczkę.
Otworzyłam naszą konwersację i napisałam jedno słowo:
Przyjdź.
Trzy kropki pojawiły się niemal natychmiast. Potem:
Dziesięć minut. Bądź naga.
To był Dominic Rivera. Stuosiemdziesięciocentymetrowe rozproszenie o karmelowej skórze, wytatuowanych bicepsach i oczach mówiących, że nie obchodzi go nic poza chwilą obecną. Grał w koszykówkę, jakaś druga liga, nic poważnego, ale poruszał się jak popisywacz. Jakby wiedział, że dziewczyny patrzą, jak chodzi.
Oddech zadrżał mi w gardle. Pół śmiech, pół wydech. Może ulga. Po prostu potrzebowałam być gdzieś indziej. Kimś innym. Choćby na chwilę.
Spotkaliśmy się, gdy miałam szesnaście lat. Tata zabrał mnie na jakąś charytatywną imprezę golfową. Ojciec Dominica grał w tej samej niedzielnej czwórce. Zwykle siedziałam w wózku z książką, popijając lemoniadę. Dominic był starszy, bardziej pewny siebie, zawsze rzucał we mnie tee golfowymi i pytał, czy chcę się wymknąć. Nigdy nie powiedziałam tak.
Aż do zeszłego roku. Teraz był tajemnicą. Zaworem bezpieczeństwa.
Kiedy rozległo się pukanie, nie wahałam się. Otworzyłam drzwi.
Dominic stał tam w dresach i obcisłej czarnej koszulce, jego włosy wciąż mokre, loki opadające na oczy.
Uśmiechnął się ironicznie. "Bez przywitania?"
"Zdejmuj ubranie," powiedziałam beznamiętnie.
Mrugnął, potem wyszczerzył się. "Cholera. Zawsze jesteś taka romantyczna?"
"Dominic."
"Dobra, dobra," powiedział, mijając mnie. "Ale mogłabyś chociaż powiedzieć, gdzie mam rzucić koszulkę."
Nie odpowiedziałam. Już ciągnęłam go za pasek do łóżka.
"Czekaj," zaśmiał się, bez tchu. "Może powinienem się najpierw rozgrzać?"
"Zamknij się."
Potem już nie rozmawialiśmy. Kopnął drzwi, żeby się zamknęły, rzucił koszulkę w korytarzu, jakby znał zasady tej gry na pamięć, i może znał. Może nauczyłam go zbyt dobrze.
"Boże, jesteś spięta," mruknął Dominic, jego głos niski, gdy jego dłonie wsunęły się pod brzeg mojej bluzy. "Czy tak zawsze świętujeszz wygraną?"
"Zamknij się," wydyszałam, chwytając jego szczękę i przyciągając do pocałunku, zanim zdążył powiedzieć coś głupiego. Jego usta smakowały gumą cynamonową i czymś lekkomyślnym.
Później w pokoju zapadła cisza.
Prześcieradła leżały splątane u stóp łóżka. Dominic leżał obok mnie, bez koszulki, przeglądając telefon. Wpatrywałam się w sufit, pozwalając, by bzyczenie pod skórą się uspokoiło.
Moje ciało przestało drżeć. Serce przestało galopować. Ale to nie oznaczało spokoju. Tylko pauzę.
Wtedy Dominic prychnął pod nosem.
"Cholera jasna," mruknął. "Zgadnij, kto wraca na twoje korty."
To przyciągnęło moją uwagę.
Odwróciłam głowę w jego stronę. "O czym ty mówisz?"
Obrócił telefon w moją stronę. Nagłówek migał na górze ekranu.
Pilne: Były cudowny talent Eli Santiago dołącza do bloku treningowego w Madrycie dzięki dzikiej karcie.
Wpatrywałam się. To nazwisko było jak policzek. Nie słyszałam go od lat.
Szczęka Dominica się zacisnęła. "Ze wszystkich wypalonych nieudaczników, których mogli wybrać..."
Żołądek mi się przewrócił. Chwyciłam telefon, przeczytałam jeszcze raz.
Zhańbiony. Dzika karta. Eli Santiago.
Nazwisko, które niosło ze sobą historię.
"Wszystko w porządku?" zapytał Dominic, marszcząc brwi.
Nie odpowiedziałam. Po prostu siedziałam tam, w jego ramionach, z twardym spojrzeniem. Ze wszystkich ludzi. Eli Santiago.

Serve Me Chaos
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101