

Opis
Floris Blossom wie, ze jej imie brzmi jak nieudany eksperyment botaniczny, i tak, jej rodzice maja wiele na sumieniu. Ale uzbrojona w niezlomny optymizm i usmiech, ktory nigdy nie znika, zdobyla prace zycia: stewardesa na prywatnym odrzutowcu miliardera Mavericka Finleya. Jest tylko jeden problem - jej nowy szef komunikuje sie wylacznie monosylabami, traktuje ja jak okno na nogach i zmienia narzeczone szybciej, niz wiekszosc ludzi zmienia zamowienia na kawe. Jest zimny, niewiarygodnie wysoki i patrzy na nia, jakby sam fakt jej istnienia go obrazal. Powinna go nienawidzic. Zdecydowanie nie powinna zwracac uwagi na to, jak napina mu sie szczeka, gdy jest zirytowany, ani zastanawiac sie, co musialoby sie stac, zeby te zielone oczy naprawde ja zobaczyly. Kiedy Floris jest swiadkiem, jak kolejna wypolerowana, zaaranzowana narzeczona nie jest w stanie przebic sie przez jego pancerz, nie moze sie powstrzymac od pytania: co to za czlowiek, ktory traktuje kobiety jak jednorazowe dodatki? I dlaczego jakas lekkomyslna czesc niej chce sie tego dowiedziec?
Rozdział 1
May 21, 2026
[Perspektywa Floris]
Moje ręce nie przestają drżeć, gdy poprawiam mundur w ciasnym lustrze łazienki. Granatowa marynarka leży idealnie—upewniałam się tego, przymierzając ją sześć razy przed zmianą—ale palce wciąż niezdarnie zmagają się z guzikami, jakby należały do kogoś innego.
Łapię swoje odbicie i wymuszam uśmiech. Udawaj, aż ci się uda, prawda?
Przez chwilę jarzeniówki migoczą i jestem zupełnie gdzie indziej.
Szpitalny środek dezynfekujący piecze mnie w nozdrzach. Maszyny pikające w sterylnym rytmie. Ręka mamy ściska moją tak mocno, że aż boli, jej głos łamie się, gdy szepcze: Jesteśmy już bezpieczne, kochanie. Jesteśmy bezpieczne.
Otrząsam się. To było zbyt dawno temu, a dziś liczy się przyszłość, nie ruiny za mną.
Mój telefon wibruje, więc pstrykam szybkie selfie—mundur nieskazitelny, uśmiech szeroki, lęk starannie ukryty pod tuszem do rzęs i determinacją—i wysyłam je Gemmie z podpisem.
Ja: *załączone zdjęcie* Dzień 1 bycia fancy <3
Jej odpowiedź przychodzi natychmiast z ciągiem emoji pieniędzy, po czym pisze:
Gem: PRZYWOŹ MI TEGO MILIARDERA GOSSIPA ALBO NIE WRACAJ DO DOMU.
Ja: A jeśli jest nudny?
Gem: NIEMOŻLIWE. Bogaci ludzie nigdy nie są nudni. Albo są hot, albo źli, albo oba naraz. ZBADAJ I ZDAJ RAPORT NATYCHMIAST!
Wciąż się uśmiecham do telefonu, wchodząc na prywatny odrzutowiec Finleyów, i wtedy całkiem zapominam jak się oddycha.
Kabina wygląda jak wyjęta z magazynu—ekstremalnie drogie kremowe skórzane fotele i mahoniowe akcenty wypolerowane na połysk. Ten rodzaj dyskretnego luksusu, który szepcze: „Mam więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek zobaczysz w swoim życiu.”
Przeciągam palcami po podłokietniku najbliższego fotela i natychmiast cofam dłoń, przerażona, że zostawiłam ślad na czymś bezcennym.
— Musisz być nową dziewczyną.
Głos dobiega zza moich pleców, ostry i chłodny, a kiedy się odwracam, widzę kobietę w identycznym mundurze. Jej ciemne włosy są ściągnięte tak mocno, że aż boli na sam widok, a na plakietce widnieje imię „Marina”.
Za to jej mina mówi: „Już zdecydowałam, że cię nie lubię.”
— To ja — mówię, wyciągając rękę z nadzieją na ujmujący uśmiech. — Floris Blossom. Wiem, wiem—moim rodzicom chyba pomyliły się pokolenia albo byli sadystami. Sama nie wiem, która wersja jest prawdziwa.
Marina nie podaje mi ręki. Patrzy na nią, jakbym podała jej zdechłą rybę, po czym unosi perfekcyjnie wyrzeźbioną brew. — Kambuz jest tam. Zaopatrzenie już zrobione. Nie dotykaj niczego, jeśli nie wiesz, co robisz.
— Jasne. Niczego nie dotykać. Bardzo pomocna wskazówka, dziękuję uprzejmie. Jakieś inne rady? Ulubione przekąski? Ukryte talenty? Jestem świetna w rozkręcaniu rozmowy, jeśli chcesz spróbować—
— Pan Finley będzie na pokładzie za dziesięć minut. — Marina ucina mi słowo z wprawą kogoś, kto ma doświadczenie w kończeniu niechcianych rozmów. — Preferuje ciszę—żadnych zbędnych rozmów, żadnego kręcenia się. Obsługujesz, gdy cię poprosi, znikasz, gdy nie.
— Cisza. Znikanie. Moje dwie największe umiejętności — kłamię wesoło.
Usta Mariny drgają—nie całkiem uśmiech, raczej jakby tłumiła ochotę, by wyrzucić mnie przez wyjście awaryjne na wysokości dziesięciu kilometrów. — Zobaczymy.
Znów znika w kambuzie, a ja zostaję sama w kabinie, serce wali mi w piersi jakby chciało się wydostać.
Dziesięć minut. Przecież absolutnie nie mogę się skompromitować w dziesięć minut. Chyba. Może. Szanse nie są wielkie, ale jak zwykle wybieram optymizm.
James Webb wchodzi pierwszy—pan Finley, jego asystent, o którym słyszałam podczas rozmowy kwalifikacyjnej, i gdy go witam, odpowiada uprzejmym skinieniem. Ale gdy wchodzi Maverick Finley… od razu rozumiem, czemu tabloidy nie przestają o nim pisać.
O rany, koci pazurku!
To jak spotkać na żywo każdego fikcyjnego chłopaka z romansów. Religijne doświadczenie.
Jest wysoki—a nie tylko wysoki, ale wręcz imponująco wysoki. Szerokie ramiona napinają się pod grafitowym garniturem, który pewnie kosztował więcej niż mój samochód, a gdy się odwraca, by oddać płaszcz, widzę jak materiał opina się na plecach, sugerując mięśnie pod tym całym drogim szyciem.
Ostry zarys szczęki, wiecznie napięty, jakby zaciskał zęby na czymś, czego nie zamierza wypowiedzieć. Ciemne włosy ułożone z precyzją, ani jeden kosmyk nie odstaje. I te jego oczy… Boże, te oczy.
Koloru morskiego szkła zimą, bladozielone i równie chłodne.
Porusza się tak, jakby był właścicielem nie tylko tego samolotu, ale i nieba wokół niego, i szczerze mówiąc, pewnie tak jest. Powietrze staje się rzadsze, kiedy wchodzi, jakby jego obecność wysysała tlen z pomieszczenia i nawet nie przepraszała za to.
Zapominam, jak się przełyka. To niedorzeczne. Widziałam już przystojnych mężczyzn. Ale jest coś w Mavericku Finleyu, co sprawia, że moje serce zamiera w sposób, który przypomina ostrzeżenie bardziej niż zauroczenie.
Niebezpieczeństwo, szepcze mój gadzi mózg. Uciekaj.
A ja metaforycznie biegnę w jego stronę.
— Panie Finley — mówię, podchodząc z najszerszym uśmiechem. — Floris Blossom, pańska nowa stewardesa. Cudownie pana poznać. Jak minął ranek? Pogoda dziś piękna. Chociaż z tej wysokości trudno to stwierdzić. No, jak już będziemy lecieć, to widać, ale—
Patrzy na mnie, a właściwie przez mnie. Jakby byłam oknem, przez które próbuje dostrzec coś ciekawszego po drugiej stronie.
— Woda — mówi.
Jedno słowo. Potem opada na fotel, otwiera laptopa i zamienia się w posąg z drogiej tkaniny i absolutnej obojętności.
— Woda. Idealnie. Już podaję. Gazowana czy niegazowana? Mamy obie. Właściwie to aż sześć rodzajów wody, co wydaje się przesadą, ale to pan tu rządzi, więc co pan woli—
— Niegazowana. — Nawet nie podnosi wzroku.
Wycofuję się do kuchni z resztkami godności i dłońmi drżącymi z zupełnie innego powodu niż dziś rano. Marina już czeka, skrzyżowane ramiona, zimny uśmiech ostry jak krawędź szkła.
— Rada na przyszłość? — rzuca, opierając się niedbale o blat z okrucieństwem kogoś, kto lubi patrzeć, jak nowicjusze ponoszą klęskę. — Nie zawracaj sobie głowy. On nie widzi obsługi. Właściwie to ledwo kogokolwiek widzi.
— Co masz na myśli? — pytam, zajmując się wodą.
Bo desperacko potrzebuję czegoś do roboty z rękami, by nie zaciskać ich nerwowo. Marina zerka w stronę kabiny, ściszając głos z widoczną satysfakcją.
— Widzisz tę kobietę, która zaraz wejdzie? To narzeczona numer... co, cztery? Pięć? Straciłam rachubę. Żadna nie wytrzymuje długo.
Patrzę przez kuchenne okienko akurat w chwili, gdy kobieta wchodzi na pokład.
Jest oszałamiająca—ubrania od projektantów, włosy wyglądające, jakby je profesjonalnie rozwiało, taka elegancja, na którą stać tylko tych, którzy odziedziczyli majątek. Porusza się, jakby doskonale wiedziała, jak bardzo jest piękna.
Co czyni to jeszcze gorszym, gdy Maverick nie wstaje, by ją powitać. Nie uśmiecha się. Ledwie zauważa jej obecność, ograniczając się do krótkiego skinienia, które mogło znaczyć „dzień dobry” albo „zasłaniasz mi światło”.
Idealna pewność siebie kobiety na moment się kruszy—pęknięcie w porcelanie—zanim siada naprzeciwko niego i zaczyna rozmowę.
Łapię strzępy jej monologu unoszące się ku nam: coś o wernisażu, wspólnych znajomych, gali charytatywnej, którą organizuje.
On ani razu nie odrywa wzroku od laptopa.
Marina uśmiecha się z samozadowoleniem, po czym wraca do pracy, zostawiając mnie wpatrującą się w scenę przed sobą.
Piękna narzeczona tak bardzo się stara, pochyla się, śmieje z żartów, których on nie opowiada. Milioner, który traktuje jej obecność jak tło. Napięcie wypełnia kabinę jak dym, tak gęsty, że niemal czuję go w ustach.
Jakim człowiekiem trzeba być, żeby zmieniać narzeczone jak jednorazowe dodatki?
Wtedy wzrok pana Finleya nagle się podnosi i jego oczy spotykają moje przez kuchenne okienko. Przez jedną zamrożoną sekundę te zielone oczy przykuwają mnie w miejscu—ostre, oceniające, dostrzegające coś, czego nie miałam pokazywać.
Wstrzymuję oddech, a serce robi coś głupiego i nierozważnego. Potem on odwraca wzrok, całkowicie mnie ignoruje i wraca do laptopa, jakbym nigdy nie istniała.
Przyciskam plecy do ściany kuchni, dłoń na piersi, i czuję, jak za żebrami zapala się coś niebezpiecznego. Coś, co przypomina… ciekawość. Coś, co jeszcze bardziej przypomina kłopoty.
Ta praca może być trudniejsza, niż myślałam.

Spark Me Tenderly: Before Him
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101