

Opis
Po wirusowym skandalu w Paryzu, 22-letnia Emilia Torres wraca do domu, by dokonczyc studia-tylko po to, by zastac w swoim mieszkaniu Vincenta Blacka, najlepszego przyjaciela ojca, emocjonalnie opancerzonego i do szalenstwa przystojnego, smazacego jajka na sniadanie. Wyslany jako jej prywatny ochroniarz po anonimowej grozbie, Vincent ma chronic Emilie. Ale prawdziwe niebezpieczenstwo nie czai sie na zewnatrz-ono tkwi w przeszlosci, ktora oboje probowali pogrzebac. Vincent pamieta ja jako dzika nastolatke z zauroczeniem. Teraz jest dorosla, pyskata, buntownicza i absolutnie zakazana. Emilia? Nie zamierza byc grzeczna dziewczynka. Pragnie wladzy, kontroli, a byc moze i zemsty. To, co zaczelo sie jako gra na przekor, przeradza sie w cos mroczniejszego: obsesje, kare, potrzebe. Im blizej sa siebie, tym bardziej niebezpieczna staje sie ich relacja-zwlaszcza gdy grozby staja sie realne, sekrety wychodza na jaw, a przeszlosc Vincenta zagraza im obojgu. On ma ja pilnowac. Ona ma go zlamac. A zadne z nich nie jest gotowe na to, co sie stanie, gdy kontrola wymknie sie spod kontroli-a namietnosc przejmie wladze.
Rozdział 1
Apr 6, 2026
Emilia
„CO DO KURWY—”
Moja walizka ląduje na podłodze jak bomba i, szczerze? Idealny efekt dźwiękowy do tego totalnego burdelu, w który właśnie wlazłam. Dwadzieścia sześć godzin podróżniczego piekła—wrzeszczące dzieci, ochrona lotniska, która chyba uważa, że mój dezodorant to broń, i jedzenie z linii lotniczych, które smakowało jak karton—a to jest mój prezent na powitanie?
Vincent Black. W mojej kuchni. Smaży jajka, jakby, kurwa, tu mieszkał.
Mój mózg robi dziwny krok w miejscu, gdzie rzeczywistość po prostu... na chwilę się łamie. Bo Vincent Black nie powinien już istnieć w moim realnym życiu. Powinien być zamkniętym rozdziałem z czasów nastoletnich, kiedy byłam na tyle głupia, by myśleć, że moje problemy z ojcem można rozwiązać, zauroczeniem w jego najlepszym przyjacielu.
I to, co wtedy do niego czułam, nie było naprawdę zauroczeniem—to była raczej projekcja. Od dwunastego do siedemnastego roku życia był dla mnie uosobieniem wszystkiego, czego, jak sądziłam, potrzebuję. Bezpieczeństwa, pewności siebie, celu. Kogoś, kto porusza się po świecie, jakby dokładnie wiedział, kim jest, i nigdy za to nie przepraszał.
Siedziałam na tych długich, letnich grillach, słuchałam jak rozmawia z tatą o pracy—połowy rzeczy nie rozumiałam, ale kiwałam głową, jakbym wiedziała. Malowałam usta błyszczykiem, którego nie wolno mi było mieć, próbowałam brzmieć mądrzej, niż się czułam. Ćwiczyłam rozmowy przed lustrem, jakbym przygotowywała się do roli.
Miał w sobie tę obecność, która sprawiała, że wierzyło się, iż wszystko może być dobrze, nawet jeśli nie było. Silny. Niezachwiany. Po prostu... dorosły w sposób, jakiego nikt w moim życiu nie osiągnął.
Oczywiście były oczywiste powody, dla których nigdy nie miało z tego nic być. Był w wieku mojego ojca, znał mnie, gdy jeszcze nosiłam aparat na zębach i dostawałam szlaban za wymykanie się po dziesiątej. Ale to nie powstrzymało mojego nastoletniego mózgu przed przyklejeniem się do wyobrażenia o nim—nie o nim samym, ale o tym, co sobą reprezentował.
Ta wersja mnie wierzyła, że jeśli tylko dorosnę do kogoś, kogo on mógłby szanować, może sama wreszcie zacznę się szanować.
Nie widziałam go od czterech lat. Ostatnio słyszałam, że się ożenił i wyjechał do Australii albo gdzieś równie daleko od mojej katastrofalnej rodziny. A jednak stoi tu, wygląda dokładnie tak samo, z wyjątkiem srebrnych pasm we włosach, które są wręcz obraźliwe, bo tylko dodają mu atrakcyjności.
„Co ty, do cholery, robisz w moim mieszkaniu?” Słowa wychodzą ostre i wredne.
Nawet nie podnosi wzroku znad tych pieprzonych jajek. „Dzień dobry, Emilia.”
Ten głos—wciąż zachrypnięty, wciąż sprawia, że mój żołądek robi te idiotyczne fikołki, których odmawiam przyjęcia do wiadomości.
„Nie mów mi ‘dzień dobry’. Jak się tu dostałeś i dlaczego rozgaszczasz się w MOJEJ przestrzeni?”
„Twój ojciec poprosił o prywatną ochronę. Podczas twojego pobytu za granicą nadeszła anonimowa groźba.”
Śmieję się. To gorzki, brzydki dźwięk odbijający się od ścian mojej kuchni. „Mój ojciec? Chodzi ci o Sebastiana Torresa, genialnego magnata technologii? Tego błyskotliwego dupka, który stworzył ConnectSphere i zrewolucjonizował sposób, w jaki ludzie przesadzają z dzieleniem się zdjęciami śniadania, jednocześnie rujnując swoje relacje z jedyną córką?”
Bo właśnie taki jest mój ojciec. Facet, który pojawia się w tabloidach z inną dwudziestokilkuletnią blondynką co miesiąc—kobietami, które mogłyby być moimi siostrami, gdyby kiedykolwiek pofatygował się na więcej dzieci.
„Ten sam ojciec, z którym nie rozmawiałam od dwóch lat? Który równie dobrze mógłby dla mnie nie żyć, poza tym, że co chwilę widzę jego twarz na okładkach Forbes’a? Ten ojciec nagle przejął się moim bezpieczeństwem?”
Wyraz twarzy Vincenta pozostaje całkowicie neutralny. Jego twarz to emocjonalna Szwajcaria. „Tak, właśnie ten.”
„Wynoś się.” Wskazuję drzwi, mój palec drży z wyczerpania i czystej, pierdolonej wściekłości. „Po prostu spierdalaj z mojego mieszkania.”
„To się nie wydarzy.” Mówi to tak, jakby rozmawiał o pogodzie, a nie wywracał moje życie do góry nogami.
I wtedy zupełnie tracę panowanie.
„Chyba sobie kurwa żartujesz?” Mój głos osiąga rejestr, który moi przyjaciele z uczelni nazywają „odklejoną banshee”. „Mój ojciec ma mnie totalnie w dupie! Nigdy nie miał! Ostatni raz, kiedy rozmawialiśmy, znowu zapomniał o moich urodzinach—i próbował odkupić winy torebką od projektanta, która kosztowała więcej niż czynsz większości ludzi!”
Vincent dalej gotuje, jakbym nie miała właśnie załamania trzy metry obok.
„Znowu jest jakaś afera? Przyłapali go z kolejną stażystką? Może unikanie podatków? Zgaduję—udawanie troskliwego ojca to świetny PR, co? ‘Patrzcie, jak Sebastian Torres kocha swoją córkę!’”
Chwytam ręcznik kuchenny i rzucam nim w jego głowę. Unika, nawet nie patrząc, co tylko bardziej mnie wkurwia.
„Pierdolę to. I pierdolę ciebie.” Pokazuję mu oba środkowe palce na dokładkę, po czym ruszam do swojej sypialni, trzaskając drzwiami tak mocno, że aż okna dzwonią.
Za drzwiami słyszę, jak mówi z irytującym spokojem: „Śniadanie będzie za pięć minut.”
Wrzeszczę w poduszkę zamiast odpowiedzieć.
Ale to nie wystarcza. Wściekłość nie gaśnie. Ciąży mi w gardle jak ołów.
Znów otwieram drzwi na oścież.
On odwraca się powoli, wycierając dłonie w ręcznik. „Chyba liczysz na jakąś reakcję.”
„A idź się pierdol—”
Ale nie kończę. W dwóch krokach staje przede mną i nagle jesteśmy za blisko, oddychamy tym samym powietrzem. Serce tłucze mi się w piersi, furia zderza się z czymś gorętszym, ostrzejszym.
„To zrób coś,” szepcze. „Uderz mnie. Krzycz. Co tylko musisz.”
Popycham go. Mocno.
Prawie się nie przesuwa, ale powietrze gęstnieje. Jego oczy błyskają, nie z zaskoczenia, ale z czymś ciemniejszym—jakby na to czekał.
„Nie możesz się tu po prostu zjawić,” cedzę przez zęby, „i udawać, że chodzi tylko o mnie . Oboje wiemy, po co tu naprawdę jesteś.”
Nie zaprzecza.
„Wysłał cię, żeby sprawdzić, czy jeszcze oddycham? Czy tylko po to, żeby znowu nie zeszłam ze scenariusza?”
Zaciska szczękę. „Przyjechałem, bo nie chciałem, żeby zrobił to ktoś inny.”
„No to gratulacje,” syczę. „Jesteś tak samo jego pionkiem jak ja.”
Popycham go jeszcze raz, bardziej żeby rozładować napięcie niż go zranić, ale tym razem łapie moje nadgarstki—nie mocno, nie delikatnie. Po prostu wystarczająco .
Dotyk przechodzi przeze mnie jak prąd. Zastygamy w miejscu, każdy nerw krzyczy o ulgę.
Wyrywam ręce, ciężko oddycham, oczy mnie pieką. „Zejdź mi z drogi.”
I tym razem, wychodząc z kuchni, nie trzaskam drzwiami.
Zostawiam je szeroko otwarte.

Stay Hard, My Bodyguard
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101