

Opis
Co jesli jedynym sposobem, by chronic swoje dzieci przed ich ojcem, byloby ukrycie ich przed najpotezniejszym Alfa na trzech terytoriach? Po latach walki z nieplodnoscia i partnerem, ktory z kazdym miesiacem staje sie coraz chlodniejszy, Luna Aria Winters wreszcie otrzymuje wiadomosc, ktora powinna uratowac jej malzenstwo - jest w ciazy. Ale kiedy pedzi, by podzielic sie ta nowina z mezem, Alfa Thorne'em Blackwoodem, zastaje go w ramionach innej kobiety. Odrzucona i zrozpaczona, Aria ucieka w noc z druzgocacym sekretem: nosi nie jedno, lecz dwoje dziedzicow stada Blackwood. Z pomoca nieoczekiwanego sprzymierzenca znajduje schronienie u enigmatycznego Alfy Evandera Caldrisa, zdeterminowana, by wychowac bliznieta z dala od partnera, ktory ja odrzucil. Przez trzy lata Aria buduje nowe zycie, obserwujac, jak jej synowie Kael i Finn dorastaja, jednoczesnie toczac wlasne bitwy - w tym zlozone uczucia wobec Alfy, ktory ich chroni. Jednak Thorne Blackwood nigdy nie przestal szukac tego, co utracil. Gdy odkrywa, ze Aria urodzila mu blizniaczych synow, nie cofnie sie przed niczym, by ich odzyskac. Uwieziona miedzy dwoma zaborczymi Alfami - jednym, ktory ja porzucil, i drugim, ktory ja ocalil - Aria musi poruszac sie po niebezpiecznej grze wilczych intryg i pradawnych praw. Ale gdy zblizaja sie piate urodziny jej chlopcow, budza sie w nich mroczne moce, ktore zagrazaja wszystkiemu, co Aria poswiecila, by ich chronic. Niektore sekrety warte sa ukrywania. Inne moga cie zniszczyc. A w przypadku blizniakow Blackwoodow prawda moze byc najgrozniejszym z sekretow. Porywajacy romans o wilkolakach, poswieceniu, drugich szansach i matczynej milosci, ktora potrafi przeciwstawic sie nawet najstarszym klatwom.
Rozdział 1
Feb 7, 2026
POV Aria
"Mamo, zaczekaj na nas!"
Sen wraca tej nocy znowu: dwie małe sylwetki pędzą pod srebrnym blaskiem księżyca, ich śmiech odbija się echem wśród drzew, gdy wołają mnie głosami słodkimi jak miód.
Ich drobne dłonie wyciągają się ku mnie, palce przecinają eteryczną mgłę, a ja biegnę za nimi, z sercem walącym o żebra.
Księżyc oblewa wszystko płynnym srebrem, zamieniając znajome ziemie watahy w coś, co wydaje się prawdziwsze niż życie, do którego budzę się każdego ranka.
Cienie się odwracają i przez jedną doskonałą chwilę widzę ich twarze.
Dwoje pięknych dzieci z ostrymi kośćmi policzkowymi Thorne’a i moimi ciemnymi oczami. Uśmiechają się do mnie z tak czystą miłością, że aż ściska mnie w piersi.
Budzę się gwałtownie, łzy spływają mi po policzkach. Jedwabne prześcieradła pod moim ciałem są mokre od potu, a moja ręka instynktownie sięga przez ogromną pustkę naszego łóżka, szukając ciepła, którego nie było tu od tygodni.
Strona Thorne’a pozostaje zimna, poduszka nieskazitelna i nietknięta.
Trzy tygodnie, odkąd ostatni raz tu spał. Dwadzieścia dwa dni, odkąd mnie dotknął. Zaczęliśmy umierać dwa lata temu, w noc naszej trzeciej rocznicy, gdy zażądał dziedzica podczas zgromadzenia watahy.
"Masz jedno zadanie, Aria" – powiedział wtedy przy całej radzie. – "Daj mi dziedzica albo ustąp miejsca komuś, kto potrafi."
Miesiąc za miesiącem rozczarowania, patrząc, jak jego wzrok staje się coraz chłodniejszy, ilekroć mówiłam: nie, nie tym razem. Leczenie niepłodności sprawiało, że byłam chora przez kilka dni. Specjaliści badali i manipulowali mną jak bydłem.
"Może gdybyś się tak nie stresowała" – powiedział Thorne po piątej nieudanej próbie, nie podnosząc wzroku znad papierów. – "Może gdybyś się bardziej postarała."
Jakbym mogła wymusić istnienie dziecka.
Z każdym niepowodzeniem dystans rósł. Najpierw przestał jeść ze mną śniadania. Potem kolacje stały się milczącą formalnością. Zaczął pracować do późna, wracał do domu pachnąc whiskey i perfumami, których nie znałam.
Ale udawaliśmy dalej. Graliśmy Alfę i Lunę dla watahy, choć za zamkniętymi drzwiami znikaliśmy.
Dość użalania się nad sobą.
Światło w łazience razi mnie w oczy, gdy zataczam się w stronę marmurowego blatu.
W odbiciu widzę bladą skórę, zapadnięte brązowe oczy, drżące ręce, które nie potrafią się uspokoić, choćby nie wiem jak mocno chwytały brzeg umywalki. Test ciążowy leży w szufladzie, gdzie schowałam go wczoraj.
Owinięty w papier toaletowy jak jakiś wstydliwy sekret.
"Po prostu to zrób" – szepczę do swojego odbicia, obserwując, jak moje usta poruszają się, jakby należały już do kogoś innego. – "Przecież już znasz odpowiedź."
Palce mi drżą, gdy rozpakowuję test i postępuję zgodnie z instrukcją. Oczekiwanie ciągnie się w nieskończoność, każda sekunda odmierzana przez zegar stojący w sypialni – tik, tik, tik.
"Proszę…" – szepczę do jakichkolwiek bogów, którzy jeszcze słuchają nieszczęśliwych par. – "Proszę, niech to wszystko zmieni."
Minuty ciągną się jak godziny. Gdy pojawiają się dwie różowe linie, ostre i niepodważalne, z moich ust wyrywa się szloch. Zakrywam usta dłonią, tłumiąc dźwięk, w którym miesza się radość z przerażeniem.
W ciąży. Jestem w ciąży z dzieckiem Thorne’a.
To nie był tylko sen. To była wizja.
Bliźnięta – czuję to w kościach, dokładnie tak jak w śnie.
Nadzieja toczy wojnę ze strachem w mojej piersi. Ubieram się starannie w ulubioną sukienkę Thorne’a, szmaragdowozieloną, która pasuje do jego oczu, i ćwiczę słowa przed lustrem.
"Thorne, będziemy mieli dziecko. Jestem w ciąży. Zostaniesz ojcem."
Żadne nie brzmi odpowiednio, ale ściskam test ciążowy w kieszeni jak talizman i ruszam przez korytarze penthouse’u. Jego ochrona kiwa mi głową z szacunkiem, choć ich wzrok szybko umyka.
Drzwi do gabinetu Thorne’a są uchylone i słyszę w środku głosy – jego głębokie pomruki zmieszane z kobiecym śmiechem.
Moja dłoń zamiera na klamce.
"Alfo, jesteś nienasycony" – mruczy kobieta, jej głos ocieka satysfakcją.
"Nie mogę się powstrzymać, kiedy tak wyglądasz, Serena" – odpowiada Thorne, w jego tonie czuć ciepło, którego nie słyszałam od miesięcy. – "Chodź tu."
Drzwi otwierają się pod moim dotykiem, odsłaniając scenę, która rozbija mój świat na nieodwracalne kawałki. Wilczyca, blondynka i półnaga, siedzi okrakiem na kolanach Thorne’a. Jej piersi przylegają do jego torsu, podczas gdy jego dłonie ściskają jej biodra.
Nie przerywają, gdy wchodzę. Nawet nie pauzują.
"Przeszkadzasz" – warczy Thorne, jego zielone oczy zimne jak zimowy lód. Nie puszcza Sereny, nawet nie zadaje sobie trudu, by wyglądać na zawstydzonego. – "Zamknij drzwi wychodząc, Aria."
"Thorne..." Mój głos się łamie, wyuczone słowa umierają w gardle.
"Nie słyszałaś mnie?" Przyciąga Serenę bliżej, jego usta muskają jej szyję w geście tak intymnym, że czuję się, jakby ktoś rozdzierał mi duszę pazurami. – "Jesteśmy zajęci. Cokolwiek to jest, poczeka do jutrzejszego zgromadzenia."
"To nie może czekać—"
"Wszystko może poczekać" – przerywa Serena, zerkając przez ramię z kpiącym uśmiechem. – "Twój Alfa ma priorytety, a ty teraz do nich nie należysz."
Więź między nami, już i tak nadwyrężona tygodniami zaniedbania, pęka nić po nici w agonii. Każde zerwanie to ogień w moich żyłach, ale prostuję się, a dłoń odnajduje test w kieszeni.
"Odrzucam cię" – mówię, głos mi się trzęsie, ale jest wyraźny. – "Ja, Aria Winters, odrzucam cię, Thorne Blackwood, jako mojego partnera."
Serena gwałtownie zsuwa się z jego kolan, a Thorne wstaje powoli, jego masywna sylwetka rozprostowuje się z drapieżną gracją.
"Myślisz, że możesz mnie odrzucić? W moim własnym domu?" Jego głos cichnie. – "Po wszystkim, co ci dałem?"
"Dałeś mi?" Śmieję się, ale brzmi to jak dźwięk rozbitego szkła. – "Dałeś mi samotność i zimne łóżko."
"Dałem ci status. Władzę. Wszystko, czego mogłaś chcieć—"
"Poza dzieckiem—" zatrzymuję się, to słowo pali mnie na języku.
"To TWOJA porażka!" warczy. – "Nie moja!"
"Odchodzę" – mówię dalej, choć nogi mam jak z waty. – "Nie będę tu dłużej i nie będę patrzeć, jak paradować będziesz ze swoimi kochankami przede mną."
"Ochrona!" – głos Thorne’a rozbrzmiewa po gabinecie i po chwili przybywa dwóch mężczyzn w ciemnych garniturach. – "Odprowadźcie moją żonę do pokoju w piwnicy. Chyba zapomniała, gdzie jej miejsce."
"Thorne, proszę—"
"Odrzuciłaś mnie, Ario. Nie masz prawa używać mojego nazwiska." Jego słowa są lodem, każda sylaba rani. – "Weźcie ją. Zamknąć drzwi. Nikt nie wchodzi ani nie wychodzi bez mojego rozkazu."
Dłonie ochroniarzy są stanowcze, ale nie okrutne, gdy chwytają mnie pod ramiona. Nie walczę – po co?
Przechodząc przez korytarze, widzę jak służba rozprasza się w panice, na twarzach mają szok i litość. Pokój w piwnicy jest dokładnie tym, czego się obawiałam – bez okien, betonowe ściany, pojedyncze łóżko z cienkim materacem.
"Przykro mi, pani Blackwood" – szepcze jeden z ochroniarzy, zanim drzwi zatrzaskują się z hukiem, a elektroniczny zamek klika z bezlitosną ostatecznością.
Ciemność pochłania mnie całkowicie. Ściany przytłaczają, dusząc, a chłód przenika przez betonową posadzkę.
Kulię się w sobie, ramiona oplatają brzuch ochronnie.
"Tak mi przykro" – szepczę do życia rosnącego we mnie. – "Tak mi przykro, że musisz istnieć w tym koszmarze."
Test ciążowy leży pęknięty w mojej kieszeni, plastik wbija się w dłoń, gdy ściskam go desperacko.
Jak do tego doszło? Jak mężczyzna, który obiecywał mi księżyc, stał się tym potworem?
Mijają godziny albo minuty – czas traci znaczenie w ciemności. Moje łzy dawno już wyschły, gdy znajomy zapach przesącza się pod drzwiami, lawenda i wanilia.
Rowena.

Stealing the Alpha’s Heritage
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101