

Opis
Mial kupic lono. Stracil serce. Ambitna stazystka prawnicza, Norah, desperacko potrzebuje duzej sumy pieniedzy, by uratowac zycie swojej matki. Po natknieciu sie na lukratywne ogloszenie o surogacji, podpisuje kontrakt z ostatnia osoba, jakiej by sie spodziewala: swoim chlodnym, dominujacym miliarderem-szefem, Xanderem Crawfordem. Ich profesjonalna umowa zostaje skomplikowana przez niezaprzeczalne wzajemne przyciaganie oraz wiszacy w powietrzu trojkat milosny z udzialem charyzmatycznego brata Xandera. W miare jak ich zakazany zwiazek sie poglebia, Norah zostaje wciagnieta w swiat korporacyjnych intryg i rodzinnych sekretow, zmuszona wybierac miedzy mezczyzna, ktory trzyma jej przyszlosc w swoich rekach, a tym, ktory obiecuje ja uratowac przed chaosem.
Rozdział 1
Aug 29, 2025
POV Norah
„Nie powinnaś tu być.”
To było pierwsze, co usłyszałam, gdy drzwi windy rozsunęły się. Zamarłam. Całkowicie. Bo to, co zobaczyłam, dosłownie przecięło na krótko każdy mój neuron.
Xander Crawford — ten Xander Crawford — stał pośrodku swojego narożnego biura.
Bez koszuli. I to nie po prostu bez koszuli — tylko bez koszuli tuż po porannym biegu.
Włosy wilgotne, przyklejone do czoła, delikatna warstwa potu migocząca w świetle. Mięśnie wyrzeźbione tak precyzyjnie, jakby ktoś na górze się nudził i postanowił się pochwalić. A potem był jeszcze tatuaż.
Czarny tusz wijący się po jego żebrach, pismo oplatające symbol, którego nie mogłam do końca odczytać, bo mój umysł właśnie wyskoczył przez okno.
„Winda dla zarządu wymaga specjalnej karty.” Jego spojrzenie przesunęło się po mnie powoli, z rozmysłem, jakby zastanawiał się, czy jestem zagrożeniem, czy może tylko rozrywką. „Jak tu się dostałaś?”
„J-ja… Zwykła była za bardzo zatłoczona i… um…” Słowa uciekały mi spod ust, gdy cofałam się, a moja torba prawie ześlizgnęła się z ramienia. „Był facet, konserwator, przytrzymał drzwi i—”
„I pomyślałaś, czemu by nie zrobić sobie małej wycieczki?” Jego usta wykrzywiły się w uśmiechu tak zabójczym, że powinien mieć ostrzeżenie o niebezpieczeństwie.
„Nie wiedziałam, że ta winda jeździ aż tutaj…” wypaliłam, ściskając torbę jak średniowieczną tarczę.
Ruszył w stronę biurka z leniwą, drapieżną gracją, podnosząc śnieżnobiałą koszulę. A potem, jakby wszechświat mnie nienawidził, zaczął ją zapinać.
Powoli, guzik po guziku, jakby doskonale wiedział, gdzie są moje oczy i jak bardzo się staram, żeby nie patrzeć.
„Czy ty…” mój głos się załamał, „…zawsze jesteś taki… bez koszuli rano?”
Na to pokazał zęby w uśmiechu. „Tylko kiedy ktoś postanowi wtargnąć do mojego biura bez zaproszenia.”
„Nie wtargnęłam.” Moje ręce machały, jakby miały własny rozum. „Ja… potknęłam się. Przypadkowo. Nie z mojej winy. Naprawdę.”
„Mmm.” Zapiął ostatni guzik, wciąż patrząc na mnie, jakbym była zagadką, której nie spieszy mu się rozwiązać. „Będę musiał sprawdzić nagrania z monitoringu, żeby potwierdzić tę wersję.”
Moje oczy się rozszerzyły. „Nie zrobisz tego.”
„Nie zrobię?” Jego uśmiech pogłębił się.
Wydałam z siebie zduszony dźwięk, coś między jękiem a piskiem, odwróciłam się i zaczęłam gorączkowo wciskać przycisk windy, jakbym próbowała przywołać portal z piekła.
„Spokojnie, praktykantko.” Jego ton był teraz lżejszy, prawie rozbawiony. „Jesteś już tutaj. Postaraj się nie zgubić przed swoim wdrożeniem.”
Drzwi zamknęły się między nami, a ja zrobiłam jedyną logiczną rzecz: walnęłam czołem w torbę i syknęłam: „O mój Boże.”
A potem jeszcze raz, na wszelki wypadek. „ O. Mój. Boże. ”
Wyszłam z windy dla zarządu, jakbym właśnie uciekła z sytuacji zakładniczej.
„Gdzie… jest…” Obróciłam się powoli, uświadamiając sobie, że piętro, na które trafiłam, wcale nie wygląda znajomo.
Każdy korytarz wyglądał identycznie — lśniące podłogi, drogie obrazy, onieśmielające szklane drzwi.
Idealnie. Spóźnię się. W pierwszy dzień.
W końcu minęła mnie roześmiana blondynka w ołówkowej spódnicy, stukając obcasami, jakby była właścicielką tego miejsca.
„Yy… Przepraszam?” zawołałam, doganiając ją. „Gdzie jest orientacja dla praktykantów?”
Zmierzyła mnie wzrokiem, jej uśmiech był aż za bardzo znaczący.
„Na dole, w Sali Konferencyjnej B. Idź za hałasem.” Pochyliła się lekko, żeby ściszyć głos konspiracyjnie. „Jeśli masz szczęście, załapiesz się na pierwszy rząd na powitalne przemówienie pana Crawforda.”
Natychmiast się zarumieniłam. „Jasne, dzięki.”
„Och, jeszcze go nie poznałaś?” zapytała, gdy ruszyłyśmy razem.
Przełknęłam ślinę. „Nie do końca.”
„Dziewczyno, mówię ci,” szepnęła, jakby zaraz miała zdradzić mi państwową tajemnicę, „on jest absurdalnie przystojny. I przerażający. Tak, że będziesz chciała, żeby cię wezwał do biura, ale… prawdopodobnie się popłaczesz, jeśli to zrobi.” Uśmiechnęła się szeroko, otwierając podwójne drzwi. „Zobaczysz.”
Oj, ja już widziałam, dziewczyno.
Widziałam wszystko.
Orientacja była rozmazanym wspomnieniem fluorescencyjnych świateł, plakietek z imionami i korporacyjnych obietnic o „prawdziwym doświadczeniu zawodowym”. A potem, właśnie kiedy udawałam, że czytam powitalny pakiet, on wszedł.
Garnitur. Gładko ogolony. Włosy ujarzmione. Ani śladu półnagiego mężczyzny z wcześniejszego spotkania. Poza jego oczami.
Te odnalazły mnie natychmiast. I już nie odpuściły.
Schyliłam głowę tak szybko, że prawie skręciłam sobie kark. Pakiet nagle stał się najciekawszym dokumentem, jaki kiedykolwiek widziałam. Twarz mi płonęła.
On widział, jak się gapiłam. Ja widziałam go… całego.
„Witamy w Crawford & Associates”, powiedział, a jego głos przeciął gwar rozmów, jakby tylko czekał na ciszę. „Chcę, żebyście wiedzieli, że jeśli tu jesteście—to znaczy, że jesteście najlepsi.”
Dziewczyna obok mnie wyprostowała się, jakby właśnie została pasowana na rycerza, a brunetka przede mną szturchnęła łokciem swoją przyjaciółkę. „Na żywo jest jeszcze przystojniejszy”, szepnęła.
Jej przyjaciółka prychnęła cicho. „On jest jak… korporacyjny Thor.”
Mocniej ścisnęłam długopis, odmawiając udziału w szeptanych plotkach. Mój umysł i tak już dziś zdradził mnie wystarczająco.
Starałam się słuchać, naprawdę. Ale za każdym razem, gdy jego spojrzenie kierowało się w moją stronę, żołądek robił mi przewrotny fikołek. Potem jego oczy znalazły mnie, jakby od początku celowały właśnie we mnie.
„Panna…” Zerknął na arkusz w dłoni. „Mason?”
Każdy nerw w moim ciele krzyczał: nie zająknij się.
„Tak?”
„Zostanie pani przydzielona do mojego zespołu.”
Gdzieś po mojej lewej brunetka wyszeptała: „Do niego? Ale jej się poszczęściło.”
„Oddałabym wszystko za to”, odpowiedziała jej przyjaciółka. „Wyobrażasz sobie spotkania sam na sam z nim…?”
Wyobrażam ? Nie musiałam wyobrażać.
Już miałam niedobrowolny przedsmak jego osoby przy słabym świetle i z absolutnym brakiem guzików. A teraz, jak się okazuje, miałam pracować pod nim.
Dosłownie pod jego nadzorem.
Po południu siedziałam w jego przeszklonej sali konferencyjnej, starając się jak najlepiej udawać, że nie myślę o tym, iż już widziałam go bez koszuli. Policzki jednak odmawiały współpracy.
Płonęły od momentu, gdy weszłam do środka. Spojrzał znad biurka, jego oczy błysnęły na mojej twarzy z wyrazem, który mówił, że zauważył.
„Potrzebuje pani chwili, by dojść do siebie po orientacji, czy jest pani gotowa do pracy?”
„Wszystko w porządku”, powiedziałam zbyt szybko, jakby te słowa mogły wymazać ostatnie trzy godziny przewijania w głowie tego tatuażu. „Naprawdę wszystko…”
Jeden kącik jego ust uniósł się lekko. „Pani się rumieni.”
Zacisnęłam dłonie na teczce. „Jest mi… ciepło.”
„W środku jest dwadzieścia stopni”, odparł sucho, odchylając się w fotelu z miną człowieka, który ma całą wieczność, by mnie rozłożyć na łopatki.
Wpatrywałam się w teczkę na kolanach, jakby nagle stała się najciekawszym dokumentem na świecie. „To pewnie przez światło.”
„Mhm.” Wstał, powoli i z namysłem, obchodząc biurko, aż stanął tuż obok mnie.
Poczułam zmianę w powietrzu, zanim jeszcze się odezwał.
Pochylił się, jedną ręką opierając o stół przy moim ramieniu, drugą otwierając przede mną teczkę.
„Widzi pani?” Jego głos obniżył się, nabierając cichej, stanowczej nuty, która przeszyła mnie aż do kręgosłupa. „Użyli złego precedensu.”
Kiwnęłam głową, ale wyszło mi tylko piskliwe: „Mhm.”
Przez chwilę uważnie mi się przyglądał, jego spojrzenie powoli omiatało moją twarz w sposób, który sprawił, że aż zabrakło mi tchu. „Zawsze jest pani taka cicha?”
„Tylko,” wypaliłam bez namysłu, „kiedy szef wisi nade mną, jakby zaraz miał ukraść mi duszę.”
To wywołało prawdziwy śmiech—niski, ciepły i kompletnie nie fair. „Zanotowane.”
Odsunął się na tyle, bym mogła złapać oddech, ale nie na tyle, bym zapomniała o każdym nerwie, który właśnie podpalił.
Sprawdzając telefon z wprawą, kontynuował: „Mam telefon, proszę przejrzeć dokument, gdy mnie nie będzie.”
Drzwi zamknęły się za nim i w końcu wypuściłam powietrze, które wstrzymywałam. Mój telefon zabrzęczał na biurku. Dzwoni tata.
Odebrałam z wymuszonym uśmiechem. „Hej—”
„To twoja mama”, powiedział, głos miał spięty. „Zasłabła.”
Ziemia zadrżała mi pod stopami. „Co? Czy ona—”
„Właśnie ją przyjmują. Lekarze mówią, że potrzebuje operacji. Szybko.” Jego głos zadrżał, choćby raz. „Bez niej…”
Nie. Nie, nie, nie. „Dobrze. Już jadę—”
„Chcą zaliczki, zanim ją zapiszą na operację. To… to dużo, Norah. Sto pięćdziesiąt pięć tysięcy.”

Surrogate Dot Com
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101