

Opis
Na slonecznych tarasach nad Genua, miliarderka Isabella Moretti zawsze zyla pod kloszem-grzeczna corka, nietkniete serce, jedno niemal-pocalowanie od syna ogrodnika, ktory nalezal do niej od dziecinstwa. A potem wydarza sie Rzym: doktor Luca Ferraro, dawniej zaufany terapeuta jej ojca-dwa razy starszy od Belli, niebezpiecznie magnetyczny-proponuje ,,prywatny coaching", ktory wydaje sie przeznaczeniem. Mentorstwo staje sie intymne, listy nabieraja temperatury, a granice sie zacieraja. W domu, wymuszona bliskosc zaciesnia uscisk: profesor staje sie czestym gosciem, posiadlosc labiryntem skradzionych spojrzen i zamknietych drzwi, a swiat Belli kurczy sie do tajnych sesji, ktorych nie umie nazwac, oraz pierwszej milosci, o ktorej nie moze zapomniec. Miedzy bezpiecznym chlopakiem, ktory czeka w winnicach, a mezczyzna, ktory dokladnie wie, jak wejsc jej pod skore, Bella jest o jedno uderzenie serca od wyboru, ktory zmieni wszystko.
Rozdział 1
Oct 16, 2025
Opierałam się o parapet w sypialni, „sprawdzałam pogodę” – co w moim słowniku oznaczało bezmyślne gapienie się na Matteo. Winorośle biegły w równych, zielonych liniach aż po zbocze, połyskując w późnym świetle. Matteo był tam na dole w roboczej koszuli, z podwiniętymi rękawami, włosy związał z tyłu; gdy odgarniał je z twarzy, jego profil wyostrzał się i—bum—żołądek fikał mi koziołka.
Spojrzał w górę i mnie przyłapał. Zrobiłam się czerwona jak pomidor. Uśmiechnął się i pomachał, tym rodzajem uśmiechu, który mówi: Znam cię. Uciekłam. Gdy dotarłam do kamiennej ścieżki, mój puls wrócił w większości do „ludzkiego”.
„Rumienisz się”, skomentował.
„Słońce mocno świeci.”
„Jest wieczór, Bella.”
Trąciłam go w ramię. „Co robisz, profesorze ziemi?”
„Przycinam.” Podniósł laseczkę winorośli. „Za dużo pąków, liście zaczynają się popisywać, a winogrona zapominają, jak smakować. Dwa pąki, szczęśliwe grona.” Dotknął maleńkiego zawijasa. „Wąs. Zaczepia się, gdy winorośl szuka podpory. Rośliny powiedzą ci, czego chcą, jeśli przestaniesz próbować nimi rządzić.”
„Jesteś bardzo apodyktyczny jak na kogoś, kto słucha winorośli.”
Ułamał gałązkę i podał mi ją. „Na szczęście.”
Zakręciłam ją. „Na odwagę.”
„Też,” mruknął, ruszając w stronę figowca. Pachniał słońcem i zgniecionymi liśćmi; gdybym mogła to zamknąć w butelce, mogłabym przejść na emeryturę.
„Przyda ci się jedno i drugie w Rzymie,” dodał.
„Jeśli tata pozwoli,” odparłam, udając nonszalancję. „Wciąż nie odpowiedział.”
„Odpowie,” powiedział Matteo, w swoim słuchającym stylu. „To twoje marzenie. Pamiętasz, jak mówiłaś, że zostawisz mnie tu na zawsze?”
„Miałam dwanaście lat. Nosiłam też neonowe legginsy. Moje sądy… dojrzewały.”
„Biegałaś tą ścieżką,” powiedział, „a ja groziłem, że wrzucę cię do fontanny.”
„Skuteczna pedagogika.”
„Ścigamy się!”
„Chciałbyś,” rzuciłam – i ruszyłam biegiem. Obiegliśmy figowiec, śmiejąc się jak dzieci. Złapał mnie—dłonie ostrożne, ciało blisko—przyciskając do ciepłej kory.
„Mam cię,” wyszeptał.
Włosy opadły mu na twarz; spojrzenie przesunęło się na moje usta; powietrze zaiskrzyło. „Niektórych granic nie trzeba przekraczać, żeby były prawdziwe,” wyszeptał, głosem szorstkim, jakby trzymał te słowa zamknięte od dawna.
Matteo pochylił się, a ja w ostatniej chwili uniosłam rękę—tarcza, wyzwanie, nie wiem. Jego usta musnęły moje palce. Delikatnie, ostrożnie, zabójczo.
„Signorina Bella!” ktoś zawołał z tarasu. „Twój ojciec czeka!”
Matteo uśmiechnął się, napięty na krawędziach. „Idź. Do jutra.”
Kolacja to tata, długi dębowy stół, portrety poważnych przodków i trzy kieliszki do wina, które „mogę wąchać, ale jestem za młoda, by nadużywać.”
„Sprawiasz, że naczynia śpiewają,” powiedział tata.
„Wieczór operowy.”
Przyglądał mi się—z troską, stanowczością. „Twoja mama chciała sal wykładowych, nie kamer,” powiedział, stare dzieje. „Pojedziesz do Rzymu,” w końcu rzekł, chwytając moją dłoń. „Jeden miesiąc. Z Luisą. Zobaczysz kampus. Sama zdecydujesz.”
Wrzasnęłam z radości, obiegłam stół, pocałowałam go w łysą głowę. „Dziękuję, tato!”
„Warunki,” powiedział, grożąc palcem. „Zatwierdzone mieszkanie. Dzwonisz co wieczór. Żadnych skuterów.”
„Będę chodzić jak zakonnica.”
„Świat zabrał mi twoją mamę,” powiedział miękko. „Nie stracę ciebie.”
„Nie stracisz,” obiecałam, mówiąc to szczerze i równocześnie chcąc biec, aż horyzont się poszerzy.
Pobiegłam na górę, by powiedzieć o tym Matteo—ale ogród był pusty, więc zadzwoniłam do Luisy.
„Jedziemy!” wypaliłam.
Zapiszczała i, po dźwięku, otworzyła arkusz kalkulacyjny. „Lista rzeczy do spakowania. Fiszki. Rozsądne buty.”
„Nuda.”
„Fakt,” powiedziała, i planowałyśmy do północy, bo dziewczyny są pełne sprzeczności.
Rzym pojawił się jak nowa playlista—za głośny, za szybki, idealny. Rzuciłyśmy walizki w zatwierdzonym akademiku (pachniał mydłem i przyszłymi złamanymi sercami), złapałyśmy kampusową wycieczkę i dołączyłyśmy do Professoressy Conti z jej przyjazną, ale energiczną aurą.
Mijałyśmy grupki studentów; patrzyłam na twarze jak na fale. W bibliotece dryfowałam do półki z podręcznikami. Gruba księga o traumie sprawiła, że palce zaczęły mi drżeć. Przekartkowałam stronę, udając, że połowę rozumiem. (Do tego dojdę. Naprawdę.)
„Ambitny wybór,” odezwał się głos, gładki jak chłodna woda.
Podniosłam wzrok. Stał obok mnie—około czterdziestki, ciemne włosy przyprószone siwizną, grafitowy sweter, nienaganny zegarek. Ludzie go zauważali. Dwóch studentów się wyprostowało; ktoś zawołał „Buona sera, dottore”; uścisnął dłoń z wprawnym, precyzyjnym uśmiechem.
Nie był podobny do nikogo, kogo znałam. Był—tak—skończony. Przystojny w sposób, który miesza w głowie.
„Przeglądam,” powiedziałam, nie ściskając książki jak koła ratunkowego (kłamstwo).
„Podręcznik dla magistrantów,” zauważył. Jego wzrok przesunął się po mnie—sukience, włosach, twarzy—i dalej, jakby sprawdzał parametry życiowe. „Większość pierwszorocznych go unika.”
„Jeszcze nie studiuję. Jestem tu na miesiąc.”
„Ah.” Oznaczył mnie: tymczasowa. „Ferraro,” powiedział. „Luca. Uczę praktyki klinicznej.”
Uścisnęłam mu dłoń. (Ciepła. Pewna. Poczułam się znowu trzynastoletnia.) „Isabella Moretti. Bella.”
„Moretti,” powtórzył, alfabetyzując mnie. Nie zatrzymał się dłużej; i tak to poczułam. Mężczyźni widzą najpierw moją twarz; on ją zobaczył i odłożył na półkę. Irytująco profesjonalny.
„Chcę studiować psychologię,” wypaliłam. „Przygotowuję się.”
„Hmm.” Zerknął na książkę. „Studenci często mylą trudność z głębią,” przyjemny i ostry jednocześnie. „Rzetelność to wybór właściwego narzędzia, nie najcięższego.”
„Czyli uprzejme nie,” powiedziałam, odmawiając się zastraszyć za darmo.
Kącik jego ust drgnął. „To ostrzeżenie.” Spojrzał poza mnie na regały, już opuszczając rozmowę. „Zostań przy wycieczce Conti. Jest kompetentna.”
Odwrócił się do odejścia. Dwóch studentów go zagarnęło—„Professore!”—uściski, powitania. Poruszał się między nimi jak prąd. Moment był jak automatyczne drzwi, które się zamykają. Nie. Jeszcze nie dziś.
„Profesorze Ferraro?” zawołałam, podbiegając za nim; Luisa syknęła: „Bella!” jak alarm przeciwpożarowy. Odwrócił się w połowie, cierpliwy, już myślami gdzie indziej.
„Mówię poważnie,” powiedziałam, lekko zdyszana (bieganie w sandałach to sport). „O egzaminach. Nie zmarnuję pana czasu—ani swojego. Jeśli kiedyś rozważy pan korepetycje,” przełknęłam ślinę, „proszę rozważyć mnie.”
Spojrzał na mnie—naprawdę spojrzał tym razem. Bez przeciągania—nie robi tego; bez miękkości—też nie. Dokładnie. Zobaczył zapał. Coś błysnęło—zainteresowanie? ostrożność?—i zgasło.
„Rzadko przyjmuję pierwszorocznych,” powiedział. „To rodzi… zamieszanie.”
„Nie jestem zagubiona,” powiedziałam. „Wiem, czego chcę.” (W połowie prawda, brzmiało świetnie.)
Profesor Ferraro prawie się uśmiechnął. „Większość dziewiętnastolatek tak sądzi.” Wsunął rękę do kieszeni, wyciągnął eleganckie etui na wizytówki, zawahał się. Nie łamie własnych zasad. Lubi mieć kontrolę. Zna swój efekt. Wie też, że pobiegnę za nim, jeśli odejdzie z wykładem. Ferraro wybrał kartę, ale jej nie podał. „Godziny konsultacji są publiczne.”
Zawiesił głos. „Jeśli przeczytasz program wstępny—porządnie—i powiesz mi, dlaczego podręcznik o traumie nie pomoże ci odpowiedzieć na Pytanie Szóste z egzaminu rozwojowego, możesz napisać na ten adres. Raz.”
Wzięłam kartę, zanim zmienił zdanie. Spojrzenie Profesora przesunęło się po mojej twarzy ostatni raz, oceniająco. „Panno Moretti,” powiedział, cofając się w tłum, „nie myl uwagi z wyborem.”
„Nie pomylę,” powiedziałam, a puls tańczył stepowanie.
Skinął głową, już w ruchu, wokół niego rozkwitały uściski dłoni jak małe, formalne kwiaty. Luisa wachlowała mnie broszurą.
„Próbujesz umrzeć od ekspozycji na charyzmę?” rzuciła. „Bo ten człowiek promieniuje… akademią.”
„Snob,” powiedziałam, wpatrując się w kartę, jakby miała wyparować. „Gorący snob.”

Taboo Sessions with My Dad’s Therapist
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101