

Opis
Nocny korporacyjny thriller przeistacza sie w mroczny romans: Theresa Knight, niezwykle kompetentna, lecz niewidzialna asystentka na nocnej zmianie, zostaje zmuszona przez dlugi swojego brata Alana do wystawienia swojego dziewictwa na tajemniczej stronie. Zwycieski nabywca ujawnia, ze Wymiana jest przykrywka dla wampirzego kregu. Zgoda zostaje przedefiniowana: on oferuje zaplate niezaleznie od jej decyzji, ale ona wybiera przemiane, przechodzac od samozatarcia do bezwzglednej sprawczosci. Krew i milosc splataja sie ze soba. Bol miesza sie z przyjemnoscia.
Rozdział 1
Oct 23, 2025
Gdy miasto pogrąża się w nocy i wyłania wraz ze świtem, tak i ja podążam pograniczem między rzeczywistością a snem. Tutaj wszystko wydaje się stłumione, jak pod wodą, więc chwytam się kawy jak koła ratunkowego, unosząc się na falach brzęczenia, zapachu i gorącego naparu, które wydaje maszyna. Zamykam oczy. Tylko na sekundę.
— Znowu pracuje pani do późna, panno Knight?
Jego głos sunie po mojej skórze, zanim jeszcze się odwrócę. James Bloxham stoi w progu pokoju socjalnego, bez marynarki, z podwiniętymi rękawami. Przyciemnione światło podkreśla ostre rysy jego twarzy, same linie i cienie.
— Ktoś musi utrzymać to miejsce na chodzie — mówię, a mój głos brzmi inaczej. Niżej. Pewniej, niż zwykle.
Podchodzi bliżej. Za blisko. Tak blisko, że czuję zapach czegoś czystego i drogiego — jak cedr i zimne powietrze. Jego dłoń sięga tuż obok mnie, ale nie po kawę. Palce muskają blat przy moim biodrze, odgradzając mnie.
— Pracujesz za ciężko — mówi.
— Może lubię ciężko pracować.
— Naprawdę? — Jego druga dłoń unosi się, opuszkami dotyka mojej szczęki, kieruje moją twarz ku sobie. — A może po prostu lubisz, jak ktoś w końcu to zauważa?
Wstrzymuję oddech. Kciukiem kreśli linię po mojej dolnej wardze, powoli, celowo, a gorąco zbiera się nisko w moim brzuchu. To źle. To wszystko jest złe. Jest moim szefem. Jest dwadzieścia lat starszy ode mnie. Jest poza zasięgiem.
Ale jego usta są tak blisko moich, że czuję ciepło jego oddechu.
— Powiedz, żebym przestał — szepcze.
Nie mogę. Słowo nie chce się uformować. Zamiast tego pochylam się ku jego dotykowi, zdesperowana, bezwstydna, a jego szaroniebieskie oczy ciemnieją od czegoś, co przypomina głód.
Ekspres do kawy pika.
Odrzucam się do tyłu, serce wali mi w piersi. Pokój socjalny jest pusty. Nie ma Jamesa. Nie ma rąk na mojej skórze. Jestem tylko ja, sama, z twarzą płonącą i ciałem rozedrganym od pragnienia, którego nie powinnam czuć.
— Ogarnij się — mruczę, chwytając kubek z trzęsącymi się dłońmi.
— Już rozmawiasz sama ze sobą?
Odwracam się tak gwałtownie, że prawie upuszczam kubek. James stoi w progu, dokładnie tam, gdzie był w moim śnie, tylko tym razem jego twarz jest nieczytelna, uprzejma w ten odległy sposób, który rezerwuje dla wszystkich.
— Po prostu jestem zmęczona — udaje mi się powiedzieć.
— Powinnaś iść do domu. — Wchodzi do pokoju socjalnego, poruszając się z tą swoją upiorną precyzją, jakby każdy gest miał choreografię. — Jest po trzeciej.
— Muszę skończyć raporty.
— Mogą poczekać.
— Nie, naprawdę nie mogą. — Zmuszam się, by spojrzeć mu w oczy, choć patrzenie na niego jest jak wpatrywanie się w coś zbyt jasnego. — Whitney potrzebuje ich rano.
— Whitney powinna sama pilnować swoich terminów. — Jego spojrzenie zatrzymuje się na mnie o ułamek sekundy za długo i zastanawiam się, czy widzi to na mnie: sen wciąż przyklejony do mojej skóry jak pot. — Jesteś bardziej wartościowa, niż ci się wydaje, panno Knight.
Wartościowa. To słowo wbija się pod moje żebra jak ostrze. Otwieram usta, potem zamykam. Co miałabym powiedzieć? Że gram na foreksie i surowcach po godzinach, że zbudowałam portfel, który daje niemal połowę tego, co płaci mi ta praca? Że zostaję tu mimo wszystko, bo nocna zmiana pozwala mi go widywać?
— Powinnam wracać — mówię.
Odsuwa się. Gdy przechodzę obok, nasze ramiona niemal się stykają i ogarnia mnie nagłe gorąco, aż boli. Przyspieszam kroku.
To nie pomaga.
Przy biurku arkusze kalkulacyjne rozmazują się na ekranie. Otwieram platformę transakcyjną w drugim oknie, sprawdzam nocne pozycje. Liczby poruszają się jak żywe istoty, a ich język rozumiem lepiej niż ludzi. Mój dodatkowy portfel rośnie o kolejne dwa procent. Mogłabym rzucić tę pracę jutro. Odejść od raportów i bycia niewidzialną.
Ale wtedy już bym go nie widziała. Nie czułabym tego dreszczu, gdy przechodzi obok mojego biurka. Nie mogłabym się już dręczyć pragnieniem czegoś, czego nie mogę mieć.
Więc zostaję. I resztę chowam głęboko.
Telefon wibruje. Na ekranie pojawia się imię: Alan.
Rozglądam się po biurze. Tej nocy jest jeszcze tylko dwoje innych ludzi, oboje pochłonięci pracą. Odbieram cicho.
— Alan? Jest trzecia nad ranem. Co się stało?
— Tess. — Jego głos brzmi cicho i chrapliwie, jakby coś ściskało mu gardło. — Jestem w szpitalu.
Żołądek mi się zaciska. — Co się stało?
— Wpakowałem się w kłopoty. Ci ludzie. Chcą pieniędzy, a ja ich nie mam, i… — urywa, oddycha ciężko. — Mocno mnie pobili.
— Ile pieniędzy? — Zaciskam dłoń na telefonie.
— Osiemdziesiąt trzy tysiące.
Ta liczba nie ma sensu. Jest za duża, zbyt nierealna.
— Alan, co ty zrobiłeś?
— Pożyczyłem. Dla mamy i taty.
— Knight! — Głos Whitney przecina biuro ostro jak bicz. — Potrzebuję tych raportów TERAZ!
Zamykam oczy. — Alan, muszę oddzwonić.
— Tess, proszę. Dali mi pięć dni.
— Coś wymyślę. Zostań w szpitalu. Nigdzie nie wychodź. Przyjadę do ciebie po zmianie.
Rozłączam się, zanim zdąży zaprotestować, zanim panika szarpiąca mi gardło stanie się czymś widocznym. Osiemdziesiąt trzy tysiące dolarów. Pięć dni. Niebezpieczni ludzie, którzy pobili mojego brata tak mocno, że trafił do szpitala.
Wstaję, wygładzam spódnicę drętwymi dłońmi i podchodzę do biurka Whitney. Nawet nie podnosi wzroku.
— Proszę — mówię, kładąc teczki.
— Zajęło ci to wystarczająco długo.
Nie odpowiadam. Odwracam się do swojego biurka, w głowie kłębią się niemożliwe kalkulacje. Mój portfel. Likwidacja pozycji. Kredyty pod zastaw. Ale nawet z tym wszystkim, co zbudowałam w tajemnicy, wyciągnięcie takiej gotówki w pięć dni oznaczałoby zrujnowanie moich pozycji, wywołanie podatków i zostawienie mnie z niczym.
Liczby się nie zgadzają. Nigdy się nie zgadzają.
Przy biurku wpatruję się w ekran, nie widząc go. Osiemdziesiąt trzy tysiące dolarów. Te słowa powtarzają się jak werbel, w rytmie mojego serca.
Potrzebuję rozwiązania. Jakiegokolwiek.
A pod paniką, nadal pulsującą w mojej krwi, czai się widmo dłoni Jamesa na mojej skórze, ciepło jego oddechu, sposób, w jaki patrzył na mnie, jakbym była warta zauważenia.
Źle. To wszystko jest złe.
Ale Boże, i tak tego chcę.

Taste of Virgin Blood
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101