

Opis
Cora Whitfield ma dwadziescia piec lat, jest splukana i jest jedyna osoba stojaca pomiedzy swoja szesnastoletnia siostra a piesciami ich ojca alkoholika. Potrzebuje pracy-prawdziwej, z pensja, ktora pozwoli im sie wyrwac-albo straci Blythe na rzecz systemu opieki zastepczej. Trzy lata temu Cora urodzila dziecko dla obcych ludzi, ktorych nigdy nie poznala. Anonimowe surogactwo, zadnych imion, zadnego kontaktu. Podpisala papiery, wziela pieniadze i sama wyszla ze szpitala. Ten rozdzial byl zamkniety. Wtedy dostaje prace jako asystentka zarzadu w Ashford & Hale, pracujac bezposrednio dla prezesa Edmunda Hale'a-blyskotliwego, cieplego, niebezpiecznie przystojnego i samotnego ojca. Pierwszego dnia widzi na jego polce oprawione zdjecie: trzyletni chlopiec z ciemnymi wlosami, zielonymi oczami identycznymi jak jej oraz znamieniem, ktore rozpoznalaby wszedzie. Jej szef wychowuje jej syna. A praca, ktorej potrzebuje, by uratowac siostre, zalezy od tego, by on nigdy sie o tym nie dowiedzial.
Rozdział 1
May 18, 2026
[Perspektywa Cory]
Siedem dolarów i trzydzieści dwa centy. Tyle dzieli mnie od czegokolwiek, czym jest dno – i jestem prawie pewna, że dno ma lepsze oświetlenie niż ten autobus.
Zdejmuję fartuch i wciskam go do torby, zapach frytury wżarty w moje palce. Numer miga na ekranie telefonu – cierpliwy, nieubłagany, niemal zabawny, jeśli przechylić głowę.
Mogłabym to zrobić znowu. Jeszcze raz, tylko raz – myśl przepływa przez głowę jakby od niechcenia, jakby chodziło o dodatkową zmianę, a nie o coś, czego przysięgłam nigdy więcej nie powtarzać.
Kciukiem wygaszam ekran, zanim pomysł nabierze życia. Autobus szarpie na moim przystanku, wysiadam w specjalności Kettleworth: wilgotno, szaro, pachnie czyjąś kolacją.
Nasz budynek przycupnął na rogu, jakby poddał się lata temu. Trzy piętra schodów z poręczą luźną odkąd miałam dziewiętnaście lat, pokonywane po dwie na raz, bo światło na korytarzu padło.
Słyszę Dennisa – nie ojca, bo nie zasłużył na to miano – zanim dotrę do drzwi: popołudniowo pijany, ten rodzaj, który wyostrza sylaby na odłamki. Jego głos przebija się przez tanie drewno, gdy wsuwam klucz do zamka.
— Nawet jednego pieprzonego akapitu nie potrafisz przeczytać — wrzeszczy. — Po co cię gdziekolwiek wysyłać, skoro wracasz głupsza, niż byłaś?
— Tato, proszę – przestań, to mój projekt — głos Blythe jest wysoki i napięty, próbuje brzmieć spokojnie, tak jak ją nauczyłam.
— Strata pieniędzy. — Coś się rozdziera – papier, dużo papieru. — Strata mojego pieprzonego czasu i pieniędzy, tym właśnie jesteś.
Drzwi otwierają się i mieszkanie uderza we mnie: stęchłe piwo, gorąco od kaloryfera, specyficzna kwaśność alkoholika, który dawno się poddał. Dennis stoi nad biurkiem Blythe, jej segregator w pięściach, porwane kartki zaścielają dywan jak konfetti na najgorszej imprezie świata.
— Dennis, odłóż to. — Mój głos brzmi płasko, wyćwiczony, jak zawsze, gdy jest aż tak daleko.
Odwraca się, oczy szkliste, naczynka na nosie rysują wieczorną mapę. — Oblewa każdą pieprzoną klasę, a ty chcesz, żebym po prostu siedział i—
— Nie oblewa. — Wchodzę w framugę i blokuję ją ramieniem. — Odłóż segregator i usiądź na kanapie, Dennis.
Blythe przyciska się do ściany, ramiona zaciśnięte wokół szkicownika – jedynej rzeczy, którą zdążyła złapać, zanim do niej podszedł. Odruch grab-and-guard nauczyła się ode mnie.
— Nie waż się mówić mi, co mam robić w MOIM domu! — ujada i podchodzi bliżej, tak blisko, że mogę policzyć, co i ile wypił.
— W twoim domu? — Nie ruszam się ani o centymetr. — Tym, którego nie opłaciłeś od trzech miesięcy?
Ręka idzie szybko – otwarta dłoń na mój policzek, głowa odskakuje w lewo, piecze natychmiast i gorąco, dzwoni mi w uchu, obraz śnieży na brzegach. Za nim Blythe wydaje dźwięk – pół westchnienie, pół krzyk, który połyka.
Moje palce już są w kieszeni kurtki, już zaciskają się na pojemniku. Podnoszę gaz pieprzowy na wysokość jego twarzy, kciuk na spuście, ręka pewna.
— Spróbuj jeszcze raz — mówię i mój głos jest tak spokojny, że sama się go boję. — Proszę . Błagam , spróbuj jeszcze raz.
Patrzy na pojemnik. Nie wstyd – nigdy wstyd – tylko gorączkowa kalkulacja szans, które absolutnie nie są po jego stronie. Rzuca segregator i przechodzi obok mnie, trzaskając drzwiami Blythe tak, że trzęsie się całe mieszkanie.
Czekam, aż sprężyny kanapy jękną pod jego ciężarem. Wtedy opuszczam gaz, chowam go do kieszeni i przechodzę do łóżka, na którym siedzi Blythe.
Drży – nie dramatycznie, tylko cicho, jakby cały ten dygot mieszkał w dłoniach, szczęce i gdzieś pod żebrami. Przyciągam ją do siebie, jej czoło opada na moje ramię, palce wbijają się w rękaw.
— Hej. Już dobrze. — Gładzę ją po włosach, za uszy wkładam kosmyk, kciukiem dotykam skóry tuż pod nim.
Księżycowata plama urodzeniowa jest dokładnie tam, gdzie wiedziałam, że będzie – mała, jak księżyc, który ktoś wcisnął tam celowo. W tym samym miejscu co moja. Tak jak u Mamy.
Przez jedno westchnienie mieszkanie znika. Zapach piwa, porwane kartki, dzwonienie w uchu – wszystko odpada. Jest tylko ona, z maminyym znakiem na skórze.
— Dzwonię po policję tym razem. — Blythe odsuwa się, sięga po telefon na szafce nocnej. — Mówię serio, Cora.
Chwytam ją za nadgarstek delikatnie, palce oplatają kość. — Nie. Najpierw musisz mnie wysłuchać.
— On cię uderzył . — Broda jej drży, ale oczy są suche i wściekłe. — Widziałam, jak cię uderzył, a ty po prostu stałaś.
— A kiedy wejdzie policja, zobaczy pijanego ojca i szesnastolatkę bez opiekuna prawnego. — Patrzę jej w oczy, aż przestaje się szarpać. — Wiesz dokładnie, co będzie dalej.
— Nie obchodzi mnie to. — Ale już nie sięga po telefon. — Nie obchodzi mnie, co będzie dalej.
— Dom grupowy, rodzina zastępcza u obcych ludzi. — Powoli puszczam jej nadgarstek. — A ja nie odzyskam cię bez sędziego, umowy najmu, prawdziwej wypłaty.
Opada plecami na zagłówek i patrzę, jak walka z niej uchodzi. — Czyli może tak robić w nieskończoność.
— Nie w nieskończoność. — Gardło mam jak ze szkła. — Teraz – ale wyciągnę nas stąd.
— Jak? — Skubie nitkę z poszewki, nie patrząc na mnie. — Kiedy – bo ciągle powtarzasz: niedługo.
— Wiem. — Biorę ją za rękę i zatrzymuję jej ruch. — Potrzebuję, żebyś mi jeszcze trochę zaufała – dasz radę?
— A co z pieniędzmi na studia? — Patrzy na mnie tymi zielonymi oczami – dokładnie jak moje, dokładnie jak chłopaka, którego trzymałam dziesięć sekund na porodówce, zanim zabrała go pielęgniarka. — Mówiłaś, że to załatwione.
— Jest załatwione. — Kłamstwo płynie gładko, jak zawsze, kiedy to naprawdę ważne. — Te pieniądze nigdzie nie znikną, B.
Kiwnęła głową. Wierzy mi za każdym razem bez pytania, a ciężar tego siada mi między łopatkami jak coś, co będę dźwigać do osiemdziesiątki.
Zostaję przy niej, aż zasypia, szkicownik otwarty na poduszce, półskończony ptak, którego nigdy nie pozwoli mi nazwać. Zamykam jej drzwi i mijam Dennisa, który śpi jak zabity, telewizor maluje jego zwiotczałą twarz na niebiesko.
W swoim pokoju otwieram dolną szufladę – tę, która się zacina i wymaga mojego wieloletniego szarpnięcia. Profil agencji leży pod złożonym swetrem, dokładnie tam, gdzie go zostawiłam.
Moje zdjęcie, historia medyczna, opinia psychologiczna – wszystko sprowadzone do zalaminowanego prostokąta, który nazywa mnie świetną kandydatką. Ostatni poród: dwa lata temu, zdrowy chłopiec, osiem funtów i cztery uncje.
Wyciągam telefon i wpisuję adres strony z pamięci. Strona ładuje się po kawałku – stockowe rodziny uśmiechające się do nikogo, slogan czcionką droższą niż całe moje konto.
Mój profil wciąż tam jest, wyszarzony, nieaktywny. Jeden niebieski przycisk na dole, cierpliwy i czekający, jakby zawsze wiedział, że wrócę: Aktywuj profil .
Siedem trzydzieści dwa na koncie, fundusz, który nie jest funduszem na studia, Dennis na kanapie, znamię Blythe jeszcze ciepłe pod moim kciukiem.
Mój palec zawisa.

The Boy with Her Eyes
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101