

Opis
Kariera dr Stelli Alistair wisi na wlosku po skandalu w elitarnej klinice. Nie majac dokad pojsc, zglasza sie na jedyne stanowisko, ktorego nikt nie chce: zostaje chirurgiem polowym na odleglej wojskowej bazie w strefie dzialan wojennych. To ma byc jej ostatnia szansa-okazja, by sie wykazac, zanim jej licencja lekarska zostanie na zawsze odebrana. Kiedy jednak przybywa na miejsce, staje twarza w twarz z pulkownikiem Arthurem Ironwoodem-mezczyzna, z ktorym rok temu przezyla namietna, jednonocna przygode. Tym samym, przy ktorym poczula sie na tyle bezpieczna, by wyznac mu swoje najglebsze leki, a ktory zniknal przed switem bez slowa. Teraz jest jej dowodca i udaje, ze nigdy sie nie spotkali. Zmusi ich to do pracy ramie w ramie w strefie ciaglego zagrozenia, gdzie ich wybuchowa chemia na nowo rozkwita. Jednak surowa polityka wojskowa zakazujaca fraternizacji to nie tylko zasada-to zawodowy topor. Dla Stelli jedno zgloszenie o niewlasciwym zachowaniu oznacza bezpowrotna utrate prawa do wykonywania zawodu. Dla Arthura to sad wojskowy, haniebne wydalenie ze sluzby i utrata jedynej rodziny, jaka mu pozostala: jego oddzialu. Uwiezieni miedzy obowiazkiem a pragnieniem, igraja z ogniem. A general Pendhalton obserwuje kazdy ich ruch.
Rozdział 1
May 21, 2026
POV Stelli
Sterylne, białe ściany gabinetu dr Morrison nigdy nie wydawały się tak duszne.
Siedziałam naprzeciwko mojej przełożonej, obserwując jej wyćwiczoną minę urzędowej empatii.
Jej usta zaciśnięte w cienką linię żalu, który nie sięgał jej oczu, delikatna zmarszczka między brwiami — znak, że decyzję podjęła jeszcze zanim usiadłam.
"Dr Alistair, musi pani zrozumieć, w jakiej sytuacji znajduje się szpital."
Palce Morrison stukały o błyszczącą powierzchnię biurka.
"Rodzina Whitmore'ów zapewnia trzydzieści procent naszego rocznego finansowania. Trzydzieści procent. Kiedy ich syn wysuwa... zarzuty dotyczące pani zachowania podczas konsultacji..."
"Zarzuty? Podczas rutynowego badania złapał mnie za tyłek i zasugerował, że moglibyśmy rozładować jego 'napięcie' w bardziej kreatywny sposób."
Utrzymałam głos spokojny, profesjonalny, każde słowo dobierałam precyzyjnie.
"Gdy powiedziałam mu, żeby zabrał ode mnie ręce, zagroził, że mnie zwolni. To nie są zarzuty, dr Morrison. To molestowanie, a potem groźba w odwecie."
Wyraz twarzy Morrison zmienił się na ułamek sekundy — pojawił się prawdziwy dyskomfort, by zaraz wróciła do urzędowej maski.
"Niezależnie od tego, rodzina Whitmore'ów grozi całkowitym wycofaniem finansowania, jeśli dalej będzie pani u nas pracować. Zarząd jasno dał do zrozumienia, że nie możemy pani chronić, kiedy na szali są skrzydła chirurgiczne i programy badawcze."
Słowa opadły na mnie jak diagnoza, której się spodziewałam, ale której miałam nadzieję uniknąć.
"Jednakże."
Morrison pochyliła się do przodu, splatając palce w daszek.
"Udało mi się wynegocjować kompromis z rodziną Whitmore. Jeśli do końca dnia publicznie przeprosi pani ich syna, zgodzili się przymknąć oko na ten... incydent."
Przeprosić mężczyznę, który złapał mnie za tyłek. Przeprosić za to, że się obroniłam.
Stanąć przed współpracownikami i upokorzyć się, by móc dalej pracować w miejscu, które poświęci mnie, gdy tylko będzie to wygodne.
"Potrzebuję trochę czasu do namysłu." Wstałam, wygładzając fartuch lekarski z rozmysłem.
"Oczywiście. Ale pamiętaj: termin upływa dziś o siedemnastej. Potem oferta przestaje obowiązywać."
Wyszłam z jej gabinetu wyprostowana, z opanowanym wyrazem twarzy, ale w środku wściekłość walczyła z upokorzeniem o dominację.
Szłam korytarzami szpitala jak automat, myśląc o niemożliwych opcjach.
Nogi poniosły mnie w stronę korytarza, którego rzadko używałam. Już miałam zawrócić, gdy coś przykuło moją uwagę. Pojedyncza, lekko pożółkła kartka, przypięta wśród typowych jadłospisów stołówki i ogłoszeń o warsztatach dotyczących zdrowia:
PILNE: POSZUKIWANY LEKARZ POLA WALKI Stanowisko na kontrakcie wojskowym Praca na odległej placówce Natychmiastowe zatrudnienie
Ogłoszenie wisiało tam tak długo, że ktoś dorysował w rogu prymitywną czaszkę i piszczele. Ktoś inny napisał na górze czerwonym markerem „MISJA SAMOBÓJCZA”.
To było zadanie, o którym wszyscy wiedzieli i którego nikt nie chciał — nieobsadzone od sześciu miesięcy, bo każdy, kto się nadawał, był wystarczająco rozsądny, by odmówić.
Wpatrywałam się w tę kartkę i coś we mnie się przełączyło. Lepiej odejść na własnych warunkach, niż zostać wyrzuconą jak śmieć.
Zerwałam ogłoszenie z tablicy, starannie je złożyłam i ruszyłam z powrotem do gabinetu Morrison. Weszłam bez pukania, a ona podniosła wzrok, z ledwo skrywaną nadzieją.
"Już pani podjęła decyzję?"
"Tak." Położyłam złożoną kartkę na jej biurku. "Zgłaszam się na stanowisko wojskowego lekarza polowego."
Wyćwiczona empatia zniknęła z twarzy Morrison, zastąpiona czymś, co niemal przypominało głód.
"Dr Alistair, to ogłoszenie jest... Chyba nie mówi pani poważnie. Warunki są brutalne, niebezpieczeństwo realne, a to stanowisko jest przeznaczone raczej dla lekarzy, którzy nie mają już innych opcji."
"Więc to idealne miejsce dla mnie, prawda?" Utrzymałam spokojny głos, nie dając sobie czasu na wahanie. "Rozumiem, że można przyspieszyć formalności?"
Przez dłuższą chwilę przyglądała mi się badawczo i widziałam, jak w jej głowie toczą się kalkulacje. "Jeśli jest pani tego pewna, mogę załatwić wszystko w ciągu tygodnia."
"Jestem pewna."
Entuzjazm, z jakim Morrison zaakceptowała moje zgłoszenie na ochotnika, powinien był być dla mnie pierwszym ostrzeżeniem.
W ciągu trzech dni znalazłam się na pokładzie transportu towarowego zmierzającego ku współrzędnym, których ledwo potrafiłam wymówić, a całe moje życie skurczyło się do dwóch regulaminowych worków żołnierskich.
Podróż ciągnęła się przez niekończące się godziny w trzęsących się pojazdach oraz krótkie, niewygodne postoje na punktach kontrolnych, które stawały się coraz bardziej surowe.
Większość czasu w drodze spędziłam na przeglądaniu obszernego pakietu regulaminów wojskowych i protokołów bazowych — suchego, biurokratycznego języka, który z wyczerpującą szczegółowością opisywał moją nową rzeczywistość.
Przy jednym z paragrafów zatrzymałam się, po czym przeczytałam go jeszcze raz, uważniej. Sekcja 7.3: Polityka fraternizacji.
Zakaz romantycznych lub seksualnych relacji między żołnierzami nie był jedynie zniechęcany — był wyraźnie zabroniony, podkreślony i wytłuszczony dla podkreślenia wagi. Naruszenie tej polityki stanowiło podstawę do natychmiastowego zwolnienia, a nawet możliwości postawienia przed sądem wojskowym.
Przesunęłam palcem po tych słowach. Surowość wydawała się niemal średniowieczna jak na nowoczesną operację wojskową, ale uznałam, że porządek i dyscyplina wymagają jasnych granic.
Nie miało to dla mnie znaczenia. Nie przyjechałam tu dla romansu czy więzi, lecz dlatego, że wyczerpały mi się lepsze opcje.
Transport szarpnął się i zatrzymał z chrzęstem. Przez zakurzone okno zobaczyłam bazę rozciągającą się po krajobrazie.
Baza była zbiorem wzmocnionych konstrukcji i tymczasowych budynków, które wyglądały jednocześnie na trwałe i nietrwałe, jakby cała instalacja mogła w każdej chwili złożyć się i zniknąć bez śladu.
Wiatr smagał płytę lotniska, gdy wysiadałam.
Grupa umundurowanych żołnierzy podeszła, by powitać nową lekarkę. Poprawiłam okulary, chroniąc je przed podmuchami wiatru, mrużąc oczy na widok postaci zbliżających się do mnie z wojskową precyzją.
Rozpoznawałam stopnie i odznaki z mojego ekspresowego kursu protokołu, potrafiłam wskazać adiutanta prowadzącego grupę powitalną…
Wtedy go zobaczyłam.
Cały mój świat przechylił się na osi, równowaga roztrzaskała się jak rozbite szkło.
Pułkownik Arthur Ironwood stał wśród żołnierzy, górując nad nimi tą samą przytłaczającą fizycznością, którą pamiętałam z nocy, którą desperacko próbowałam zapomnieć.
Ciemne oczy jak obsydian, szerokie ramiona wydające się zasłaniać niebo, aura, przez którą wszystko inne na obrzeżu mojego pola widzenia rozmywało się w nicość.
Mężczyzna z tamtego płomiennego jednonocnego spotkania sprzed roku. Człowiek, przy którym czułam się mała i bezpieczna, a zarazem całkowicie pochłonięta, zanim zniknął przed świtem bez słowa wyjaśnienia, bez choćby kartki zostawionej na zimnej pościeli hotelu.
Zabrakło mi tchu. Przez jedną zawieszoną chwilę czekałam, aż na jego twarzy pojawi się cień rozpoznania — zaskoczenie, potwierdzenie, cokolwiek, co dowiodłoby, że nie mam omamów ze zmęczenia i stresu.
Ale wyraz twarzy Arthura pozostał całkowicie obojętny. Jego spojrzenie prześlizgnęło się po mnie z tą samą lekceważącą oceną, jaką mógłby obdarzyć formularz zaopatrzenia czy arkusz meldunkowy. Ani śladu rozpoznania. Nawet elementarnej uprzejmości.
Zwrócił się za to do swojego adiutanta, jego głos przeszył wiatr z ledwie skrywaną irytacją. „Co ona tu robi? Gdzie jest lekarz, o którego prosiliśmy?”
Adiutant, szczupły mężczyzna z belkami porucznika i wyrazem twarzy zdradzającym wyraźny dyskomfort, przesunął ciężar ciała z nogi na nogę. „Panie pułkowniku, to doktor Alistair. Z cywilnego korpusu medycznego. To ona została przydzielona jako chirurg polowy…”
„Widzę, kim ona jest, poruczniku.” Szczęka Arthura się zacisnęła, a jego ciemne oczy ani razu nie powróciły na mnie. „Pytałem, gdzie jest lekarz, o którego wnioskowaliśmy. Składaliśmy zapotrzebowanie na kogoś z doświadczeniem bojowym, kogoś, kto rozumie warunki w terenie.”
„Zapotrzebowanie zostało zrealizowane w ramach wolontariatu, panie pułkowniku. Kwalifikacje doktor Alistair są…”
„Nie interesują mnie kwalifikacje.” Arthur w końcu na mnie spojrzał, a ciężar jego wzroku uderzył jak fizyczna siła. Ale w tych obsydianowych oczach nie było nic poza chłodną oceną.
Moje palce zacisnęły się mocniej na uchwytach worków. Każdy instynkt krzyczał, by odpowiedzieć, by zgasić tego aroganckiego drania.
Ale wszystko, co mogłam zrobić, to stać osłupiała na smaganej wiatrem płycie, z ciężkimi workami w dłoniach.
Moje myśli mimowolnie powędrowały do tamtej nocy sprzed roku — do eleganckiego baru, w którym zobaczyłam go po raz pierwszy, i chwili, kiedy wszystko wydawało się możliwe, a nie zrujnowane.

The Colonel’s Favorite
30 Rozdziały
30
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101