

Opis
Jestes moja wiezniarka-moja zemsta, ktora przybrala cielesna forme-and sprawie, ze zaplacisz za wszystko, co twoj ojciec mi zrobil... Damian Wolfe, najbardziej przerazajacy krol Syndykatu, wciaga Arie do swojego swiata w kajdanach, zdeterminowany, by zlamac corke czlowieka, ktory pierwszy zlamal jego. Nie spi, nie dotyka, nie chroni-lecz w tej samej chwili, gdy inny mezczyzna wyciaga reke po to, co uznaje za swoje, Damian oslania ja przed swiatem. Aria nie jest niczym podobna do potwora, ktory ja wychowal, a im bardziej on stara sie ja ukarac, tym bardziej staje sie ona pokusa, ktorej nie potrafi opanowac. Jednak w krolestwie zbudowanym na nienawisci i krwi pragnienie jej moze okazac sie najniebezpieczniejszym z grzechow.
Rozdział 1
Apr 4, 2026
„Proszę, niech to nie będzie on,” szepnęła Aria, głos jej rozdzierany rozpaczą. „Każdy, tylko nie Damian Wolfe.”
Syreny na zewnątrz zamilkły już kilka godzin temu, ale dym wciąż oblepiał penthouse niczym klątwa, która nie chciała odejść. Dwóch zamaskowanych mężczyzn ciągnęło ją przez korytarze, którymi chodziła przez całe życie, teraz obrócone w popiół, szkło i krew. Jej bose stopy ślizgały się po popękanym marmurze, brudnym od sadzy. Nocny wiatr wdzierał się przez wybite okna, zimny i bezlitosny.
Za nimi panorama Manhattanu lśniła—złota, odległa, obojętna—jakby miasto już zaakceptowało nowego króla.
Victor Navarro rządził z tego miejsca. Dla świata był „panem Navarro”, eleganckim biznesmenem, który rozwiązywał niemożliwe problemy. Dla podziemia był Rzeźnikiem Manhattanu—człowiekiem, który kupował przyszłość, grzebał sekrety i budował imperia na strachu.
Aria dorastała, słysząc te imiona za ciężkimi drzwiami: szeptacz kartelu, broker syndykatu, człowiek, który wymieniał dusze na drapacze chmur. Nigdy nie widziała krwi, którą przelewał jej ojciec. Tylko jedwab, szampan, starannie wyreżyserowane bezpieczeństwo.
Tej nocy prawda rozdarła ściany.
Nadgarstki miała skrępowane plastikowymi opaskami, które wrzynały się w skórę. Włosy przyklejały się do szyi, splątane, ciężkie od sadzy.
Jej jedwabna koszula nocna—miękka, jasna, głupio niewinna—była podarta wysoko na udzie tam, gdzie jeden z najemników złapał ją. Nie wiedziała, gdzie jest jej matka. Nie wiedziała, czy strzały, które słyszała, oznaczały śmierć, ucieczkę, czy porzucenie. Znała tylko jedno imię, szeptane z przerażeniem przez każdego, kto jeszcze był wierny jej ojcu.
Damian Wolfe. Diabeł Manhattanu.
Człowiek, którego Victor Navarro przysiągł zabić przed końcem roku. Ten, którego nie zdołał powstrzymać.
„Ruszać się,” warknął jeden z zamaskowanych, szarpiąc ją do przodu, gdy się potknęła.
Aria dorastała, słysząc te historie. Szepty na przyjęciach ojca, które milkły, gdy tylko się zbliżała. Ochroniarzy mamroczących o „chłopaku, który przeżył klatki Navarro”. Jej ojciec kiedyś rzucił szklanką whiskey o ścianę, warcząc, że Wolfe to „kundel, który powinien był zostać na łańcuchu”. I pewnej nocy, długo po północy, pijany strażnik powiedział zdanie, którego nigdy nie zapomniała:
„On nie tylko zabija. Uczy się ciebie. Ogołaca cię. Łamie. Navarro go stworzył, a on wrócił inny.”
Bała się wtedy tego chłopaka. Teraz przerażał ją mężczyzna, którym się stał.
Mężczyźni wepchnęli ją do prywatnej windy. Jeden dotknął swojej słuchawki. „Mamy ją.”
Drzwi się zamknęły.
Winda wznosiła się w dusznej ciszy, jakby była szklaną trumną unoszącą się ku sądowi. Na zewnątrz miasto opadało pod jej stopami—całe jej życie opuszczało ją piętro po piętrze. Syreny malowały rozbite okna na czerwono. Reflektory policyjne oblewały światłem posiadłości Navarro, teraz dymiące w noc. Każdy poziom, który mijali, wydawał się kolejną wersją jej samej, zdejmowaną warstwa po warstwie.
Aria przycisnęła się do tylnej ściany, ciężko dysząc. Ostatnie sekundy ojca powracały w jej głowie: Victor Navarro na kolanach, krew przesiąkająca designerską koszulę, chwytający ją za nadgarstek drżącą ręką—ręką, którą uważała za niezdolną do drżenia.
„Uciekaj, Ario,” wychrypiał. „Nie pozwól mu cię zabrać. Nie jemu.”
Nie uciekła wystarczająco szybko.
Winda zabrzęczała wesoło. Drzwi się otworzyły.
A Damian Wolfe czekał.
Czarny garnitur, czarna koszula, czarny krawat—sylwetka wyrzeźbiona z przemocy i dyscypliny. Czarne skórzane rękawiczki oplatały jego dłonie. Tusz pełzł po jego gardle, wijąc się wzdłuż szczęki jak wąż zrobiony z sekretów. Jego oczy były zimne—nienaturalne, metaliczne, wykute z miejsca zimniejszego niż zima.
Nie uśmiechał się. Jego bezruch był groźniejszy niż jakikolwiek gniew.
To był chłopiec, którego ojciec złamał. To był mężczyzna, którego ukształtował wśród ruin.
Jego wzrok powoli przesunął się po jej ciele—rozdartej koszuli nocnej, odsłoniętym udzie, poranionych nadgarstkach. To nie była pożądliwość. To była ocena—zimna kalkulacja człowieka, który wycenia rzecz, którą zamierza posiąść lub zniszczyć.
„Więc,” odezwał się w końcu, głosem gładkim, niskim, przerażająco spokojnym. „To właśnie Navarro chronił rzekami krwi.”
Coś zamigotało w jego oczach—gorąco, nie pożądanie, coś ostrzejszego. Z bliska nienawiść kształtowała jego rysy w coś brutalnie eleganckiego. Usta miał zaciśnięte w precyzyjnej, bezlitosnej linii. Jego spojrzenie zatrzymało się na jej gardle, gdzie pod skórą przybrudzoną sadzą trzepotał puls.
Zobaczyła moment, w którym rozpoznał jej piękno. Zobaczyła też, jak bardzo nienawidził tego, że to zauważył.
Była wszystkim, co Victor pozostawił nietknięte—czysta, dopieszczona, chroniona. A Damian Wolfe nienawidził jej za to.
Patrzył na jej lśniące włosy i pamiętał, jak jego własne obcięto w betonowej celi. Patrzył na jej miękką skórę i wspominał siniaki, które nigdy nie zniknęły. Patrzył na jej szeroko otwarte, przerażone oczy—i widział w nich Victora Navarro, patrzącego na niego przez jej strach.
Nienawidził tych oczu.
— Proszę — wyszeptała Aria, głos jej drżał. — Nie wiem nic o tym, co mój ojciec—
— Wiem — przerwał jej Damian, podchodząc bliżej. Jego kroki były ciche, śmiercionośne. — Dlatego to jest interesujące.
Jej oddech zamarł. — Interesujące?
— Nie jesteś winna — mruknął, zaczynając ją okrążać. — Nie jesteś graczem. Nie jesteś nawet zagrożeniem.
Zatrzymał się za jej plecami, tak blisko, że ciepło przenikało przez zniszczony jedwab.
— Jesteś po prostu ostatnią cząstką jego, która jeszcze oddycha.
Jego oddech musnął jej ucho. Czuła zapach ciemnych perfum, dymu, metaliczne wspomnienie strzałów.
— Jesteś po prostu... — wyszeptał, — ...jego. Co oznacza, że teraz należysz do mnie.
Zimno przebiegło jej po kręgosłupie. Szarpnęła się do tyłu. Chwycił jej szczękę w rękawiczkowanych palcach—precyzyjnych, kontrolujących, nie miażdżących, lecz nie do przełamania.
Z gardła wyrwał jej się zdławiony dźwięk.
— Chcesz uciekać? — Jego głos był cichy, niebezpiecznie rozbawiony. — Chcesz walczyć?
Kciukiem musnął jej szczękę, powoli i klinicznie, jakby badał granice jej strachu.
— Zrób to — powiedział miękko. — Dziś jeszcze niczego nie złamałem. Jestem niespokojny.
Jej płuca zamarły. Kolana się ugięły.
Damian obserwował każdy jej dreszcz, fascynacja przyciemniała jego spojrzenie wbrew samemu sobie. Nienawidził, że była piękna. Nienawidził, że jej puls szalał pod jego palcami. Nienawidził tej części siebie, która chciała zdławić jej delikatność—i tej ciemniejszej, która chciała ją ochronić.
Puścił ją nagle, jakby jej skóra go poparzyła.
— Zabierzcie ją — rozkazał.
Strażnicy przeciągnęli ją obok niego. Damian ruszył przodem, nie oglądając się, prowadząc ją przez korytarz z obsydianową podłogą i szklanymi ścianami. Mężczyźni w garniturach natychmiast usuwali się z drogi, z pochylonymi głowami. Nikt nie pytał, kim jest. Nikt nie śmiał.
Ta wieża nie była budynkiem.
Była królestwem.
A ona była prowadzona do jego sali tronowej w niewidzialnych kajdanach.
Damian zatrzymał się przy biomerycznych drzwiach, zeskanował dłoń, a zamki syknęły, otwierając się. Pokój za nimi był ogromny, zacieniony, górował nad miastem niczym boska siedziba. Pośrodku stał długi stół—zimny, wypolerowany, oczekujący.
— Przetnijcie jej więzy — powiedział.
Błysnął nóż. Opaski zaciskowe pękły. Aria pocierała czerwone bruzdy okalające nadgarstki, przełykając panikę.
Damian patrzył na nią z założonymi rękami, spojrzenie miał nieodgadnione.
— Myślałaś, że cię zabiję? — zapytał.
Słabo skinęła głową. — Tak.
— Rozważałem to.
Jej żołądek zapadł się.
— Ale martwa jesteś bezwartościowa — ciągnął, podchodząc bliżej. — Żywa... jesteś dźwignią. Polisą. Wiadomością. Navarro, który nie może się schować za nazwiskiem Navarro.
Łzy paliły ją w oczach. — Proszę—nie jestem nim. Nigdy—
— Cisza.
Jednym ruchem dłoni zamroził ją w miejscu. Każdy mięsień wykonał rozkaz bez wahania.
— Mówisz, kiedy ci pozwolę — powiedział. — Od teraz podlegasz Protokółowi Aktywa Trzynaście. Jesz, kiedy pozwolę. Śpisz, kiedy zezwolę. Pracujesz tam, gdzie cię wyznaczę. A jeśli nie posłuchasz—
Podszedł tak blisko, że jej podarte jedwabie musnęły jego marynarkę. Jej oddech drżał.
— —pokażę ci, co twój ojciec zbudował pod tym miastem. Cela po celi. Dziewczyna po dziewczynie. Poznasz piekło.
Jej głos się załamał. — Dlaczego to robisz?
Coś zamigotało mu w oczach—wspomnienie, rana, duch. Zniknęło.
— Bo twój ojciec zrobił to nam — powiedział. — A ktoś musi spłacić odsetki.
Sięgnął do marynarki i wyjął czarną obrożę, smukłą i nieco świecącą.
Aria cofnęła się chwiejnie. — Nie—proszę—
— To cię śledzi. Ogranicza cię. — Obrócił obrożę w dłoni. — Jesteś aktywem. Aktywami trzeba zarządzać.
Stanął za nią.
— Nie ruszaj się.
Jej oddech przyspieszył. Obroża zatrzasnęła się wokół jej gardła z impulsem lodowatej elektryczności. Dłoń Damiana pozostała na jej karku, w rękawiczce, posiadawcza.
— Witaj w Syndykacie Wolfe — wyszeptał do jej ucha. — Od tej nocy... jesteś moja.

The Dark Don’s Punished Bride
150 Rozdziały
150
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101