

Opis
Ona planowala ich wszystkich zniszczyc. On wszedl, nie spodziewajac sie niczego. Ich smoki mialy jednak wlasne plany. Ksiezniczka Ravenna jest rozpieszczona, cieta na jezyk i uzbrojona w najmniejszego smoka w krolestwie. Kiedy jej ojciec zmusza ja do udzialu w konkursie na malzonka, knuje, by sabotowac kazdego kandydata. Sprawic, by wszyscy odeszli, zachowac wolnosc, utrzymac kontrole. Wtedy Theron wchodzi spozniony-bliznowaty wojownik, ktory przetrwal liczne odrzucenia, ktore powinny byly go zabic. Wiez miedzy nimi zapala sie natychmiast. Jej smok mruczy ,,dom". Jego smok szepcze ,,nasze". Ona planuje jego zgube. On okazuje jej cierpliwosc.
Rozdział 1
Mar 4, 2026
POV: Ravenna
Już zdecydowałam, że ich wszystkich zniszczę, zanim jeden z nich wypowiedział swoje imię.
Sala tronowa Cindravale — Królestwa Ognia — została zbudowana dla smoków, nie dla ludzi. Czarne kamienne ściany, przecięte głębokimi, karmazynowymi żyłami, wznosiły się ku sufitowi, który ginął w cieniu, przerwany jedynie wielkim oculusem, otwartym na szare niebo powyżej.
Światło spadało przez niego niczym wyrok — blady słup oświetlający tron z obsydianu, na którym zasiadał mój ojciec — król Aldric, z twarzą wyrzeźbioną z tego samego zimnego kamienia co ściany wokół nas.
Powietrze pachniało dymem i pradawnym popiołem, wiekami wciśniętymi w skałę. Każdy oddech smakował historią. Mocą. Ciężarem, jaki niesie ze sobą panowanie nad królestwem ognia i skrzydeł.
Stałam po prawej stronie króla, wyprostowana, z podniesioną brodą, w pełni spełniając oczekiwania księżniczki. Moje białe włosy były splecione w misterną koronę warkoczy, każdy naciągnięty tak mocno, że pulsowało mi w skroniach. Ten ciężar był mi znany. Konieczny. Rozpuszczone włosy były na chwile prywatne, na słabość, a dziś nie zamierzałam pokazać żadnej.
Dwór ustawił się przy krawędziach ogromnej komnaty niczym padlinożercy czekający na resztki. Szelest jedwabiu. Błyskotliwe klejnoty. Czułam ich spojrzenia — zawsze na mnie, zawsze obserwujące. Księżniczka o białych włosach i płonących błękitnych oczach.
Księżniczka, którą za chwilę sprzedadzą temu, kto da najwięcej.
Moja twarz pozostała doskonale obojętna, maska uprzejmej obojętności. W środku ostrzyłam noże.
— Pierwszy kandydat — ogłosił lord Varen — Królewska Prawa Ręka i szorstki człowiek, naznaczony bliznami po dekadach wojny, absolutnie niecierpiący dramatyzmu — jego głos odbił się echem od pradawnych ścian. — Lord Lucien z Domu Ashford.
Wielkie drzwi rozwarły się, a wraz z nim do sali zdawało się wkraczać złote światło.
Ten myślał, że już wygrał.
Lucien był piękny jak obraz — technicznie doskonały, stworzony do podziwiania. Złote włosy pochwyciły blade światło niczym aureola. Niebieskie oczy przesuwały się po sali z wyćwiczoną ciepłotą, zatrzymując się na twarzach, które uznawał za ważne.
Srebrna zbroja lśniła, bardziej ozdobna niż praktyczna, wypolerowana na lustrzany połysk. Poruszał się z płynną gracją, kłaniał się z wyważoną precyzją, każdy gest starannie obliczony, by zrobić wrażenie.
— Wasza Wysokość. To zaszczyt nie do opisania móc przedstawić się jako kandydat do ręki księżniczki.
Kłamca. Ćwiczyłeś każde słowo.
Jego oczy odnalazły moje i zobaczyłam to — ten krótki błysk za ciepłem. Kalkulacja. Ocena. Nie widział kobiety. Widział tron.
Lucien zajął swoje miejsce, wciąż uśmiechnięty tym doskonałym uśmiechem.
Zagrożenie. Pragnął korony, nie kobiety. Zniszczyć jako drugiego.
— Lord Edmund z Domu Selfman.
Tym razem bez fanfar. Bez złotego światła. Tylko mężczyzna, który szedł naprzód pewnym krokiem kogoś, kto przestał oczekiwać radości i zadowolił się wytrwałością.
Edmund był przystojny w sposób doświadczony — twarz, która kiedyś mogła być uderzająca, zanim żal wyrzeźbił pod jego oczami zagłębienia. Brązowe włosy, z przedwczesną siwizną przy skroniach. Orzechowe oczy miękkie od widocznego smutku.
Jego zbroja była praktyczna, skóra i stal wygładzone użyciem, zbroja człowieka, który naprawdę w niej walczył.
Ukłonił się głęboko, z szacunkiem. — Wasza Wysokość. Stawiam się na prośbę mojej rodziny.
Nie chciał tu być.
Ta świadomość powinna mnie ucieszyć — jedna przeszkoda mniej. Zamiast tego uwierała mnie gdzieś w piersi. Było w nim coś złamanego. Coś, co sprawiało, że chciałam odwrócić wzrok, jakby patrzenie zbyt długo mogło odsłonić rany, których nie chciałam uznać.
Edmund stanął obok Luciena.
Honorowy. Pogubiony w żałobie. Nie zasłużył na to, co miałam zrobić. Zniszczyć na końcu.
— Sir Brock z Marchii Wschodniej.
Wiedziałam, kim jest, zanim jeszcze przeszedł przez próg.
Drapieżnik.
Ogromny — wysoki i szeroki, mięśnie napinające zbroję, która ledwie go mieściła. Gruba szyja, ciężka szczęka, małe oczy osadzone zbyt blisko siebie. Oczy, które natychmiast odnalazły mnie i utkwiły na mnie wzrok.
Poczułam ciarki na skórze. Zimny dreszcz przebiegł mi po kręgosłupie.
Nie wszedł do sali tronowej. Szarżował, każdy krok ciężki, celowy, będący deklaracją własności. Jego ukłon był ledwie skinieniem głowy, czymś na kształt uprzejmości, lecz bardziej zniewagą.
— Wasza Wysokość. — Pauza. Potem ciszej: — Księżniczko.
Sposób, w jaki wypowiedział "księżniczko", sprawił, że zabrzmiało to zupełnie inaczej. Jakby należała do niego.
Jego oczy przesunęły się w dół po moim ciele. Powoli. Celowo. Chciał, żebym wiedziała, że patrzy. Chciał, żebym poczuła to pełzające po skórze jak insekty.
Utrzymałam jego spojrzenie z chłodną obojętnością królowej oceniającej wyjątkowo odrażającego owada.
Niebezpieczny. Głupi. Myślał, że rozmiar czyni go nietykalnym. Zniszczyć najpierw. Cieszyć się tym.
„Lord Roland z rodu Kerr.”
Ostatni kandydat wpadł przez drzwi jak aktor wchodzący spektakularnie na scenę — dokładnie tak, jak sam siebie widział.
Prawie przystojny. Blond włosy wystylizowane z oczywistą troską, ani jeden kosmyk nie był nie na miejscu. Nowa zbroja, lśniąca, kosztowna, wyraźnie nigdy nie sprawdzona w boju. Stał zbyt prosto, uśmiechał się zbyt szeroko, epatował wszystkim w nadmiarze.
„Wasza Wysokość! To był największy zaszczyt mojego życia stanąć przed wami!”
Biedny głupiec.
Jego ukłon był wymyślny, teatralny. Jego głos odbijał się zbyt głośno, próbując wypełnić przestrzeń, której nie mógł zająć. Zauważyłam, jak dłonie lekko drżały mu przy bokach, jak oczy nerwowo biegały wokół, sprawdzając, czy ludzie są pod wrażeniem.
Tchórz w stroju bohatera. Rozpadłby się przy pierwszej prawdziwej próbie. Ledwie wart zniszczenia.
Mój ojciec podniósł się z tronu, szaty szeleszcząc o kamień.
„Czterech kandydatów się przedstawiło. Zgodnie z tradycją—”
Drzwi zaskrzypiały.
Ojciec zamilkł. Na dworze zapadła cisza. Każda głowa zwróciła się ku wielkiemu wejściu, gdzie starożytne drzwi — drzwi, do których przesunięcia potrzeba było czterech ludzi — powoli, niemożliwie otwierały się.
Nikt nie zapowiedział kolejnego kandydata.
Postać przekroczyła próg.
Przez chwilę nie mogłam pojąć, co widzę.
Był ogromny. Wyższy od Brocka, szerszy w ramionach, zbudowany jak oblężnicza machina w ludzkiej postaci. Jego zbroja była ciemna, znoszona, z bliznami — nie na pokaz, lecz na wojnę. Na przetrwanie.
Szł powoli. Każdy krok odbijał się echem w zamarłej ciszy. Nie spieszył się. Nie grał pod publiczkę.
Po prostu przyszedł.
Wtedy zobaczyłam jego twarz.
Blizna biegła od lewego skronia, przez oko, aż do szczęki — poszarpana ruina ciała, jakby ktoś próbował rozciąć mu twarz i niemal się udało. Ciemne włosy, zbyt długie, rzucały cień na rysy, które mogły być przystojne, zanim zniszczyła je przemoc.
Jego oczy—
Głębokie bursztynowe, niemal złote. Oczy wilka. Oczy drapieżcy. Przesunęły się po sali z chłodną oceną, odrzucając zagrożenia, obliczając odległości.
Potem znalazły mnie.
Świat się zatrzymał.
Coś zapłonęło mi w piersi — żar rozkwitający pod żebrami jak ogień znajdujący powietrze. W kościach zaczęło się brzmienie. Niskie. Wibrujące. Pomruk, który zdawał się drżeć w samej głębi mojej duszy, zagłuszając wszystko inne.
Co—
Jego spojrzenie złączyło się z moim. Te bursztynowe oczy rozszerzyły się — ledwie, tylko na ułamek sekundy. Rozpoznanie. Szok.
Zachwyt.
Pomruk narastał. Serce tłukło mi się pod żebrami. Solace — śpiąca Solace, cicha Solace — nagle poruszyła się pod moją skórą, podnosząc się ku świadomości z nagłą pilnością, jakiej nigdy wcześniej nie okazywała.
Jego, zdawała się mówić. Jego.
Zatrzymał się w odpowiedniej odległości od tronu. Cisza była absolutna. Nikt nie oddychał.
„Theron” — powiedział.
Tylko to. Tylko imię. Bez tytułu ani rodu. Bez kwiecistych deklaracji. Jego głos był niski i szorstki. Jak kamień szorujący o żelazo.
„Wojownik Cindravale.”
Szepty wybuchły — pięciokrotnie odrzucony i potwór i co on tu robi — ale wydawały się odległe, przytłumione, nieważne.
Bo on wciąż patrzył na mnie. A ja nie mogłam oderwać wzroku.
Pomruk był już ogłuszający, zagłuszając wszystko inne. Gorąco zalało moją skórę. Solace wrzeszczała we mnie, drapiąc się ku czemuś, czego nie rozumiałam.
Ojciec coś mówił, ale nie słyszałam słów.
Widziałam tylko jego. Tego pokiereszowanego, zniszczonego, przerażającego mężczyznę, który wszedł w misternie zaplanowaną zagładę i podpalił wszystko.
Jego oczy trzymały moje. Zmęczone, tak zmęczone. Znużenie człowieka, który już wiele razy wchodził do takich sal, spodziewając się odrzucenia.
Ale pod zmęczeniem — nadzieja. Ledwie iskierka. Ledwie żar, którego pewnie nienawidził, że wciąż go czuje. Coś, co sprawiało, że bolała mnie pierś w sposób, którego nie chciałam analizować.
Nie.
Oderwałam wzrok. Wyprostowałam się bardziej. Przybrałam maskę, którą nosiłam przez całe życie.
Ale dłonie mi drżały. A kiedy zerknęłam z powrotem — tylko raz, tylko przez ułamek sekundy — on wciąż na mnie patrzył; wciąż miał nadzieję.
A Solace, najmniejszy smok w Cindravale, nuciła jego imię jak modlitwę.

The Dragon Princess and the Warrior
150 Rozdziały
150
Treść

Zapisz

My Passion
Copyright © 2026 Passion
XOLY LIMITED, 400 S. 4th Street, Suite 500, Las Vegas, NV 89101